piątek, 17 kwietnia 2009

znów się działo

jutro minąłby równo miesiąc. okrągły miesiąc jak przestałem się wspinać. by do tego jednak nie dopuścić, jak również zainspirowany poczynaniami pewnej osoby, można więc powiedzieć zmotywowany ciekawością, jak i pełen obaw, co do własnej kondycji, jak również i stanu kontuzjowanego ścięgna, wybrałem się na ścianę.
tak... niestety, panel. mimo iż pogoda aż krzyczy, woła, drze się, usilnie zachęca.. bo nie prosi się już nawet, o to, by w tych, jakże wybitnie sprzyjających okolicznościach przyrody, odwiedzić skały...

dziś też miałem, po raz pierwszy, dobry bo miarodajny wskaźnik tego, ile czasem dziennie przejeżdżam na rowerze po mieście. na liczniku wybiło ponad 22 km, a do tego jeszcze doliczyć należy a ze z pięć, jakie pokonałem jadąc do pracy, bo to już moim rowerem 'miejskim', a nie - moją czarną perłą, prędkim mustangiem, rowerem 'właściwym', którym tak zacnie dzisiaj żem sobie śmigał. co daje razem jakoś powyżej 27 km. nieźle. a pomyśleć, że do ole mam 35...
a ogólnie, wszystko to w niesamowitym tempie. aż niebezpiecznie, bo można się chwilami poczuć, dziwnie swobodnie i pewnie na drodzę.. można się poczuć niemal równym innym pojazdom - no bo jak nie, gdy w podobnym tempie przemieszczającym się a niekiedy nawet - szybszym.

poza tym, żeby nie było, musiałem złapać gumę. ehh to szkło, wszędzie go pełno. chyba muszę wymienić też opony. baa, na pewno to zrobię i tak. tylko pytanie kiedy. mowa oczywiście o moim czarnym mustangu ; D nie starej poczciwej ukraince. w tej zresztą, ogumienie niedawno wymieniałem. traktor-protektor bowiem na zimę być musiał! :)

co do echa. ostatecznie stanęło na tym, że będzie po nazwisku. i o połowę krócej. czyli nie tak, jak chciałem. ogólnie też nie wyszło to najlepiej, bo i mam parę, mniej lub bardziej, istotnych zastrzeżeń. ale ogólnie tekst daje radę. szkoda tylko że to wszystko tak... bez ostatecznej autoryzacji. no ale ogólnie jestem, powiedzmy, zadowolony. dzięki, iz, za korekty, wszelkie.

aa, no i idę na półmetek. w końcu zapłaciłem. chociaż jeszcze o dychę wołają. ach... to już byłyby skały na dwa dni, jak nic. mam nadzieję, że się nie rozczaruję tylko. wystarczy że ludzie dopiszą... ale z drugiej strony, czy nie można by się tak na plenerowe picie umówić? tylko musi być miejscówa? skoro rzecz się i tak do tego sprowadza. no dobra. nie narzekam. przynajmniej potańcówa gwarantowana. no i impra zamknięta. bez dresów, bez lanserów, przynajmniej. no miejmy nadzieję, w każdym razie. eh, wciąż jednak wierzę w ludzi, niestety. to moja bolączka. jak i jedna z wielu. umiejętnie zaplanowany dystans i pełna pragmatycznego myślenia postawa nie zawsze jednak zostaje wcielona w czyn. a idealistą nie jestem. nie w praktyce, przynajmniej. dlatego idę.

1 komentarz:

  1. WoW
    Widzisz, mi się wydaje że nie o chlanie w tym wszystkim chodzi tylko o jakąś WYJĄTKOWĄ formę zabawy. Poza tym możesz się rozczarować bo ja przychodzę jak najbardziej wylansowany i zamierzam szydzić z osób ubranych w tańsze marki ode mnie ;)

    OdpowiedzUsuń