czwartek, 30 kwietnia 2009

nie unikam trudnych rozmów

no i stało się. znów zaniedbałem. bloga, bloga, o nim oczywiście mowa. ale jakoś tak czasu brak. nawet na tak ważne rzeczy, a co dopiero na bloga. sam nie wiem. ale nie jest chyba jeszcze najgorzej. dlatego piszę, nadal piszę. chociaż nieraz się zastanawiam, co z całej tej pisaniny wynika.

to zaraz, od czego tu zacząć. muszę lookn'ąć w kalendarz... matkuś święta. gdyby to zobaczył miodek... boże ratuj od pokemoństwa. przepraszam, już nie będę. postanawiam się poprawić. btw, każdy już zrobił sobie ten test? http://www.ntjp.pwn.pl/ test na pokemona, być może. polecam!

no więc ostatni post, to ten z niedzieli 26 kwi. yhm. od tamtej pory minęły zatem trzy dni. no i przyznam szczerze, sporo się działo w przeciągu tych trzech dni. może też nie tak sporo, jeśli wziąć pod uwagę ich ilość. ale z pewnością, jeśli zastanowić się nad jakością wydarzeń minionych dni, znaczeniem, jakim się odbiły w moim życiu.

postaram się skrótowo, nie telegraficznie. bo tego już chyba ostatecznie dowiodłem, że nie umiem. krótko, acz nie na tyle, by nie enigmatycznie. a wyjdzie, jak wyjdzie, pewnie i tak... chujowo-beztreściowo. albo też abstrakcyjno-zagadkowo. ekshibicjonistą widać jednak nie jestem. albo po prostu dżentelmenem. przynajmniej do miana takiego aspiruję, chcę aspirować. dżentelmeni o pewnych rzeczach nie rozmawiają na forum. rzecz naturalnie, nieco inaczej się ma, jeśli chodzi o rozmowy na osobności.

ale co by nie przedłużać. lecim...
poniedziałek. to był kwas. od niemal euforii do klasycznego wkurwu. tuż przed zajęciami, z ponad talerza, dzwonię do radia. chyba pierwszy raz w życiu. zgarniam bilety, miło. fanny i aleksander, to jest to. potem jednak wuenes i dziwna rozmowa na koniec. za późno się złapałem za język. zostałem jednak do tego sprowokowany. ale mniejsza. o pewnych rzeczach się nie rozmawia. niepotrzebnie zapytałem. niepotrzebnie też padła odpowiedź. usprawiedliwiająca i wskazująca winę. moją oczywiście winę. a można było nie powiedzieć nic. dowiedziałem się jednak też dających wiele do myślenia rzeczy. przynajmniej dwóch. może i więc warto było zadać pytanie, jedno z tych których się nie zadaje nawet? tak, to było stanowczo nieprzewidywalne zachowanie. stąd i może nie planowana odpowiedź. w każdym jednak żarcie, w każdej myśli i przytyku... ziarnko prawdy. dowiedziałem się po pierwsze, że o informacje to trzeba się starać. o wszelkie informacje. a ja myślałem, że o niektóre chociaż nie trzeba. cóż, zdania nie zmienię. przyznaję się jednak do tego, że czasem niezbyt jestem na bieżąco. ale czy to akurat miało jedno z drugim związek. wg mnie, mieć akurat tu nawet nie powinno.
dowiedziałem się też innej, być może znaczącej rzeczy. mam zbyt dobry PR w niektórych kręgach. tak przynajmniej jest to poczytywane. nie zamierzam się tym jednak specjalnie przejmować. "zbyt" to określenie zawsze względne. kwestia relatywizmu, jaki przyjmiemy. w tym jednak przypadku, wydaje mi się, że pewien relatywizm został wręcz pominięty w interpretacji, poczynionych obserwacji... nie wnikam jednak więcej w to. gdyby ktoś miał wątpliwości, że tak powiem, walić prosto z mostu i pytać mnię!! a nie snuć domysły.

żeby jednak dzień mógł zacząć uchodzić za naprawdę jeden tych, jakie ostatnio zwykło się określać mianem "z dupy", to w drodze powrotnej z uczelni potrąciłem pieszego. potrąciłem jednak to zbyt mało tu powiedzieć. jakiś facet władował mi się wprost pod koła roweru, w miejscu, naturalnie, niedozwolonym do przekraczania jezdni. inaczej, zresztą, pewnie bym tu o tym nie wspominał. chociaż wspomnę jednak i o tym, że tego samego dnia, i ja wybitnie łamałem przepisy ruchu drogowego. miałem jednak spore wyrzuty sumienia po tym, jak lawirowałem na przejściu dla pieszych, oczywiście na dwóch kółkach będąc. mój bilans ofiar, że tak powiem, ofiar z mojej winy, wciąż jednak wychodzi na zero. a to chyba też coś znaczy. bo jak łamać albo naginać przepisy, to z rozwagą. scentrowane koło, lekko tylko zadarta skóra na dłoni , usłyszane słowo przepraszam, to bilans tego wypadku. godzinne bieganie nie pomogło rozładować wkurwu. na chuj że przeprosił, na chuj że inny do parku swojego zaprosił, że kasę wypłacił i głupio się poczuł. na chuj mi to wszystko. jakoś nie potrafię czerpać z tego satysfakcji. rozgoryczenie przekuwam w śmiech. i to jedno mnie tylko ratuje. bo o krok, nieraz czuję, przystaję od radykalizmu. a to już niebezpieczne.

wieczorem kino. i uczta dla fanów bergmana. prawdziwa uczta, bo seans ponad trzy godzinny i to nie byle jaki, tylko sam aleksander, no i fanny... dla fanów, do których stwierdzam ostatecznie, że i ja się zaliczam. potem 'kino' samochodowe z anitą. zagadujemy się do trzeciej. jest dobrze.

wtorek. tego dnia również o trzeciej idę spać. a to na skutek kolejnej trudnej rozmowy. zbyt trudnej jak na jedno wypite tylko piwo. tu jednak już tak dobrze dzień się nie kończy. bo nie kończy się prawie w ogóle, rzekłbym.


ale z trudnych rozmów człowiek się czasem dowiaduje też całkiem ciekawych rzeczy, na temat - swój, innych ludzi, swoich rozmówców... to czasem taka dobra próba. próba więzi, próba człowieka, test na to, kim ten ktoś jest. trudne rozmowy zawsze coś wnoszą. no może prawie zawsze. bo nie, gdy nie zostają dokończone. a specyfiką tych trudnych, jest właśnie niestety i to, że zwykle ciężko je zakończyć. dlatego może bardziej przypominają test bez wyniku. coś jak sprawdzian bez oceny.
to co koryguje nieraz życie, może prędzej skorygować taka rozmowa. tak mi się wydaje. taką mam przynajmniej nadzieję.

do lądka jednak nie dlatego nie jadę. to tak żeby było dla niektórych jasne. mimo tego, iż ścianą też nie jestem. w odróżnieniu od tych samych niektórych.

środa. mrówczej transkrypcji ciąg dalszy. olewam paź. i wcale mi tego nie żal. a nie przepraszam, to było we wtorek. ale tego dnia też odpuszczam sobie, wykład akurat, i akurat jego mi już żal. zmieniam nazwę na swoim pulpicie ze skrót do praktyki, na skrót do jebane praktyki... jestem wulgarny, wiem. ale tylko to pozwala mi w tej sytuacji sobie jakoś ulżyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz