dziś troje Kont Usuniętych usunęło mnie ze swoich znajomych. to straszne. tracę znajomych. może to byli nawet moi przyjaciele. tego nie wiem. i nigdy się już zapewne nie dowiem. bo nk takiej opcji już nie przewidziała. jakie to smutne...
żeby się nie rozpłakać, włączyłem sobie radio. stwierdziłem że radio eska będzie dobre. dawno nie słuchałem. no i nie pomyliłem się. utrzymując się w konwencji, tak gwałciłem się przez uszy jeszcze przez jakiś kwadrans, po czym odpuściłem, słysząc po raz wtóry-nie licząc już który hasło: karaibska impreska z radjem ezka. dość.
wyłączam nk i wyłączam radio. słyszę cichę, czuję pustkę. co by zatem zrobić? wiem, zrobię nic. robię. w międzyczasie zaczynam słuchać franka. zappy franka. stary poczciwy to człek. potem gadu-gadam, gadam, gadam... po drodzę się rozmażam... by gubiąc w ten sposób wątek, wrócić za minut pięć na nk...
i to dopiero jest naprawdę smutne.
wychodzę wreszcie pobiegać...
biegnę. nie uciekam. nie da się uciec.
piątek, 27 lutego 2009
czwartek, 26 lutego 2009
parę zmian i starych nowości
dziś dodałem zdjęcie i rubrykę "o mnie", chociaż de facto, nie jest wcale o mnie, tylko o blogu. generalnie drobna zmiana. ale polecam przeczytać. zwłaszcza tym, którzy dotąd nie czytali postów.
pierwszy dzień dziś na uczelni po przerwie. wporzo. wracamy do projektu na seminarkę. to już nie zabawa, o nie, teraz się zemści, co się zemścić ma. bo wchodzimy w realizację. ale spokojnie, da się jeszcze projekt poprawić, jeszcze jest czas. zgubne myślenie, wiem, ale tak.. tak powiedzmy, sobie tu i teraz. jeden nowy przedmiot, który zapowiada się ciekawie, prowadzący ją pracownik akademicki także. specjalnie tak powiedziałem, żeby nie zabrzmiało jak: prowadząca też interesująca. bo to kobieta, i to też fakt. wts jednak po staremu, rycie w berecie i woda z mózgu - jak to sam szacowny pan doktor lubi powtarzać, gdy mówi o nas, przedmiocie który z nami prowadzi i reakcjach zachodzących w naszych mózgach pod jego wpływem.
wieczorem wpada grzegorz, człowiek pracy. może pójdę jeszcze w międzyczasie pobiegać. ktoś chętny? biegam wzdłuż odry, jakby co. można dołączyć. ja się ucieszę. i Tobie wyjdzie to na zdrowie. czy jeszcze Cię nie przekonałem? ;-) no, to tyle na dziś powiedzmy.
pierwszy dzień dziś na uczelni po przerwie. wporzo. wracamy do projektu na seminarkę. to już nie zabawa, o nie, teraz się zemści, co się zemścić ma. bo wchodzimy w realizację. ale spokojnie, da się jeszcze projekt poprawić, jeszcze jest czas. zgubne myślenie, wiem, ale tak.. tak powiedzmy, sobie tu i teraz. jeden nowy przedmiot, który zapowiada się ciekawie, prowadzący ją pracownik akademicki także. specjalnie tak powiedziałem, żeby nie zabrzmiało jak: prowadząca też interesująca. bo to kobieta, i to też fakt. wts jednak po staremu, rycie w berecie i woda z mózgu - jak to sam szacowny pan doktor lubi powtarzać, gdy mówi o nas, przedmiocie który z nami prowadzi i reakcjach zachodzących w naszych mózgach pod jego wpływem.
wieczorem wpada grzegorz, człowiek pracy. może pójdę jeszcze w międzyczasie pobiegać. ktoś chętny? biegam wzdłuż odry, jakby co. można dołączyć. ja się ucieszę. i Tobie wyjdzie to na zdrowie. czy jeszcze Cię nie przekonałem? ;-) no, to tyle na dziś powiedzmy.
piwo marchewkowe
dzień zaczął się późno. i bez śniadania. potem zapisy na wuef. maćko pyta, czemu nie sekcja. bo tak. potem bez obiadu. w końcu kanapki, no i tyle. wieczór miły, no bo wspin. jednak zerwa, a nie eiger. michał, konrad, grzechu, marta. michu "w pogotowiu", córę należycie chowa. konrad baldy wchłania prędko ;-] grzechu fajne przystawuchy pokazuje. marta do trawersu zachęca. powrót na zerwę, powrót do balderów, powrót to semestralnej rzeczywistości, o tak... powrót wreszcie, do zajęć na uczelni. wszak całkiem brand-new semestr letni-razem tym, się jutro, już jutero, rozpoczyna. nie, nie przeżywam specjalnie tego. choć że ujrzę niektóre mordy z dawna nie widziane - cieszę też. mordy, mordki, mordeczki kochane, w tym też. a może zwłaszcza te ostatnie. bo przecież nie tęsknie za... a zresztą nie będę mówił. bo i specjalnie nie ma o kim. nie ma takich ludzi.
dobra. na koniec pytanie. ile czasu można zmarnować decydując się na szaleństwo?
bo obiecałem że rozwinę... wątek, sens pytania tegoŻ, próbę odpowiedzi podejmĘ.
dziś o mały włos swoim realistycznym do bólu podejściem nie pozbawiłem kogoś realizacji marzenia. jednak nie pozbawiłem. a marzenie zostało zrealizowane. może więc słuszny był argument mój, że w przypływie czyjegoś optymizmu, idealizmu, marzycielstwa wręcz... potrzebny jest skrajny realizm, popadający w odcienie pesymizmu, u kogoś innego - ot tak, dla równowagi, powiedzmy...
ale wracając do pytania. a raczej próby odpowiedzi. bo odpowiedzi oczywiście nie ma. nie tej oczywistej bynajmniej.
rzecz w tym chyba, że o ile szaleństwo prowadzi do dobrego, każda sekunda opóźnienia w zdecydowaniu się na nie, jest sekundą zmarnowaną. to prawie że aż logiczne. niezdecydowanie jednak może też wzmagać doznania. (tak było np z marchewką, którą zamierzałem zanurzyć dziś w piwie, wciąż się wahając, czy aby w ten sposób na pewno otrzymam piwo marchewkowe, a która w końcu wpadła mi i tak, sama, do kufla. efekt praktycznie żaden. poza tym, że marchewkę zjadłem po, a nie przed - wypiciem piwa. no, może jeszcze że była mokra, no i może przyjemność z picia piwa się nieznacznie zwiększyła, przynajmniej z początku. bo była to - przyznać mi to musicie - rzecz niecodzienna, niebywała, a przez to wręcz niezwykła - picie piwa z marchewką w środku). poza tym drobnym i chyba mało istotnym walorze długiego wahania się, czy podjąć szaleństwo, nasuwa się jednak cała masa negatywnych stron (i dalej: konsekwencji tego...) zbyt długiego zastanawiania się nad tym, czy należy zaszaleć, podjąć próbę zrobienia czegoś, co może uchodzić za niemądre, nierealne, czy głupie, ot choćby. których chyba nawet nie chcę wymieniać, opisywać, bo sami pewnie potraficie je doskonale dostrzec, a ja niepotrzebnie bym rozbudowywał ten post. chodzi mi więc chyba tylko o to, że to pytanie jest ważne, ażeby je czasem wspomnieć, poddać refleksji, gdy zastanawiamy się - nad tym czy szaleć czy nie szaleć?
inną z kolei jest sprawą, że warto się również zastanowić się, co i ile mamy do stracenie. oraz co i ile do zyskania. czy zbyt mało by się aż tak długo wahać, czy tak wiele by nie podejmować ryzyka. a wszystko oczywiście ZALEŻY x-]
[a ty parówko, nie miałeś nic do stracenia, i to również żem ci pisał ;P]
za to ile ja miałem do zyskaaania? aaaach. gdybym się tak stał pierwszym twórcą, przepraszam, nie twórcą, naukowcem, odkrywcą, dzięki któremu ludzkość zawdzięczałaby wynalazek znany pod nazwą: piwo marchewkowe... ;]
dobra. na koniec pytanie. ile czasu można zmarnować decydując się na szaleństwo?
bo obiecałem że rozwinę... wątek, sens pytania tegoŻ, próbę odpowiedzi podejmĘ.
dziś o mały włos swoim realistycznym do bólu podejściem nie pozbawiłem kogoś realizacji marzenia. jednak nie pozbawiłem. a marzenie zostało zrealizowane. może więc słuszny był argument mój, że w przypływie czyjegoś optymizmu, idealizmu, marzycielstwa wręcz... potrzebny jest skrajny realizm, popadający w odcienie pesymizmu, u kogoś innego - ot tak, dla równowagi, powiedzmy...
ale wracając do pytania. a raczej próby odpowiedzi. bo odpowiedzi oczywiście nie ma. nie tej oczywistej bynajmniej.
rzecz w tym chyba, że o ile szaleństwo prowadzi do dobrego, każda sekunda opóźnienia w zdecydowaniu się na nie, jest sekundą zmarnowaną. to prawie że aż logiczne. niezdecydowanie jednak może też wzmagać doznania. (tak było np z marchewką, którą zamierzałem zanurzyć dziś w piwie, wciąż się wahając, czy aby w ten sposób na pewno otrzymam piwo marchewkowe, a która w końcu wpadła mi i tak, sama, do kufla. efekt praktycznie żaden. poza tym, że marchewkę zjadłem po, a nie przed - wypiciem piwa. no, może jeszcze że była mokra, no i może przyjemność z picia piwa się nieznacznie zwiększyła, przynajmniej z początku. bo była to - przyznać mi to musicie - rzecz niecodzienna, niebywała, a przez to wręcz niezwykła - picie piwa z marchewką w środku). poza tym drobnym i chyba mało istotnym walorze długiego wahania się, czy podjąć szaleństwo, nasuwa się jednak cała masa negatywnych stron (i dalej: konsekwencji tego...) zbyt długiego zastanawiania się nad tym, czy należy zaszaleć, podjąć próbę zrobienia czegoś, co może uchodzić za niemądre, nierealne, czy głupie, ot choćby. których chyba nawet nie chcę wymieniać, opisywać, bo sami pewnie potraficie je doskonale dostrzec, a ja niepotrzebnie bym rozbudowywał ten post. chodzi mi więc chyba tylko o to, że to pytanie jest ważne, ażeby je czasem wspomnieć, poddać refleksji, gdy zastanawiamy się - nad tym czy szaleć czy nie szaleć?
inną z kolei jest sprawą, że warto się również zastanowić się, co i ile mamy do stracenie. oraz co i ile do zyskania. czy zbyt mało by się aż tak długo wahać, czy tak wiele by nie podejmować ryzyka. a wszystko oczywiście ZALEŻY x-]
[a ty parówko, nie miałeś nic do stracenia, i to również żem ci pisał ;P]
za to ile ja miałem do zyskaaania? aaaach. gdybym się tak stał pierwszym twórcą, przepraszam, nie twórcą, naukowcem, odkrywcą, dzięki któremu ludzkość zawdzięczałaby wynalazek znany pod nazwą: piwo marchewkowe... ;]
środa, 25 lutego 2009
oriana chce banana
wtorek. 24 lutego. to nic że jest już de facto środa, że upłynęło jej już ponad trzy godziny. to wszystko nic. a ważne to co się dzieje.
w wielkim skrócie, no bo... no bo tak. 12 uejk ap. korki resorki dżastiny. dwie śmiszne panny z ue. anita, ikea, poduszki czy i kołdyra. problemy z precyzyjnym podaniem geolokalizacji, w drodze, po drodze, a może nie po drodze. wieczór. tu bieganie. mokro śnieżnie dupnie. ale zacnie, i tak miło. potem wielkie gotowanie. i na koniec z kszyszem wielkie wielkie pogadanie.
w wielkim skrócie, no bo... no bo tak. 12 uejk ap. korki resorki dżastiny. dwie śmiszne panny z ue. anita, ikea, poduszki czy i kołdyra. problemy z precyzyjnym podaniem geolokalizacji, w drodze, po drodze, a może nie po drodze. wieczór. tu bieganie. mokro śnieżnie dupnie. ale zacnie, i tak miło. potem wielkie gotowanie. i na koniec z kszyszem wielkie wielkie pogadanie.
poniedziałek, 23 lutego 2009
hepi-ent to nie zawsze to, czego się spodziewamy
no i się nie udało. aa jakoś tak wyszło. że znów się zasiedziałem... do wpół do szóstej, yh! ale znów cztery godziny snu potem tylko, takżee, noo, tego, jest szansa. dziś po raz drugi. póki co pakuję manele i wziuum do wro.
[o kurde, nie wiedziałem co jest nie tak. napisałem drugi przez "ó" - źle ze mną rano było...]
to powyżej zanotowałem rano, koło południa, sam już nie nie wiem, zaraz się dowiem, po opublikowaniu posta, widząc godzinę, z jaką się zapisała wersja robocza tegoż postu właśnież. ale nie o tym chciałem. jest godzina 3:24. kontynuuję zatem nadal, mimo obiecywania już sobie samemu, ten nocny tryb życia. teraz jednak dodawszy do tego niewysypianie się. dziś znów raptem cztyry godziny snu. ale dziś planuję to jednak zmienić. czytaj spanie znów do dwunastej, hueh. nie wiem skąd to się bierze. to znaczy po części wiem. a po części przypuszczam. to co przypuszczam, to to, że to chyba jest tak, że boję się pewne rzeczy odłożyć na jutro, i wolę zrobić je już dzisiaj. bynajmniej nie jestem na codzień wierny zasadzie 'co masz zrobić jutro zrób dzisiaj' we wszystkim. o nie.
ogólnie dzień zaliczam jednak do bardzo przyjemnych.
może jedynie za wyjątkiem mało przyjemnego uczucia, głównie zapachu, który mnie przywitał tradycyjnie już na stacji wrocław nadodrze. pomyślałem sobie wówczas nawet, że w takie dni jak dziś, kiedy wszystko jest po prostu mokre - od podłogi, poprzez ściany aż po zagrzybiały sufit - osoby z wybujałą wyobraźnią powinny raczej omijać ten dworzec. może moje wyobraźnia nie sięga aż tak daleko, a przynajmniej jest jeszcze w miarę okiełznana, ale nawet ja, przez moment, pomyślałem sobie, że to wszystko jest najzwyczajniej w świecie z góry na dół oszczane.
do miłych i niezwykle satysfakcjonujących za to zajęć wykonanych podczas dzisiejszego dnia zaliczyłbym: rekonstrucję dwóch szuflad w kuchni oraz rozmrożenie lodówki ;-D tak, taak, znów zamieniłem się na moment w boba budowniczego, tu, na trzebnickiej, no a lodówka, no cóż, stara jest, trzeba jej czasem pomóc.
poza tym wpadli: landrynka i ptychol. bo od dziś może tak go zacznę nazywać ;D dzięki wam za tę wizytę, bardzo miło spędziłem z wami czas. poza tym - papier jest ciężkostrawny, a piwo - ustalmy że nie. no tak, znowu wypiłem dwa schabowe. ale to nie ja zostanę jutro posiekany na kawałeczki. no. także... czymcie się jakoś, w kupie ;] jestem zawsze obok, jakby co. aa, no i dziabnąłem wreszcie tego pajaca w brzuch, chociaż miałem już nie ;P 128.
przed chwilą wystraszył mnie kabelek od słuchawek, myślałem że to ryszard. może lepiej położę się już spać. plan ułożony. dbrnc
[o kurde, nie wiedziałem co jest nie tak. napisałem drugi przez "ó" - źle ze mną rano było...]
to powyżej zanotowałem rano, koło południa, sam już nie nie wiem, zaraz się dowiem, po opublikowaniu posta, widząc godzinę, z jaką się zapisała wersja robocza tegoż postu właśnież. ale nie o tym chciałem. jest godzina 3:24. kontynuuję zatem nadal, mimo obiecywania już sobie samemu, ten nocny tryb życia. teraz jednak dodawszy do tego niewysypianie się. dziś znów raptem cztyry godziny snu. ale dziś planuję to jednak zmienić. czytaj spanie znów do dwunastej, hueh. nie wiem skąd to się bierze. to znaczy po części wiem. a po części przypuszczam. to co przypuszczam, to to, że to chyba jest tak, że boję się pewne rzeczy odłożyć na jutro, i wolę zrobić je już dzisiaj. bynajmniej nie jestem na codzień wierny zasadzie 'co masz zrobić jutro zrób dzisiaj' we wszystkim. o nie.
ogólnie dzień zaliczam jednak do bardzo przyjemnych.
może jedynie za wyjątkiem mało przyjemnego uczucia, głównie zapachu, który mnie przywitał tradycyjnie już na stacji wrocław nadodrze. pomyślałem sobie wówczas nawet, że w takie dni jak dziś, kiedy wszystko jest po prostu mokre - od podłogi, poprzez ściany aż po zagrzybiały sufit - osoby z wybujałą wyobraźnią powinny raczej omijać ten dworzec. może moje wyobraźnia nie sięga aż tak daleko, a przynajmniej jest jeszcze w miarę okiełznana, ale nawet ja, przez moment, pomyślałem sobie, że to wszystko jest najzwyczajniej w świecie z góry na dół oszczane.
do miłych i niezwykle satysfakcjonujących za to zajęć wykonanych podczas dzisiejszego dnia zaliczyłbym: rekonstrucję dwóch szuflad w kuchni oraz rozmrożenie lodówki ;-D tak, taak, znów zamieniłem się na moment w boba budowniczego, tu, na trzebnickiej, no a lodówka, no cóż, stara jest, trzeba jej czasem pomóc.
poza tym wpadli: landrynka i ptychol. bo od dziś może tak go zacznę nazywać ;D dzięki wam za tę wizytę, bardzo miło spędziłem z wami czas. poza tym - papier jest ciężkostrawny, a piwo - ustalmy że nie. no tak, znowu wypiłem dwa schabowe. ale to nie ja zostanę jutro posiekany na kawałeczki. no. także... czymcie się jakoś, w kupie ;] jestem zawsze obok, jakby co. aa, no i dziabnąłem wreszcie tego pajaca w brzuch, chociaż miałem już nie ;P 128.
przed chwilą wystraszył mnie kabelek od słuchawek, myślałem że to ryszard. może lepiej położę się już spać. plan ułożony. dbrnc
niedziela, 22 lutego 2009
nie szukam kontrargumentu
wyrwane z kontekstu. z korespondencyji sms.
[...]
-co nadal nie zmienia faktu że chcesz odwiedzić piękne i historyczne miasto oleśnica ;]
-ano chce kiedyś :)
-kiedyś?
-przecież nie teraz ;)
-czemu nie
-bo śnieg pada ;)
-no i to już jest jakiś argument
-;D
[...]
nie mogłem się powstrzymać, by nie zamieścić tu tego ;] hueh. jakkolwiek niedorzeczna może się wydawać argumentacja autora tych wypowiedzi, przyjąłem ją wtenczas za argument rzeczowy, powód wystarczający... każda bowiem rzecz ma swój czas. i tego się trzymam. zero pośpiechu. wiosna przyjdzie i tak. co mam zrobić latem, zrobię latem. staram się tylko nie przeoczyć śniegu. bo bałwana na jesieni już nie ulepisz... gdzieś tylko w tym wszystkim trzeba zachować pewnie umiar. jak zwykle. aurea mediocritas.
o-ho, zdaje się że śnieg przestaje padać. i co teraz? ;P
a tak w ogóle, to... ciaaaaAsteczka. potwór się we mnie odzywa ;]
cztery godziny snu dziś w nocy i w efekcie niewyspanie mają mi z kolei zapewnić prędkie pójście spać. czy się to uda? możliwe. bo już oczy powoli odmawiają posłuszeństwa.
a jutro do wrrr wracammm. obowiązki na czebnickiej wzywają, no i tak w ogóle. nie wiem tylko jeszcze o której. raczej przed południem.
także do zoba, wszystkim.
[...]
-co nadal nie zmienia faktu że chcesz odwiedzić piękne i historyczne miasto oleśnica ;]
-ano chce kiedyś :)
-kiedyś?
-przecież nie teraz ;)
-czemu nie
-bo śnieg pada ;)
-no i to już jest jakiś argument
-;D
[...]
nie mogłem się powstrzymać, by nie zamieścić tu tego ;] hueh. jakkolwiek niedorzeczna może się wydawać argumentacja autora tych wypowiedzi, przyjąłem ją wtenczas za argument rzeczowy, powód wystarczający... każda bowiem rzecz ma swój czas. i tego się trzymam. zero pośpiechu. wiosna przyjdzie i tak. co mam zrobić latem, zrobię latem. staram się tylko nie przeoczyć śniegu. bo bałwana na jesieni już nie ulepisz... gdzieś tylko w tym wszystkim trzeba zachować pewnie umiar. jak zwykle. aurea mediocritas.
o-ho, zdaje się że śnieg przestaje padać. i co teraz? ;P
a tak w ogóle, to... ciaaaaAsteczka. potwór się we mnie odzywa ;]
cztery godziny snu dziś w nocy i w efekcie niewyspanie mają mi z kolei zapewnić prędkie pójście spać. czy się to uda? możliwe. bo już oczy powoli odmawiają posłuszeństwa.
a jutro do wrrr wracammm. obowiązki na czebnickiej wzywają, no i tak w ogóle. nie wiem tylko jeszcze o której. raczej przed południem.
także do zoba, wszystkim.
sobota, 21 lutego 2009
krótko i o niczym
zdecydowanie muszę chyba pisać krótsze posty. trudno. najwyżej coś skrócę tu czy tam. za to zwiększę tym prawdopodobieństwo, że zostaną one przeczytane. hehehhh.
tjaaa... nowa kategoria od/wy/powiedzi. klasyfikowana jako zdecydowanie trudno powiedzieć. eh. dylematy, dylematy.
dzisiaj raczej rodzinnie. mądry film z mamą obejrzany. a wieczór się jeszcze zobaczy. zapewne znów długi. może wyjdę pobiegać. no, to fin.
godzina 22:46. dopisek. no dobra. to było o jedną komedię romantyczną za dużo. chociaż w sumie ta nie była taka zła. za dużo bo zwykle nie oglądam żadnych. zastanawiam się tylko, co bardziej mnie wkurza w komediach romantycznych. to że są tak tendencyjne i nierealistyczne, a happy end'y aż cuchną cukierkowatością, tak w ogóle, czy to że właśnie w tak prymitywny sposób są w stanie wycisnąć, nawet z moich, oczu łzę. łot ewer. na jedno chyba wychodzi.
a biegać pójdę chyba sam. ekstremalne sytuacje, jak się okazuje, i tak cię dopadną, choćby bez wychodzenia z domu. ja zatem wolę zostać zaskoczony w biegu, niż zastany w domu. nie jaśku, nie gniewam się. a nawet chyba rozumiem. spokojnej nocy wszystkim...
tjaaa... nowa kategoria od/wy/powiedzi. klasyfikowana jako zdecydowanie trudno powiedzieć. eh. dylematy, dylematy.
dzisiaj raczej rodzinnie. mądry film z mamą obejrzany. a wieczór się jeszcze zobaczy. zapewne znów długi. może wyjdę pobiegać. no, to fin.
godzina 22:46. dopisek. no dobra. to było o jedną komedię romantyczną za dużo. chociaż w sumie ta nie była taka zła. za dużo bo zwykle nie oglądam żadnych. zastanawiam się tylko, co bardziej mnie wkurza w komediach romantycznych. to że są tak tendencyjne i nierealistyczne, a happy end'y aż cuchną cukierkowatością, tak w ogóle, czy to że właśnie w tak prymitywny sposób są w stanie wycisnąć, nawet z moich, oczu łzę. łot ewer. na jedno chyba wychodzi.
a biegać pójdę chyba sam. ekstremalne sytuacje, jak się okazuje, i tak cię dopadną, choćby bez wychodzenia z domu. ja zatem wolę zostać zaskoczony w biegu, niż zastany w domu. nie jaśku, nie gniewam się. a nawet chyba rozumiem. spokojnej nocy wszystkim...
rześ-ko
no nnnoorrrmalnie jakbym ferie miał. wakacje. alboco. siedzenie po nocach i spanie do 12tej. nie, przepraszam, dzisiaj nawet do 13 tej było. aż boję się pomyśleć o której dzisiaj pójdę spać.
dziś było marchewkowo. pietruszkowo. selerowo. i w efekcie po grecku. generalnie chodzi o jedzenie. poza tym był basen. spora dawka rześkiej rozkoszy dla ciała. istna rzeź dla ciała, rześkość dla umysłu, właściwie chyba raczej tak trzeba by to powiedzieć. godzina w saunie, przeplatana mroźnym powietrzem, mrożącą krew w żyłach wodą. i tutaj zarówno dosłownie jak i w przenośni o tej wodzie. a potem jeszcze dziesięć basenów kraulem, zasiekanych jednym machem. w ciągu znaczy się. także tego, noo, duma. może wciąż nie umiem dobrze/w ogóle pływać żabką, ale za to przynajmniej kraul mam już opanowany, mogę ze szczerym sumieniem chyba powiedzieć. poza tym, jeśli jeszcze nie mówiłem, lubię się "zdrowo" zmęczyć. kto nie lubi...
także rześko. a jutro, jak dobrze pójdzie, znów pobiegam z jaśkiem. rześkości zatem będzie c.d. no bo w końcu czego się nie robi... ;D kondycha musi być. poza tym, gdzieś trzeba spalić te tłuszcze. pączków wczoraj, co prawda nie jadłem, ale ile oponek się nawpier....em, to już nawet nie wiem. bo przy dziesiątym to już stanowczo straciłem rachubę. tak, tak, zatraciłem się wczoraj w oponkach, produkcji mojej mamy oczywiście. mniamm.
no i wieczór. film, wcześniej jakieś tam gadanie, mailowanie, no i granie. film dziwny ale dający do myślenia. w końcu bergman. granie - w PESa. heh, dawna miłość powraca. rafal, ile ty masz lat. chyba się cofam. mailowanie potrzebne. gadanie - wiadomo. ale co do gadania jeszcze, zainstalowałem sobie Nowe Gadu Gadu. jeszcze ogarniam. ale już prawie je mam ;] poza tym z filmu: ostatnie słowa głównej bohaterki: dały mi sporo do myślenia: nie wiem jak wam, co wam dadzą, i czy dadzą, ale napiszę: a kiedyś do nich może wrócę:
"Czasami nie odróżniasz wnętrza od tego, co na zewnątrz, i zmieniasz się całkowicie..."
dziś było marchewkowo. pietruszkowo. selerowo. i w efekcie po grecku. generalnie chodzi o jedzenie. poza tym był basen. spora dawka rześkiej rozkoszy dla ciała. istna rzeź dla ciała, rześkość dla umysłu, właściwie chyba raczej tak trzeba by to powiedzieć. godzina w saunie, przeplatana mroźnym powietrzem, mrożącą krew w żyłach wodą. i tutaj zarówno dosłownie jak i w przenośni o tej wodzie. a potem jeszcze dziesięć basenów kraulem, zasiekanych jednym machem. w ciągu znaczy się. także tego, noo, duma. może wciąż nie umiem dobrze/w ogóle pływać żabką, ale za to przynajmniej kraul mam już opanowany, mogę ze szczerym sumieniem chyba powiedzieć. poza tym, jeśli jeszcze nie mówiłem, lubię się "zdrowo" zmęczyć. kto nie lubi...
także rześko. a jutro, jak dobrze pójdzie, znów pobiegam z jaśkiem. rześkości zatem będzie c.d. no bo w końcu czego się nie robi... ;D kondycha musi być. poza tym, gdzieś trzeba spalić te tłuszcze. pączków wczoraj, co prawda nie jadłem, ale ile oponek się nawpier....em, to już nawet nie wiem. bo przy dziesiątym to już stanowczo straciłem rachubę. tak, tak, zatraciłem się wczoraj w oponkach, produkcji mojej mamy oczywiście. mniamm.
no i wieczór. film, wcześniej jakieś tam gadanie, mailowanie, no i granie. film dziwny ale dający do myślenia. w końcu bergman. granie - w PESa. heh, dawna miłość powraca. rafal, ile ty masz lat. chyba się cofam. mailowanie potrzebne. gadanie - wiadomo. ale co do gadania jeszcze, zainstalowałem sobie Nowe Gadu Gadu. jeszcze ogarniam. ale już prawie je mam ;] poza tym z filmu: ostatnie słowa głównej bohaterki: dały mi sporo do myślenia: nie wiem jak wam, co wam dadzą, i czy dadzą, ale napiszę: a kiedyś do nich może wrócę:
"Czasami nie odróżniasz wnętrza od tego, co na zewnątrz, i zmieniasz się całkowicie..."
piątek, 20 lutego 2009
cztery lata
cztery lata. to już cztery lata. ta myśl, przewodnia, kołatała mi w głowie już w sumie od kilku dni. dziś jednak, co najdziwniejsze, a może najsmutniejsze właśnie, nie zabiła niczym donośny dzwon, pełną smutku barwą, gdy spojrzałem w kalendarz, gdy przyjechałem tu, do domu, by cieszyć się Tymi, których nadal mam, a wspominać Tę, której, tu, już z nami nie ma.
więcej chyba nie napiszę. bo i słów na to nie ma. i chyba nie chcę też.
albo uczynię to, lecz krótko i enigmatycznie.
gdy myślę o Niej i Jej Życiu. pojawia się we mnie.
pamięć. tęsknota. smutek. łza.
wzruszenie. wdzięczność. mądrość. żal.
i determinacja. by żyć. by wierzyć. by trwać.
..........................................................
poza tym oczywiście tłusto. i nawet wesoło. bo i czemu by nie. gdy człowiek zda sobie już sprawę z tego, co naprawdę się liczy - z tego wszystkiego, co się nie liczy, lub w życiu ważne jest mniej, może się po prostu śmiać.
więcej chyba nie napiszę. bo i słów na to nie ma. i chyba nie chcę też.
albo uczynię to, lecz krótko i enigmatycznie.
gdy myślę o Niej i Jej Życiu. pojawia się we mnie.
pamięć. tęsknota. smutek. łza.
wzruszenie. wdzięczność. mądrość. żal.
i determinacja. by żyć. by wierzyć. by trwać.
..........................................................
poza tym oczywiście tłusto. i nawet wesoło. bo i czemu by nie. gdy człowiek zda sobie już sprawę z tego, co naprawdę się liczy - z tego wszystkiego, co się nie liczy, lub w życiu ważne jest mniej, może się po prostu śmiać.
czwartek, 19 lutego 2009
z założenia niezdyscyplinowany
tak sobie pomyślałem dzisiaj, jeszcze przed przystąpieniem do pisania tej notki, że chyba nie ma sensu silić się na refleksję i mądre słowa w chwilach, gdy takowa nie nachodzi/takowe ślina na język nie przynosi...
myśl taka pojawiła się w głowie mej stąd, że ostatnio odczułem coś jakby na kształt chwilowej bezrefleksyjności. wszak człowiek współczesny, homo sapiens sapiens, homo politicus, societas, czy jak zwał, ma niby przyrodzoną tę cechę, a raczej zdolność - polegającą właśnie na byciu zdolnym do refleksji, głębszej, i w przeciwieństwie do innych istot żyjących. jednak nie w każdej chyba chwili musi robić z tej zdolności użytek. i mniejsza już o to, że niektórzy chyba w ogóle, nigdy przenigdy z niej użytku nie robią, albo przynajmniej sprawiają wrażenie takich. nie chodzi mi też o to, by być przytępawym głuptasem, który non-toper nie wie co się wokół niego dzieje, ale jest szczęśliwy. chociaż no właśnie, to słowo, szczęśliwy.
ale wracając, sęk w tym, że wydaje mi się, iż człowiek... albo nie, nie człowiek. bo to chyba mój problem, w głównej mierze, osobisty, no, jest. a w każdym razie, w takim, osobistym, kontekście chciałbym go rozważać. mam bowiem, czasem to odczuwam, czasem nawet bardzo silnie, pewien problem ze zdyscyplinowaniem własnych refleksji, myśli krążących po mojej głowie. ich natłok czy niedostateczny kształt (?) powoduje, że ciężko mi je zwerbalizować, albo chociaż - samemu ogarnąć, gdzieś tam, w myślach. (nie wiem)
efektem takiego stanu rzeczy obawiam się, że są - albo naprędce generowane i przez to chaotycznie brzmiące e zdania, jakie produkuję w mowie albo nienaturalne, nieraz nie do końca poprawne gramatycznie konstrukcje zdaniowe, jakie produkuję, po przemyśleniu, w piśmie. co w dalszej kolejności powoduje mniejszą lub większą katastrofę komunikacyjną, do jakiej dochodzi pomiędzy mną a moim rozmówcą (odbiorcą mojego przekazu). a zatem tak źle i tak niedobrze. chociaż... do podobnych katastrof aż tak często znowuż chyba nie dochodzi, może przesadzam. aaale. to raczej Wy mi powiedzcie. ha. tylko pytanie, czy Wy, a więc Moi Drodzy, Mnie Słuchający lub też moje wypociny Czytający Ludzie Dobrej Woli, Zacni Odbiorcy, czy Wy macie też jakąkolwiek podstawę by o tym orzekać? jakąkolwiek pewnie tak, tylko czy wystarczającą. pytanie pobrzmiewa nadal, niestety, tak tak, mając na uwadze tenże właśnie smutny fakt - że nie dane jest Wam przecież, w inny niż na sposób werbalny, odczytywać myśli moje, a więc myśli całkiem inne aniżeli swoje... ale mniejsza. człowiek pewnie nigdy i tak nie dojdzie do poziomu, w którym by się werbalnie idealnie porozumiał z drugim, podobnym mu nawet. a czasem to może i lepiej rozumie się nawet na sposób niewerbalny.
więc żeby zakończyć wreszcie tę notkę, która jak zwykle w założeniach krótką być miała... chodzi o to, że obawiam się, czy aby nie lepiej w sytuacji, w której myśl, refleksja, owa głębsza właśnie, mnie z jakiś przyczyn nie nachodzi, to czy nie lepiej zachować daleko idącą powściągliwość w pisaniu i ograniczyć się jedynie do zrelacjonowania wydarzeń, mających miejsce w ciągu dnia, jaki jeszcze jeden, kolejny, było mi dane przeżyć. trochę w sposób suchy i nieraz pewnie niezbyt nieprzyjemny do czytania. ale cóż. tak to już bywa z dziennikami. bo tak... chcę chyba, by to był dziennik. przynajmniej na początek. a do tego wszak dyscyplina - być musi! ;P więc przynajmniej, na początek.
zatem pisać będę "po prostu". sorewicz więc wielki za przynudnawe relacje minionych dni moich, za brak fajerwerków pod koniec, w puencie, do której czasem być może będzie się wam zdawało, że zdążam w całym swym kolejnym wynurzeniu, i w ogóle za to, że nie będzie to kolejny blog, który ubiegać się będzie o miano tytułu Blog Roku or samtink. z założe(ń)ia - które właśnie, zdaje się, że się wreszcie wyklarowały w głowie mej - blog ten nie będzie pisany pod publiczkę czy komerchę wręcz, celem najszerszego go spopularyzowania, etc., lecz dla ludzi, którzy go z własnej, nie przymuszonej czytać będą, a więc moi Najbliżsi - a będący nieraz tak, fizycznie, ode mnie Odlegli - Przyjaciele, Znajomi, Ludzie Dobrej Woli którym Zależy - by wiedzieć co u mnie, co na pewne tematy sądzę, by lepiej mogły mnie poznać.
stąd pisanie "po prostu" może - i nawet chyba mam poniekąd taką nadzieję - zniechęcić pewne osoby do odwiedzania tej strony, osoby które widocznie czytać tu i tego nie powinny.
pisanie "po prostu", mam za to nadzieję, nada moim wypowiedziom bardziej naturalnego, więc i autentycznego charakteru, zapewni większą przejrzystość, klarowność budowanych przeze mnie zdań, kosztem może i nieuniknionych niekiedy uproszczeń nawet, a jeśli nawet nie to, to że przynajmniej - i co, w sumie, nade wszystko bym sobie jednak cenił - zapewni w ten sposób możliwie najpełniejszą kompatybilność z aktualnymi myślami, refleksyjami, intencyjami, tudzież zamiarami moimi ;] - no, to tak żeby wrócić do tego, od czego wyszedłem. jeśli w ogóle od czegoś wyszedłem i do czegoś doszedłem. no bo mam nadzieję, że nie przeszedłem tej drogi na darmo. a Wy ze mną, czytając.
no i tyle chyba.
aha, więc skoro dziennik. to wspomnę że był dziś eiger-znów. i cieszy mnie to-już. że nareszcie trening, mający znamiona chociaż-regularnego, systematycznego. było mpk-niestety. czekanie. wcześniej długie spanie. gdzieś tam po drodze nicnierobienie. i wizyta u parówencji mej -nieco bardziej dziś aniżeli ja- zabieganej. i w końcu powrót do domu, w atmosferze dość nie-zwykłej. a bo to bez roweru, a bo to pieszo i długo i bez muzyki nawet na uszach, bo aku w mp3 na mrozie padło. za to samotnie jak zwykle. ponad godzinny marsz, w ciszy. i tylko ta cisza, bardzo słyszalna. czasem się aż zastanawiam czy muzyka nie stała się moim kolejnym uzależnieniem i co gorsza wypełnieniem - pustki, której gdzieś z powodów jakiś być nie powinno.
myśl taka pojawiła się w głowie mej stąd, że ostatnio odczułem coś jakby na kształt chwilowej bezrefleksyjności. wszak człowiek współczesny, homo sapiens sapiens, homo politicus, societas, czy jak zwał, ma niby przyrodzoną tę cechę, a raczej zdolność - polegającą właśnie na byciu zdolnym do refleksji, głębszej, i w przeciwieństwie do innych istot żyjących. jednak nie w każdej chyba chwili musi robić z tej zdolności użytek. i mniejsza już o to, że niektórzy chyba w ogóle, nigdy przenigdy z niej użytku nie robią, albo przynajmniej sprawiają wrażenie takich. nie chodzi mi też o to, by być przytępawym głuptasem, który non-toper nie wie co się wokół niego dzieje, ale jest szczęśliwy. chociaż no właśnie, to słowo, szczęśliwy.
ale wracając, sęk w tym, że wydaje mi się, iż człowiek... albo nie, nie człowiek. bo to chyba mój problem, w głównej mierze, osobisty, no, jest. a w każdym razie, w takim, osobistym, kontekście chciałbym go rozważać. mam bowiem, czasem to odczuwam, czasem nawet bardzo silnie, pewien problem ze zdyscyplinowaniem własnych refleksji, myśli krążących po mojej głowie. ich natłok czy niedostateczny kształt (?) powoduje, że ciężko mi je zwerbalizować, albo chociaż - samemu ogarnąć, gdzieś tam, w myślach. (nie wiem)
efektem takiego stanu rzeczy obawiam się, że są - albo naprędce generowane i przez to chaotycznie brzmiące e zdania, jakie produkuję w mowie albo nienaturalne, nieraz nie do końca poprawne gramatycznie konstrukcje zdaniowe, jakie produkuję, po przemyśleniu, w piśmie. co w dalszej kolejności powoduje mniejszą lub większą katastrofę komunikacyjną, do jakiej dochodzi pomiędzy mną a moim rozmówcą (odbiorcą mojego przekazu). a zatem tak źle i tak niedobrze. chociaż... do podobnych katastrof aż tak często znowuż chyba nie dochodzi, może przesadzam. aaale. to raczej Wy mi powiedzcie. ha. tylko pytanie, czy Wy, a więc Moi Drodzy, Mnie Słuchający lub też moje wypociny Czytający Ludzie Dobrej Woli, Zacni Odbiorcy, czy Wy macie też jakąkolwiek podstawę by o tym orzekać? jakąkolwiek pewnie tak, tylko czy wystarczającą. pytanie pobrzmiewa nadal, niestety, tak tak, mając na uwadze tenże właśnie smutny fakt - że nie dane jest Wam przecież, w inny niż na sposób werbalny, odczytywać myśli moje, a więc myśli całkiem inne aniżeli swoje... ale mniejsza. człowiek pewnie nigdy i tak nie dojdzie do poziomu, w którym by się werbalnie idealnie porozumiał z drugim, podobnym mu nawet. a czasem to może i lepiej rozumie się nawet na sposób niewerbalny.
więc żeby zakończyć wreszcie tę notkę, która jak zwykle w założeniach krótką być miała... chodzi o to, że obawiam się, czy aby nie lepiej w sytuacji, w której myśl, refleksja, owa głębsza właśnie, mnie z jakiś przyczyn nie nachodzi, to czy nie lepiej zachować daleko idącą powściągliwość w pisaniu i ograniczyć się jedynie do zrelacjonowania wydarzeń, mających miejsce w ciągu dnia, jaki jeszcze jeden, kolejny, było mi dane przeżyć. trochę w sposób suchy i nieraz pewnie niezbyt nieprzyjemny do czytania. ale cóż. tak to już bywa z dziennikami. bo tak... chcę chyba, by to był dziennik. przynajmniej na początek. a do tego wszak dyscyplina - być musi! ;P więc przynajmniej, na początek.
zatem pisać będę "po prostu". sorewicz więc wielki za przynudnawe relacje minionych dni moich, za brak fajerwerków pod koniec, w puencie, do której czasem być może będzie się wam zdawało, że zdążam w całym swym kolejnym wynurzeniu, i w ogóle za to, że nie będzie to kolejny blog, który ubiegać się będzie o miano tytułu Blog Roku or samtink. z założe(ń)ia - które właśnie, zdaje się, że się wreszcie wyklarowały w głowie mej - blog ten nie będzie pisany pod publiczkę czy komerchę wręcz, celem najszerszego go spopularyzowania, etc., lecz dla ludzi, którzy go z własnej, nie przymuszonej czytać będą, a więc moi Najbliżsi - a będący nieraz tak, fizycznie, ode mnie Odlegli - Przyjaciele, Znajomi, Ludzie Dobrej Woli którym Zależy - by wiedzieć co u mnie, co na pewne tematy sądzę, by lepiej mogły mnie poznać.
stąd pisanie "po prostu" może - i nawet chyba mam poniekąd taką nadzieję - zniechęcić pewne osoby do odwiedzania tej strony, osoby które widocznie czytać tu i tego nie powinny.
pisanie "po prostu", mam za to nadzieję, nada moim wypowiedziom bardziej naturalnego, więc i autentycznego charakteru, zapewni większą przejrzystość, klarowność budowanych przeze mnie zdań, kosztem może i nieuniknionych niekiedy uproszczeń nawet, a jeśli nawet nie to, to że przynajmniej - i co, w sumie, nade wszystko bym sobie jednak cenił - zapewni w ten sposób możliwie najpełniejszą kompatybilność z aktualnymi myślami, refleksyjami, intencyjami, tudzież zamiarami moimi ;] - no, to tak żeby wrócić do tego, od czego wyszedłem. jeśli w ogóle od czegoś wyszedłem i do czegoś doszedłem. no bo mam nadzieję, że nie przeszedłem tej drogi na darmo. a Wy ze mną, czytając.
no i tyle chyba.
aha, więc skoro dziennik. to wspomnę że był dziś eiger-znów. i cieszy mnie to-już. że nareszcie trening, mający znamiona chociaż-regularnego, systematycznego. było mpk-niestety. czekanie. wcześniej długie spanie. gdzieś tam po drodze nicnierobienie. i wizyta u parówencji mej -nieco bardziej dziś aniżeli ja- zabieganej. i w końcu powrót do domu, w atmosferze dość nie-zwykłej. a bo to bez roweru, a bo to pieszo i długo i bez muzyki nawet na uszach, bo aku w mp3 na mrozie padło. za to samotnie jak zwykle. ponad godzinny marsz, w ciszy. i tylko ta cisza, bardzo słyszalna. czasem się aż zastanawiam czy muzyka nie stała się moim kolejnym uzależnieniem i co gorsza wypełnieniem - pustki, której gdzieś z powodów jakiś być nie powinno.
wtorek, 17 lutego 2009
zrazy wyrazy
nic tak dobrze człowiekowi nie robi, jak zapach nutelli o poranku oraz telefon od znajomej, który cię właśnie obudził. gwoli ścisłości muszę jednak uzupełnić. telefon od znajomej która daleko a jednak pamięta, istoty która choć niewysoka, to w swych staraniach - wielka ;] a i z nutellą to historia również przepiękna. bo cóż z tego, że na tygodniowym prawie już chlebie ją wyłożywszy =D gdy liczy się już sam fakt, wyraz - szczerych, dobrych intencyji. wszak nie pamiętam już kiedy ostatni raz ktoś przygotował mi śniadanie ;] dzień zaczyna się miło. arcymiło.
pentor. niestety dziś również nie pracuje. niedobrze. no i tego śniegu ciągle wciąż mało... jeszcze chwila, a stanę się sfrustrowanym bezrobotnym, naprawdę.
a wieczorem małe święto. bo "spotkanie z górami". (jeśli ktoś jeszcze nie słyszał, a byłby zainteresowany http://www.skalnik.pl/?p=strony&id=3&root=3 ). tym bardziej, że ukraina, hmm. wszystko jakby układa się sensowną całość.
pentor. niestety dziś również nie pracuje. niedobrze. no i tego śniegu ciągle wciąż mało... jeszcze chwila, a stanę się sfrustrowanym bezrobotnym, naprawdę.
a wieczorem małe święto. bo "spotkanie z górami". (jeśli ktoś jeszcze nie słyszał, a byłby zainteresowany http://www.skalnik.pl/?p=strony&id=3&root=3 ). tym bardziej, że ukraina, hmm. wszystko jakby układa się sensowną całość.
pośpiech mój wróg
co zwykle daje nam więcej do myślenia? coś nam dobrze znanego, nam bliższego a przez to i być może lepiej rozumianego? czy też coś, co jest nam znane mniej lub bardzo słabo wręcz, jest nam odległe i stanowić może dla nas pewną egzotykę? z tym pytaniem kładę się spać. odpowiedzi zamierzam udzielić, kiedy się obudzę, by nie stać się w tej chwili zwykłym producentem postów, blogów, chłamów, ów. tego wszystkiego, wiecie...
poza tym nie lubię się śpieszyć.
wersja robocza postu zapisana gdzieś przed trzecią zapewne, teraz - również przed trzecią, tyle że dnia następnego - pora dopisać odpowiedź na pytanie i opublikować co żem wypocił.
odpowiedzi jednak nie będzie. nie jasnej i klarownej, zdecydowanej i upraszczającej przynajmniej. czego można było się spodziewać zresztą.
nie wiem do końca czy postawienie tego pytania mi jakoś pomogło (komuś pomogło? oj chciałbym. żeby chociaż.) ale ja to widzę tak.
coś nam bliższego, a więc sprawiającego że jesteśmy mocniej uwikłani w to co obserwujemy, w czym uczestniczymy lub nie, co się wkoło nas dzieje, powoduje że siłą rzeczy jak gdyby, angażuje to nasze myśli. w tym przypadku, dość jasnym i pojętym zresztą, dochodzimy jednak w swoich refleksjach zwykle do jakiejś peunty. jakkolwiek droga do niej długa by nie była. z czymś co nam mniej znane, jest o tyle trudniej, że wymaga to od nas więcej wyobraźni. mamy jednak więcej do sprawy dystansu, ale za to i mniej potrzebnej wiedzy. rozważania mogą się zatem zakończyć refleksyjnym impasem, poczuciem niezrozumienia, nie prowadzącym naturalnie do żadnych wniosków, pozostawiając jedynie (nieraz nie)zdrową ciekawość.
i tego się chyba najbardziej boję. tej niezdrowej ciekawości i zbyt długiej drogi do peunty. peunty która może niekiedy rozczarować, a nic nam przecież nie przywróci straconego już czasu. to samo się tyczy egzotyki, która również potrafi rozczarować.
tyle o myśleniu i drążeniu spraw rozmaitych.
poza tym nie lubię się śpieszyć.
wersja robocza postu zapisana gdzieś przed trzecią zapewne, teraz - również przed trzecią, tyle że dnia następnego - pora dopisać odpowiedź na pytanie i opublikować co żem wypocił.
odpowiedzi jednak nie będzie. nie jasnej i klarownej, zdecydowanej i upraszczającej przynajmniej. czego można było się spodziewać zresztą.
nie wiem do końca czy postawienie tego pytania mi jakoś pomogło (komuś pomogło? oj chciałbym. żeby chociaż.) ale ja to widzę tak.
coś nam bliższego, a więc sprawiającego że jesteśmy mocniej uwikłani w to co obserwujemy, w czym uczestniczymy lub nie, co się wkoło nas dzieje, powoduje że siłą rzeczy jak gdyby, angażuje to nasze myśli. w tym przypadku, dość jasnym i pojętym zresztą, dochodzimy jednak w swoich refleksjach zwykle do jakiejś peunty. jakkolwiek droga do niej długa by nie była. z czymś co nam mniej znane, jest o tyle trudniej, że wymaga to od nas więcej wyobraźni. mamy jednak więcej do sprawy dystansu, ale za to i mniej potrzebnej wiedzy. rozważania mogą się zatem zakończyć refleksyjnym impasem, poczuciem niezrozumienia, nie prowadzącym naturalnie do żadnych wniosków, pozostawiając jedynie (nieraz nie)zdrową ciekawość.
i tego się chyba najbardziej boję. tej niezdrowej ciekawości i zbyt długiej drogi do peunty. peunty która może niekiedy rozczarować, a nic nam przecież nie przywróci straconego już czasu. to samo się tyczy egzotyki, która również potrafi rozczarować.
tyle o myśleniu i drążeniu spraw rozmaitych.
poniedziałek, 16 lutego 2009
bucuresti. hmmm
postaram się streszczać. bo Ktoś nade mną stoi i ten Ktoś czeka. poza tym, nie jestem u siebie tylko u Kogoś. i nie to żeby Kszyszu się niecierpliwił, heheh, ale mamy jeszcze ambitny plan na dziś - zaaranżować sobie nocny maraton filmowy. może nie przegadamy znów do piątej, tylko się wreszcie uda obejrzeć filmy, hueh. więc.
pobudka, telefon od Wojtasa. wieści z Więcborka, wymiana koncepcji na wyprawę na nadchodzące lato. jedno jest już pewne, kierunek: Morze Czarne. zgodni też jesteśmy co do Mołdawii i Krymu. co więcej, wszystko wskazuje już na to, że będzie to sierpień. a więc jest też i termin. zaczyna się dziać. i dobrze, bardzo dobrze. grunt to mieć cele.
eiger. kszyszu - nadal to utrzymuję - ma waruny. wspin z Pawłem i jego znajomymi. poznajemy też dwie dziewoje, które działają w wolontariacie i przyjechały do Polski, jedna z Turcji, druga z Rumunii. i nie żebym nie pamiętał imion, ale nie chcę przekręcać pisowni. będą więc po prostu "dziewoje". sympatyczne dziewoje, dodam tylko. no i bardzo komunikatywne, też. ;)
jest po północy, ale post liczy się na dziś, znaczy wczoraj. bo ja z tych, co to dla których dzień się kończy a nowy zaczyna w momencie pójścia spać - choćby świtało nawet. heh ;]
pobudka, telefon od Wojtasa. wieści z Więcborka, wymiana koncepcji na wyprawę na nadchodzące lato. jedno jest już pewne, kierunek: Morze Czarne. zgodni też jesteśmy co do Mołdawii i Krymu. co więcej, wszystko wskazuje już na to, że będzie to sierpień. a więc jest też i termin. zaczyna się dziać. i dobrze, bardzo dobrze. grunt to mieć cele.
eiger. kszyszu - nadal to utrzymuję - ma waruny. wspin z Pawłem i jego znajomymi. poznajemy też dwie dziewoje, które działają w wolontariacie i przyjechały do Polski, jedna z Turcji, druga z Rumunii. i nie żebym nie pamiętał imion, ale nie chcę przekręcać pisowni. będą więc po prostu "dziewoje". sympatyczne dziewoje, dodam tylko. no i bardzo komunikatywne, też. ;)
jest po północy, ale post liczy się na dziś, znaczy wczoraj. bo ja z tych, co to dla których dzień się kończy a nowy zaczyna w momencie pójścia spać - choćby świtało nawet. heh ;]
sobota, 14 lutego 2009
w dzień walniętego walę tynki na całego
no i były łyżwy. full wypas gicior. spodobało mi się. tylko coś jest chyba nie tak... nobo. w myśl zasady: żołnierz bez karabina, student bez poprawki, itp, itd... to co to za łyżwy bez zaliczenia nawet jednej gleby? chyba zbyt zachowawczo się ślizgałem. ale z drugiej strony... no nie sztuką jeszcze jest brawura amatora. nie stałem w każdym razie. ani - nie chodziłem. jeździłem.
i cieszy mnie to. kolejna rzecz która mi się bardzo spodobała, oby nie stała się zbyt silną konkurencją dla wspinu. no i roweru, naturalnie ;]
no taaak, trochę przekłamałem. tynków dziś nie odwalałem. ale za to były łyżwy.
a teraz zdanie od którego właściwie chciałem zacząć ten post.
"Struktury związków zostały potwierdzone za pomocą spektroskopii magnetycznego rezonansu jądrowego oraz za pomocą spektroskopii w podczerwieni." prawda że ładne? czytam je sobie tak właśnie ostatnio, w pracy przygotowanej przez znajomą na jakąś tam konferencję chemików, i tak sobie myślę - szkoda że struktur związków ludzkich nie da się w podobny sposób potwierdzić. ileż to par zyskałoby wiedzę o sobie i swoich związkach, baa do tego wiedzę pewną, sprawdzalną. a tak, musi im tylko, podobnie jak nam, socjologom, wystarczyć wiedza deklaratywna płynąca wszakże z tak nie cierpianych przeze mnie deklaracji właśnież. ale cóż, deklaracje sabilizują orientację. może więc i są pożyteczne, dobre.
ale dobra, dość tych refleksji na tematy walnientynkowe, bo jeszcze się rozwinę i wyjdzie, że tak naprawdę to ja tym wszystkim parom zazdroszczę. co zresztą i byłoby prawdą. zazdroszczę ludziom w związkach. partnerskich związkach. ale że zazdrość ponoć niezdrowa jest, a niezdrową przynajmniej może się stać, to nie zamierzam o niej mówić a przez to być może ją w sobie rozwijać. tak więc fin.
aha, jeszcze chyba nie mówiłem, ambitnie postanowiłem sobie że codziennie będzie tu nowy post. jak na razie postanowienia udaje mi się dotrzymać. no i git.
i cieszy mnie to. kolejna rzecz która mi się bardzo spodobała, oby nie stała się zbyt silną konkurencją dla wspinu. no i roweru, naturalnie ;]
no taaak, trochę przekłamałem. tynków dziś nie odwalałem. ale za to były łyżwy.
a teraz zdanie od którego właściwie chciałem zacząć ten post.
"Struktury związków zostały potwierdzone za pomocą spektroskopii magnetycznego rezonansu jądrowego oraz za pomocą spektroskopii w podczerwieni." prawda że ładne? czytam je sobie tak właśnie ostatnio, w pracy przygotowanej przez znajomą na jakąś tam konferencję chemików, i tak sobie myślę - szkoda że struktur związków ludzkich nie da się w podobny sposób potwierdzić. ileż to par zyskałoby wiedzę o sobie i swoich związkach, baa do tego wiedzę pewną, sprawdzalną. a tak, musi im tylko, podobnie jak nam, socjologom, wystarczyć wiedza deklaratywna płynąca wszakże z tak nie cierpianych przeze mnie deklaracji właśnież. ale cóż, deklaracje sabilizują orientację. może więc i są pożyteczne, dobre.
ale dobra, dość tych refleksji na tematy walnientynkowe, bo jeszcze się rozwinę i wyjdzie, że tak naprawdę to ja tym wszystkim parom zazdroszczę. co zresztą i byłoby prawdą. zazdroszczę ludziom w związkach. partnerskich związkach. ale że zazdrość ponoć niezdrowa jest, a niezdrową przynajmniej może się stać, to nie zamierzam o niej mówić a przez to być może ją w sobie rozwijać. tak więc fin.
aha, jeszcze chyba nie mówiłem, ambitnie postanowiłem sobie że codziennie będzie tu nowy post. jak na razie postanowienia udaje mi się dotrzymać. no i git.
piątek, 13 lutego 2009
głodówka, naleśniki i łyżwy
znów to zrobiłem. taak, naleśniki, bo to o nich mowa. cóż, niech każdy robi to, w czym jest najlepszy. ja wciąż się staram, w każdym razie, heheh. ale dziś ani jeden przypalony nawet nie był. więc postęp.
poza tym głodówka. a może post. post leniwy. to taka odmiana poszczenia, kiedy pościsz bo nie masz w domu już nic do jedzenia a nie chce ci się d*** z domu ruszyć do sklepu, po chleb choćby. ale ponoć takie głodówki raz na jakiś czas nawet zdrowe, oczyszczają przewód pokarmowy czy jakoś tak, więc nic z tym nie zamierzam robić.
poza tym myślę. intensywnie myślę nad zrobieniem czegoś adekwatnie głupiego do nadchodzącego dnia św. walentego. w zeszłym roku w tzw. święto zakochanych, wyjechawszy w góry, ubrałem na nogi narty, pierwszy raz w życiu. co było jednak doznaniem dosyć bolesnym jak dla moich kolan, patrząc z perspektywy czasu. no cóż, kolega namówił. do dziś jednak nie żałuję. w tego sylwestra zatknąłem sobie w uszy stopery i poszedłem za pięć dwunasta spać. też nie żałuję. inny kolega z kolei ostatnio podpowiedział mi, że mógłbym w walentynki wykąpać się nago w odrze. to też pomysł. ale chyba nie jestem jeszcze na tyle zbuntowanym buntownikiem a raczej na tyle zahartowanym morsem, ażeby podejmować tę formę buntu przeciwko czerwonym serduszkom i całego tego chłamu. w końcu to tylko zwykła komercha dla której szkoda zdrowia. w tym roku zapowiada się więc na to, że pójdę na łyżwy. również za namową kolegi i również byłyby (będą?) to moje pierwsze łyżwy w życiu, jakie ubiorę na nogi. taki mój pierwszy raz. i do tego z kolegą. orany. ciekawe czy razem dostaniemy zniżkę z okazji święta zakochanych. ciekawe. na pewno zaś będzie śmiszno.
poza tym głodówka. a może post. post leniwy. to taka odmiana poszczenia, kiedy pościsz bo nie masz w domu już nic do jedzenia a nie chce ci się d*** z domu ruszyć do sklepu, po chleb choćby. ale ponoć takie głodówki raz na jakiś czas nawet zdrowe, oczyszczają przewód pokarmowy czy jakoś tak, więc nic z tym nie zamierzam robić.
poza tym myślę. intensywnie myślę nad zrobieniem czegoś adekwatnie głupiego do nadchodzącego dnia św. walentego. w zeszłym roku w tzw. święto zakochanych, wyjechawszy w góry, ubrałem na nogi narty, pierwszy raz w życiu. co było jednak doznaniem dosyć bolesnym jak dla moich kolan, patrząc z perspektywy czasu. no cóż, kolega namówił. do dziś jednak nie żałuję. w tego sylwestra zatknąłem sobie w uszy stopery i poszedłem za pięć dwunasta spać. też nie żałuję. inny kolega z kolei ostatnio podpowiedział mi, że mógłbym w walentynki wykąpać się nago w odrze. to też pomysł. ale chyba nie jestem jeszcze na tyle zbuntowanym buntownikiem a raczej na tyle zahartowanym morsem, ażeby podejmować tę formę buntu przeciwko czerwonym serduszkom i całego tego chłamu. w końcu to tylko zwykła komercha dla której szkoda zdrowia. w tym roku zapowiada się więc na to, że pójdę na łyżwy. również za namową kolegi i również byłyby (będą?) to moje pierwsze łyżwy w życiu, jakie ubiorę na nogi. taki mój pierwszy raz. i do tego z kolegą. orany. ciekawe czy razem dostaniemy zniżkę z okazji święta zakochanych. ciekawe. na pewno zaś będzie śmiszno.
czwartek, 12 lutego 2009
spowity bezsensem zasypiam
dziś bez zbędnych wynurzeń. położyłem się spać o 4 toteż wstałem o 12. rytm 8-godzinnego spania więc zachowany. bezsenna noc. albo raczej noc bez sensu. sensu szukam dalej. sen zawsze i tak przyjdzie sam. będzie chyba jednak dziennik. dziennik mający znamiona pamiętnika.
tendencja do coraz krótszych postów utrzymuje się. no i nieźle. ale czy też dobrze.
tendencja do coraz krótszych postów utrzymuje się. no i nieźle. ale czy też dobrze.
środa, 11 lutego 2009
dzię dobry. 15 deko polędwicy sopockiej proszę.
dziś krótko i konkretnie, treściwie. przerost formy nad treścią bowiem już był. czas więc na treść. a tej będzie niewiele, bo dzień krótki i działo się niewiele.
bieganie. szamanie. kąpanie i spanie.
potem wstawanie. znów szamanie.
kupowanie. i jeszcze raz szamanie.
na koniec długie długaśne rozmawianie.
a każda z tych czynności bardzo przyjemna.
no może za wyjątkiem zakupów. ale nie było nawet tak źle, 3 sklepy, w tym dwa dyskonty, a zajęło mi wszystko poniżej godziny. wnoszę po tym, że 100th Window massive attacku nie zdążył mi nawet w mp3 zabrzmieć do końca. album ma 1h 8 min. i może nawet ostatecznie przekonam się do tej kapeli. masywny atak dobry na szoping. ależ profanacja. no trudno. no i pani na mięsnym życzyła mi miłego dnia. niezwykle.
bieganie. szamanie. kąpanie i spanie.
potem wstawanie. znów szamanie.
kupowanie. i jeszcze raz szamanie.
na koniec długie długaśne rozmawianie.
a każda z tych czynności bardzo przyjemna.
no może za wyjątkiem zakupów. ale nie było nawet tak źle, 3 sklepy, w tym dwa dyskonty, a zajęło mi wszystko poniżej godziny. wnoszę po tym, że 100th Window massive attacku nie zdążył mi nawet w mp3 zabrzmieć do końca. album ma 1h 8 min. i może nawet ostatecznie przekonam się do tej kapeli. masywny atak dobry na szoping. ależ profanacja. no trudno. no i pani na mięsnym życzyła mi miłego dnia. niezwykle.
wtorek, 10 lutego 2009
w dziwnych okolicznościach (z)biegam
czasem nawet najbardziej nieoczekiwana zmiana planów może przynieść nieoczekiwanie dobre efekty.
...
dziś się działo. się jechało, pracowało, znów jechało, potem wspinało, i na koniec mało brakowało a jeszcze by się biegało. biegało się za to będzie jutro. o 6:15 wkoło jednej z wież , zamkowych zresztą też. w mieście o którym mawiają że wież i róż miastem jest. albo zwanym też po prostu oleśnicą.
co do biegania jeszcze, to jakimś dziwnym trafem zbiegło się dziś na mieście paru zbiegów, okoliczności znaczy się. zbieg o imieniu rafał wpierw zbiegł zaistniałemu zbiegowi okoliczności, okoliczności wspólnych innemu zbiegowi o imieniu marta, potem to samo z drugim zbiegiem jaki nastąpił, w obrębie którego zbiegły się okoliczności zbiega o imieniu hubert wraz z okolicznościami wspomnianego już r.
zbieg to był jednak, zarówno pierwszy jak i drugi - okoliczności, na tyle różnych i niewystarczająco wspólnych, że przynajmniej jedno z dwóch w każdym przypadku musiało zbiec z miejsca zbiegu.
pytanie zawsze tylko pozostaje, na ile podobne okoliczności muszą wystąpić, by dwoje ludzi nie musiało zbiegać z miejsca zdarzenia jak jakiś pierwszy lepszy zbieg.
[ach, jak ja kocham język polski.
wszyscy wciąż gdzieś biegną. i ja również pewnie. jutro jednak pobiegnę ażeby ustać...
...
nie, dalej żałuję że nie ma mnie teraz w lądku. podobnie jak żałuję że nie ma mnie teraz w maroku. ale żal to którego się spodziewałem. można więc chyba powiedzieć że wszystko w normie i jak dotychczas - bo pod kontrolą. a ty tyj, parówko, tyj.
...
dziś się działo. się jechało, pracowało, znów jechało, potem wspinało, i na koniec mało brakowało a jeszcze by się biegało. biegało się za to będzie jutro. o 6:15 wkoło jednej z wież , zamkowych zresztą też. w mieście o którym mawiają że wież i róż miastem jest. albo zwanym też po prostu oleśnicą.
co do biegania jeszcze, to jakimś dziwnym trafem zbiegło się dziś na mieście paru zbiegów, okoliczności znaczy się. zbieg o imieniu rafał wpierw zbiegł zaistniałemu zbiegowi okoliczności, okoliczności wspólnych innemu zbiegowi o imieniu marta, potem to samo z drugim zbiegiem jaki nastąpił, w obrębie którego zbiegły się okoliczności zbiega o imieniu hubert wraz z okolicznościami wspomnianego już r.
zbieg to był jednak, zarówno pierwszy jak i drugi - okoliczności, na tyle różnych i niewystarczająco wspólnych, że przynajmniej jedno z dwóch w każdym przypadku musiało zbiec z miejsca zbiegu.
pytanie zawsze tylko pozostaje, na ile podobne okoliczności muszą wystąpić, by dwoje ludzi nie musiało zbiegać z miejsca zdarzenia jak jakiś pierwszy lepszy zbieg.
[ach, jak ja kocham język polski.
- zbieg1. «ten, kto uciekł skądś»2. «miejsce zetknięcia się lub złączenia czegoś»
wszyscy wciąż gdzieś biegną. i ja również pewnie. jutro jednak pobiegnę ażeby ustać...
...
nie, dalej żałuję że nie ma mnie teraz w lądku. podobnie jak żałuję że nie ma mnie teraz w maroku. ale żal to którego się spodziewałem. można więc chyba powiedzieć że wszystko w normie i jak dotychczas - bo pod kontrolą. a ty tyj, parówko, tyj.
miętowa z podwójnym cukrem
dla pewnej równowagi, dziś już postaram się krócej
na początek pytanie. która z refleksji jest więcej warta - ta skrywana tylko dla siebie, czy ta którą dzielimy się z innymi? która jest więcej warta dla nas? a która wniesie więcej pożytku również dla innych?
pytanie jakkolwiek nie postawione, zawsze pozostawia wiele odpowiedzi.
sęk w tym, że zastanawiam się właśnie nad kierunkiem i formą, jaki(ą) przyjąć mógłby mój blog. i szczerze powiem, że wciąąąąż się zastanawiam.
zawsze chciałem pisać pamiętnik. kiedyś chciałem pisać pamiętnik. znaczy parę razy zdarzyło mi się myśleć o rozpoczęciu pisania pamiętnika. parę razy nawet zacząłem. a więc nie zawsze. parę razy.
to jednak nie będzie pamiętnik. a z całą pewnością nie w klasycznym rozumieniu tego słowa. to moooże będzie coś na kształt pamiętnika.
tymczasem wypijam wściekle słodką herbatę miętową. tak dawno jej już nie piłem...
na początek pytanie. która z refleksji jest więcej warta - ta skrywana tylko dla siebie, czy ta którą dzielimy się z innymi? która jest więcej warta dla nas? a która wniesie więcej pożytku również dla innych?
pytanie jakkolwiek nie postawione, zawsze pozostawia wiele odpowiedzi.
sęk w tym, że zastanawiam się właśnie nad kierunkiem i formą, jaki(ą) przyjąć mógłby mój blog. i szczerze powiem, że wciąąąąż się zastanawiam.
zawsze chciałem pisać pamiętnik. kiedyś chciałem pisać pamiętnik. znaczy parę razy zdarzyło mi się myśleć o rozpoczęciu pisania pamiętnika. parę razy nawet zacząłem. a więc nie zawsze. parę razy.
to jednak nie będzie pamiętnik. a z całą pewnością nie w klasycznym rozumieniu tego słowa. to moooże będzie coś na kształt pamiętnika.
tymczasem wypijam wściekle słodką herbatę miętową. tak dawno jej już nie piłem...
próba
próba, eksperyment, bóg-wie-co
zawsze chciałem pisać. zawsze chciałem coś powiedzieć. buahaha.
a tak szczerze - raz czy dwa, zdarzyło mi się pomyśleć, że będę pisarzem, że lubię pisać. czasem też, baa, nie czasem - często. zdarzało mi się doznawać uczucia że-coś-chcę-powiedzieć. czas i sroga refleksja pokazały jednak, że w gruncie rzeczy ani nie lubię pisać ani nie lubię mówić. zwłaszcza zaś wypowiadać się. i nie to że wypowiadać się w ogóle. ale o tym później.
albo teraz. nie lubię wypowiadać się na tematy ważkie i złożone. nie lubię mielić jęzorem, w stylu habla habla, byleby leby coś powiedzieć. produkcja słów, produkcja krów, produkcja po-zo-rów. że ja niby coś wiem, że on niby wie mniej, że ja niby zajebisty-jestem. wypowiadać się, to brać pełną odpowiedzialność za swoje słowa. tak ja przynajmniej "wypowiadanie się" pojmuję. w tym znaczeniowo okraszonym być może pojęciu, to właśnie ów brak odpowiedzialności za słowa drażni mnie u ludzi chyba najbardziej.
nie, nie jestem zgorzkniałym dziwadłem, który w perspektywie rozmowy z kimkolwiek szuka możliwości jakiejkolwiek - do zrobienia uniku, byleby rozmowy uniknąć tej czy tamtej. nie, raczej nie.
ale nie o to chodzi. chodzi o to, że po prostu nie chcę się dokładać z własną cegiełką do informacyjnego szumu, jaki wokół nas się panoszy, a który to prowadzi niejednokrotnie do chaosu, chaosu którego z kolei konieczną konsekwencją jest wszelako pojmowana dezinformacja. dezinformacja nas wszystkich, słuchających. warte jest też chyba podkreślenia słowo słuchających. słuchających naprawdę. i nie chodzi bynajmniej o to, że słuchających w sposób bezkrytyczny, jak nieraz miałem o sobie w mniemaniu. słuchających, po prostu.
nie byłoby bowiem tragedii, gdyby cały ten szum informacji nas dochodzący, a z ludzkich wypowiedzi właśnież pochodzący(ch), był szumem informacji prawdziwych - lub przynajmniej autentycznych, spójnych - lub przynajmniej przemyślanych, sensownych - a więc mających swój głębszy, choćby subiektywny, sens nadawany im przez wypowiadających, gdyby był szumem informacji "dorzecznych" - a więc do czegoś się odnoszących. ale nie. ludzie po prostu mówią. chociaż nie wiedzą, mówią. nie są pewni, mówią. nie wiedzą co ze sobą zrobić, jak się zachować, czy się wstydzić, czy rumienić, śmiać czy płakać a może lepiej szydzić, no więc lepiej - mówić. broń zaś boże milczeć. mówić zawsze i wszędzie. i przepraszam, nie tyle mówić, co wypowiadać się. bo mówić to się mówi przy stole, kiedy potrzebna nam jest sól i ktoś kto by ją nam podał, mówić można w tramwaju do stojących przed nami, gdy zwracamy się z uprzejmą prośbą, czy by się nie mogli posunąć do przodu, bo nam za chwile tyłek drzwi ściśnie. a więc mówić w sensie komunikować się. ale gdy mówienie przybiera postać wypowiadania się, dzieje się z reguły źle. tam przynajmniej imho.
i nie chodzi mi bynajmniej o to, by poskramiać wszelką ludzką spontaniczność w wyrażaniu opinii, sądów, przemyśleń własnych. mnie po prostu drażni cały ten niepotrzebny chaos, hałas, brud i szmer, budowany przez wypowiedzi puste, niedorzeczne, pozbawione sensu, wartości, czy już w ogóle - zapomnij! - jakiejkolwiek trwałości, ponadczasowości. szanujmy język, szanujmy uszy, szanujmy się.
dlatego próba. będzie to dla mnie próba leczenia się z awersji na wypowiadanie się, próba wypowiadania się częściej niż na ogół to czynię. eksperyment gdyż jestem ciekaw, jak próba której sam zamierzam się poddać, na mnie wpłynie. czy coś się we mnie zmieni. co się zmieni, kto się zmieni. próba przemówienia, próba rozpoczęcia pisania. niełatwa, gdyż - w przeciwieństwie do licznych nie wypowiadanych na głos refleksji, jakie na co dzień mi towarzyszą - ta jednak zakładająca też obecność słuchających, a raczej czytających, odbiorców, czyniących to tak po prostu...
niełatwa tym bardziej, że zdaje sobie sprawę z tego, że sam właśnie ukręciłem sobie sznur na szubienicę, na której zresztą chętnie zawisnę, jeśli bym popełnił ten błąd i począł sklecać wypowiedzi puste, niedorzeczne, a jakie to rzekomo - jak jeszcze przed momentem z werwą niczym kapłan nawołujący z ambony głosiłem że - zewsząd nas otaczają. dlatego wybaczcie, jeśli będę chwilami po prostu "mówił", a raczej pisał, i nie pisał a o-pisywał, to co widzę, to co i jak postrzegam, bez (nie)koniecznego zmuszania się do wypowiadania się wprost na temat rzeczy, na które "po prostu" ciężko się wypowiadać.
zawsze chciałem pisać. zawsze chciałem coś powiedzieć. buahaha.
a tak szczerze - raz czy dwa, zdarzyło mi się pomyśleć, że będę pisarzem, że lubię pisać. czasem też, baa, nie czasem - często. zdarzało mi się doznawać uczucia że-coś-chcę-powiedzieć. czas i sroga refleksja pokazały jednak, że w gruncie rzeczy ani nie lubię pisać ani nie lubię mówić. zwłaszcza zaś wypowiadać się. i nie to że wypowiadać się w ogóle. ale o tym później.
albo teraz. nie lubię wypowiadać się na tematy ważkie i złożone. nie lubię mielić jęzorem, w stylu habla habla, byleby leby coś powiedzieć. produkcja słów, produkcja krów, produkcja po-zo-rów. że ja niby coś wiem, że on niby wie mniej, że ja niby zajebisty-jestem. wypowiadać się, to brać pełną odpowiedzialność za swoje słowa. tak ja przynajmniej "wypowiadanie się" pojmuję. w tym znaczeniowo okraszonym być może pojęciu, to właśnie ów brak odpowiedzialności za słowa drażni mnie u ludzi chyba najbardziej.
nie, nie jestem zgorzkniałym dziwadłem, który w perspektywie rozmowy z kimkolwiek szuka możliwości jakiejkolwiek - do zrobienia uniku, byleby rozmowy uniknąć tej czy tamtej. nie, raczej nie.
ale nie o to chodzi. chodzi o to, że po prostu nie chcę się dokładać z własną cegiełką do informacyjnego szumu, jaki wokół nas się panoszy, a który to prowadzi niejednokrotnie do chaosu, chaosu którego z kolei konieczną konsekwencją jest wszelako pojmowana dezinformacja. dezinformacja nas wszystkich, słuchających. warte jest też chyba podkreślenia słowo słuchających. słuchających naprawdę. i nie chodzi bynajmniej o to, że słuchających w sposób bezkrytyczny, jak nieraz miałem o sobie w mniemaniu. słuchających, po prostu.
nie byłoby bowiem tragedii, gdyby cały ten szum informacji nas dochodzący, a z ludzkich wypowiedzi właśnież pochodzący(ch), był szumem informacji prawdziwych - lub przynajmniej autentycznych, spójnych - lub przynajmniej przemyślanych, sensownych - a więc mających swój głębszy, choćby subiektywny, sens nadawany im przez wypowiadających, gdyby był szumem informacji "dorzecznych" - a więc do czegoś się odnoszących. ale nie. ludzie po prostu mówią. chociaż nie wiedzą, mówią. nie są pewni, mówią. nie wiedzą co ze sobą zrobić, jak się zachować, czy się wstydzić, czy rumienić, śmiać czy płakać a może lepiej szydzić, no więc lepiej - mówić. broń zaś boże milczeć. mówić zawsze i wszędzie. i przepraszam, nie tyle mówić, co wypowiadać się. bo mówić to się mówi przy stole, kiedy potrzebna nam jest sól i ktoś kto by ją nam podał, mówić można w tramwaju do stojących przed nami, gdy zwracamy się z uprzejmą prośbą, czy by się nie mogli posunąć do przodu, bo nam za chwile tyłek drzwi ściśnie. a więc mówić w sensie komunikować się. ale gdy mówienie przybiera postać wypowiadania się, dzieje się z reguły źle. tam przynajmniej imho.
i nie chodzi mi bynajmniej o to, by poskramiać wszelką ludzką spontaniczność w wyrażaniu opinii, sądów, przemyśleń własnych. mnie po prostu drażni cały ten niepotrzebny chaos, hałas, brud i szmer, budowany przez wypowiedzi puste, niedorzeczne, pozbawione sensu, wartości, czy już w ogóle - zapomnij! - jakiejkolwiek trwałości, ponadczasowości. szanujmy język, szanujmy uszy, szanujmy się.
dlatego próba. będzie to dla mnie próba leczenia się z awersji na wypowiadanie się, próba wypowiadania się częściej niż na ogół to czynię. eksperyment gdyż jestem ciekaw, jak próba której sam zamierzam się poddać, na mnie wpłynie. czy coś się we mnie zmieni. co się zmieni, kto się zmieni. próba przemówienia, próba rozpoczęcia pisania. niełatwa, gdyż - w przeciwieństwie do licznych nie wypowiadanych na głos refleksji, jakie na co dzień mi towarzyszą - ta jednak zakładająca też obecność słuchających, a raczej czytających, odbiorców, czyniących to tak po prostu...
niełatwa tym bardziej, że zdaje sobie sprawę z tego, że sam właśnie ukręciłem sobie sznur na szubienicę, na której zresztą chętnie zawisnę, jeśli bym popełnił ten błąd i począł sklecać wypowiedzi puste, niedorzeczne, a jakie to rzekomo - jak jeszcze przed momentem z werwą niczym kapłan nawołujący z ambony głosiłem że - zewsząd nas otaczają. dlatego wybaczcie, jeśli będę chwilami po prostu "mówił", a raczej pisał, i nie pisał a o-pisywał, to co widzę, to co i jak postrzegam, bez (nie)koniecznego zmuszania się do wypowiadania się wprost na temat rzeczy, na które "po prostu" ciężko się wypowiadać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)