piątek, 6 listopada 2009
piątek, 30 października 2009
czwartek, 29 października 2009
na temat
istny krach
"OGŁOSZENIE
Od godzin rannych w czwartek 29 października do godzin popołudniowych w piątek 30 października będą prowadzone w ICM prace modernizacyjne. W tym czasie modele prognoz pogody nie będą liczone, a w dostępie do stron WWW nastąpią kilkugodzinne przerwy. "
...przeczytałem dziś na chyba najczęściej odwiedzanej przeze mnie stronie www. i co ja teraz zrobię...
wtorek, 27 października 2009
a to Polska właśnie
środa, 14 października 2009
reaktywacja... nie na długo?
chociaż pisało się faaajnie. ale. nie sama sztuka dla sztuki, nie samo pisanie dla pisania (które notabene dalekie jeszcze zawsze było od Tej, której tu właśnie umniejszyłem... przyrównując do niej swoją pisaninę....). nie to więc miało być tematem przewodnim i celem samym w sobie, nie to.
nie forma, która nieraz to wykorzystywana była przeze mnie do szyfrowania informacji, dzieląc je na te dla wszystkich i te mające być zrozumiałe dla nielicznych. to zresztą, teraz stwierdzam, było dosyć głupie i nie fair. w końcu czytają wszyscy. poza tym, grozi to zrodzeniem się niebezpiecznej tendencji człowieka do tudzież - zamykania się w czterech ścianach i pisania w odosobnieniu, tudzież - wielokrotnego powtarzania się... czego również nie cierpię. ale może czasem tak trzeba... ehh, mniejsza.
decyzja więc. zamknąć bloga? kontynuować w drastycznie odmiennej formie niż ta dotąd? czy może założyć nowy blog, a ten, lepiej jeszcze, skasować?! nie, nie zrobię tego... jako że nie lubię od niczego, co w moim życiu miało miejsce, stanowczo się odcinać i usuwać z pamięci, nie założę ani nowego ani, tym bardziej, tego nie skasuję. przynajmniej nie na razie. może więc będzie kontynuacja. choć raczej na pewno już - w zmienionej formie i przede wszystkim, charakteryzująca się inną treścią. chociaż pomysł na założenie nowego chodzi mi po głowie też, nie powiem że nie...
czas pokaże.
poniedziałek, 12 października 2009
wziął wolne
no jakoś trzeba było zacząć, tak?
choćby nieudolnie, z dupy jakoś.
a powroty po przerwach ponoć są najtrudniejsze.
no nie. bo jednak to samo mówią o początkach-czegoś nowego, o kontynuacjach-czegoś trwającego, o definitywnym kończeniu-czegoś dotychczasowego... nieważne. ludzie różne rzeczy mówią, dużo mówią, a generalnie lubią - jak się nie tłumaczyć, to narzekać.
ja więc żeby, choćby przez tę chwilę, pobyć innym... więcej mówić i głupio się tłumaczyć nie będę.
wystarczy już i tak, że zostałem ostatnio posądzony o nader częste prowadzenie wewnętrznych monologów, to w dodatku na sposób ...iście uzewnętrzniony. co mi, przyznać muszę, choć nie wiedzieć czemu, nawet trochę dopiekło... mimo iż zdawać sobie z tego sprawę, zdawałem oczywiście nie od dziś, że tak mam lub mogę mieć.
ale może czas przestać tłumaczyć to sobie i innym nabytą (czy też co gorsza wrodzoną?) manierą socjologicznej wnikliwości, charakteryzującą się tak przecież specyficznym spojrzeniem, zawsze koniecznie uwzględniającym pełen wymiar, wraz z wszelką-niemal-możliwą-wieloaspektowością, zjawisk postrzeganych, o nawet tych choć-nie-wiem-jak-najprostszych... i czas stać się bardziej konkretnym i mniej wymownym. w końcu też nie wszystko, lub przynajmniej nie zawsze, musi zostać dostrzeżone i wypowiedziane.
tymczasem obiecuję, że już niebawem, niebawem wskrzeszę to, co tu pomarło
oczywiście w miarę mych wrodzonych o jakże ludzkich tylko możliwości.
środa, 1 lipca 2009
uroczy egzam
mniej uroczyście, bo bez zbytnich celebracji, niestety, przygotowywałem się do tego egzaminu. nie licząc przygotowań do koła, na naukę do egzaminu poświęciłem półtora dnia. z czego te pół, to właściwie nie pół, tylko półtorej godziny, w autobusie. miejmy nadzieję, że to się na mnie nie zemści. przynajmniej nie aż tak bardzo. ale znowuż, czy te wszystkie rozważania, bądź co bądź, jednak wokół tego samego przedmiotu, nie były przypadkiem aby toczone na co dzień, na uczelni, w trakcie zajęć, przynajmniej być-powinny? wydaje mi się, że tak. i liczę na to, że były. jak również na to, że te wszystkie dotychczasowe dyskusje nie przetoczyły się jedynie po mojej głowie w sposób bezszelestny i nie pozostawiający śladu, lecz że odbiły i odbijać się jutro zwłaszcza, na egzaminie, będą - głośnym i znaczącym echem... bo za wiele to dziś nie powtórzyłem. hueh. ale jak to mawiają, noc długa... jeszcze trochę do świtania pozostało.
a w sumie, może szacowna doktor szy da jakieś proste pytania. i niepotrzebne nasze wszelkie obawy. ot np przyszło mi takie jedno do głowy... na przykład - podaj ulubioną liczbę alain'a tourian'a. no i co, z pozoru trudne, a kto by nie wiedział? ;P takie trochę półotwarte czy półzamknięte można by zrobić, no i sprawdzało by się szybko... ehh, to może ja już pójdę... doczytać coś o ruchach społecznych i innych takich.
w końcu to ostatni egzam. wypadałoby więc zdać, by móc zacząć oblewać. nie odwrotnie. oblać, by ponownie zdawać. kolejność jednak ma zawsze doniosłe znaczenie... ehhh. wyrtwałości, wytrwałości sobie życzę... na teraz. i systematyczności - jak zwykle, ale to już raczej taki mało-śmieszny żart... - na przyszłość :]
aha, dziś odkryłem w sieci kolejnego demotywatora. jak dla mnie - żal, żal, żal. kreatywność i inwencja twórcza człowieka nie zna chyba jednak granic. a biznes jest biznes. poznaj datę swojej śmierci. ta zachęta, czy też propozycja, niech zatem będzie tym quasi-pozytywnym, bo jednak humorystycznym, bądź co bądź, jak dla mnie przynajmniej, akcentem na koniec tej notki.
a to ludzie jednak nie są aż tak prezentywistycznie nastwieni do życia... hueh.
tak absurdalnie głupie że aż śmieszne. znacie to uczucie?
link do strony zaklęty w jednym ze słów tworzących ten akapit notki. wykorzystując "trzecią rękę" wyobraźni, odkryj sam/a które to słowo.
omg. no i z edukacji dostałem cztery i pół. to też żal. półtorej godziny nauki do tego egzamu. i semestr nie chodzenia na wykłady. to już mówi samo za siebie.
chciałbym i nie-chciałbym, żeby jutro miała miejsce podobna sytuacja. tak... bo już wolę poprawkę. to się chyba nazywa honorowe i ambitne podejście do sprawy. prawdziwie honorowe i prawdziwie ambitne. choć może bardziej honorowe aniżeli to drugie. ściąg oczywiście standardowo nie zabieram.
poniedziałek, 29 czerwca 2009
weselicho i nieoczekiwanych zmian c.d.
termin wyprawy stanął pod wielkim znakiem zapytania a uczestnictwo w niej niektórych planowanych dotąd uczestników pod jeszcze większym... lipiec czy sierpień. oto jest pytanie. chciałbym żeby pojechał i wojtas i łukasz. co z tego będzie, czas pokaże.
plany o sponsoringu przez firmę crosso odkładam na daleką przyszłość. hueh. tymczasem, skupiam się na... jak to się zwykło nazywać w kręgach akademickich... a tak, sesji. jest dopiero północ dwadzieścia, mam więc czas.
jutro egzamin. weselicho jednak bez poprawin. a przynajmniej bez naszego, znaczy mojego i izabelki, w nich udziału. są rzeczy ważniejsze. rzeczy których tak się boimy, że chociaż byśmy się ich nie wiem jak bardzo spodziewali, to gdy nas zastają, zaskakują i tak. mam nadzieję, że będzie dobrze. co by nie było. inne poważne rozmowy odkładam więc na później. bo ważne ważniejszemu nie równe.
znalazłem mieszkanie. teraz poszukuję transportu. wyjątkowo, transportu samochodowego. potrzebuję takowy do przeprowadzki, na przyszłą niedzielę bądź tego dnia okolice. czy jest zatem na sali kierowca? najlepiej jeszcze dysponujący autem. zgłoszenia chętnych prosimy kierować na adres itymożeszzrobićdobryuczynekdlazdyba / łamane przez / nielicznajegowdzięczność / wszakbezinteresownapomoctopodstawawdzisiejszymświecie. dziękuję za uwagę. czytał janusz szydłowski.
sobota, 27 czerwca 2009
i hope so ;]
negocjacje milczące
piątek, 26 czerwca 2009
wrocławiaNIN w CIĄGU dalszym
[;
w końcu znalazłem mieszkanie. nie wiem tylko jeszcze na jak długo, ale miejmy nadzieję, że na dłużej niż to gwarantowane. w każdym razie, zmuszonym będąc, ale też i ciekawością zmian i nowych doświadczeń powodowany, wyprowadzam się z trzebni. a zmieniam klimaty... znów na całkiem niemalże inne. tym razem, w dodatku, jeśli chodzi o kwestie geolokalizacyjne również. więcej o tym potem może. wielkie jednak uff. od razu człowiek spokojniejszy, gdy ma pewność, że będzie miał gdzie się w lipcu wynieść. no i koniec wreszcie tego żmudnego i jednak kosztownego szukania. bo na telefon to też już ładny ja majątek straciłem.
eiger i piękne krawądkowe wyjścia. mimo iż to tylko panel, to i ciąg i piękny kawał wspinu. się postarali. naprawdę jest co robić teraz na eigerze. wracam w deszczu, burzy, na domiar złego bez świateł i bez
muzy. mimo to, żem usatysfakcjonowany.
a w weekend weselicho. solidne weselicho, bo z poprawinami. rety, ciężko będzie. i bynajmniej nie kaca mam na myśli, choć to może i po części też. ale egzamin z wtsu, ktory już przecież tak blisko, tak niebawem. jutro masa i slajdowisko w wkw, nie wiem co wybiorę. i czy cokolwiek. tak niewiele czasu. a wyprawa... ona też, tuż tuż...
czwartek, 25 czerwca 2009
yeaahhh! :]
wybornie
warto było. zagrali wszystko to, co 'powinni' i jeszcze więcej. dla mnie rewelacja. soczyste brzmienia, non-stop właściwie muzyka, kontakt z publiką-też ok. byłoby jeszcze świetne szoł, gdyby organizatorzy się trochę nie wyłożyli. bo i na nagłośnienie można by (trzeba by?) jeszcze ponarzekać i na telebimy i aranżację przestrzeni, względy akustyczne, czy przynajmniej te wizualne właśnie, których brakło. ale po co. i tak było wybornie. NIN pierwszy raz w Polsce i to w wielkim stylu. chociaż echoplex, "the remix", zapamiętam chyba na długo ;D
ten ostatni obraz może niezbyt dobra jakość, ale w końcu dźwięk, nie obraz tak się tu liczy. dobra, dźwięk też kaszana, ale. liczy się klimat i chęci... reżysersko-realizatorskie. zresztą, przekaz bardziej w treści niż w formie, tu akurat.
wtorek, 23 czerwca 2009
dwa egzamy... i dwie zmiany...
poza tym, odebrałem wreszcie swoje słuchawki z naprawy, dokupiłem uszkodzony kabelek... tym samym, udźwiękawiam się ponownie, jak należy. bez słuchawek dwa miechy, bez głośników z miesiąc. dziwnie wszystko się splata i zaczyna tętnić... muzyką...
dokładny termin wyprawy, jeśli zostanie tak, jak na to wszystko wskazuje, że ma pozostać, to 18 lipca-wyjazd. powrót... kto wie. prawdopodobnie coś koło 2-go.
a jednak NIN. i to całkiem niebawem... wypłatę odbiorę jeszcze dziś albo jutro. w każdym razie, jadę. grunt to podjąć decyzję pozbawioną niezdecydowania!
piątek, 19 czerwca 2009
fotorelacyji ciąg dalszy
;)
całkiem efektowny kicz...
tak krótko podsumowała pokaz wrocławskiej fontanny multimedialnej jedna moja znajoma. ja bym jednak powiedział więcej. i po socjologicznemu. bardzo efektowny przekaz multimedialny wykorzystujący multisensoryczność odbiorcy. czasem przybierający formę wręcz natarczywego, skomasowanego ataku, innym razem bawiącego pojedynczymi, drobnymi wrażeniami rozczulającymi w ten sposób człowieka i zmysł jego wszelki.
w sumie, jednym podobać będzie się jedno, innym drugie. stąd, akurat celowo ułożony repertuar, zakładający różnorodność odbiorców i ich oczekiwań, sprawia że każdemu może się coś w pokazie nie spodobać, każdemu jednak też coś z pewnością spodobać się spodoba.
ogólnie. ciekawa rozrywka, angażująca na raz kilka zmysłów, można się też raz i dwa nawet zachwycić, reagując spontanicznym och tudzież ach. więc generalnie, polecam!
/ps/ dziś wchodzi też nowy repertuar. pokaz, standardowo już chyba, o 22. zamierzam się wybrać.
aa, i żeby nie było. też pozwolę sobie przyspamować, przy tej okazji, wszak ostatnio 'debiutowałem' na jutubie. i właśnie przy tej okazji. a zatem: link pierwszy i link drugi.
czwartek, 18 czerwca 2009
jupijajej joł madafaka
:]
środa, 17 czerwca 2009
fotorelacja
najbardziej miarodajny wskaźnik...
wtorek, 16 czerwca 2009
wkręty wykręty, dylemaciska
a jakie jest moje aktualne dziś? pogmatwane, zabiegane, zróżnicowane i humorystyczne, jak zawsze. sesja zbliża się wielkimi krokami. zaliczenia powoli do przodu. z seminarką tylko trochę dymu. podsumowanie i dobry komentarz dla tych trzech lat studiów? chyba tak, sfital, chyba masz rację. prawdopodobnie bardzo błyskotliwa i słuszna uwaga. ja nie tracę jednak dobrego samopoczucia. dobrze? źle? raczej dobrze. z tymże nie na pewno. są inne, ważniejsze... w życiu, żyyyciu... itakdalej. ale czy na pewno.
ostatnio sobie też myślę... że przydałby mi się odwyk. naprawdę... tak mi się wydaje. odwyk od wspinania już miałem. to kontuzja, która mnie zablokowała na dwa okrągłe miechy i ból w palcu, całe szczęście-być może, do dziś zresztą, wyraźnie odczuwalny, który powstrzymywał przed powrotem do regularnych treningów. teraz przydałby się pewnie odwyk od roweru. bo za wiele tego już chyba, momentami.
fakt, realizuje marzenia, planuję robić to, co lubię robić najbardziej, no i robię w końcu to, robię... to wszystko, owszem, brzmi zacnie. ale gdy się miewa wątpliwości co do wagi priorytetów, jakie w życiu się obiera, to nie jest za fajnie. a u mnie wciąż na szalach ważą się: rower, wspinaczka, socjologia. a kolejność, z jaką rzeczy te wymieniam tu, akurat nie całkiem przypadkowa, bo chronologiczna (jakoś trzeba sobie rzeczywistość otaczającą porządkować;)), nic jednak poza tym. wciąż przeżywam olbrzymie dylematy. na rower czy w skały. do ksera czy do topo. na zajęcia czy w sokoły. pociągiem czy rowerem. no dobra, z tym ostatnim to już trochę żart. ale też nie do końca. stąd, tym łatwiejsza wszelka post-racjonalizacja... bo 'przecież są inne ważniejsze rzeczy w życiu'... mogę je traktować zamiennie i nie odczuwać żadnego specjalnie silnego żalu, gdy jedno nie wypali - za bardzo, do końca, czy w ogóle. ehh. coś jak rotacyjny system rekompensacyjny. ale może to co innego... może to właśnie to, co nazywamy szerokim spojrzeniem na sprawę/sprawy wszelakie. i dystans, jakiego nabieramy z czasem, gdy przestajemy się chorobliwie skupiać na jednej tylko rzeczy. eh. ciężko orzec.
enyłej, aktualnie nie mogę się doczekać na dmt-y rock-i, jakie w paczce powinny już chyba do mnie zmierzać. jak i pięknej chwili, kiedy dostanę wreszcie wypłatę i pognam do rowerowego bo swoje wymarzone już schwalbe marathon-y cross-y. hueheheh. taak... przydługa rozkminka zaowocowała w końcu konkretnymi decyzjami. chociaż może nie tyle nawet przydługa tym razem, co w mało odpowiednim momencie pojawiająca się. ale co poradzić. tak to właśnie u mnie - bywa.
a wyprawa na Krym coraz bliżej. koncepcja uległa jednak znacząco zmianie, bo nie wiem czy wspominałem. nie ujrzę Mołdawii, nie zjadę wzdłuż i wszerz Ukrainy, jednak. ale za to krym. krym krym krym. cel główny, w składzie - jak się z ostatnich więcborskich njusów okazuje - aż pięcioosobowym, naszej rowerowej ekipy. ekipy flyingbikers, której reakrtywacja już niebawem.
o skałach natomiast to ja się może nie wypowiem. tylko tyle, że żal. nie tak sobie wyobrażałem ten sezon. jest czerwiec a ja tymczasem... achh. żal, żal, żal. i więcej nic nawet nie napiszę.
piątek, 29 maja 2009
de/motywator

demotywatorów wiele. oto jeden z nich, mój własny. na którego nieszczęśliwie niedawno natrafiłem.
demotywatory.pl - tę stronkę w każdym razie również polecam.
ale też i motywatorów miałem ostatnio paru. dobre słowo daje czasem większego kopa niż amfa. i broniłbym tej tezy, zapierając się rękami i nogami nawet, gdybym jeszcze tylko doświadczył tego drugiego choć raz. tego drugiego, które akurat świństwem jest, więc może niekoniecznie bym chciał. ale. naprawdę daje kopa. dzięki ci, izzuś kochana. dzięki Wam, wszystkim. nawet jeśli na pochwał tyle żem sobie był nie zasłużył, to jednak motywująco jest dla mnie usłyszeć takie dobre słowo. tak niewiele się go dziś słyszy. i nie chodzi mi wcale o to, by iść przez życie słodząc sobie i dziubkując, przetaczając się przez nie jak w bańce mydlanej, która kiedyś i tak pryśnie i zrobi nam wtedy to bolesna "ała", bo to nie życiowe, naiwne, po prostu głupie. ale czasem, rzeczywiście, dobrze jest usłyszeć "wszystko będzie dobrze", albo "dobrze ci idzie, rób tak dalej, pracuj, pracuj..." ... a powinno ci zacząć dobrze wychodzić - a to już w domyśle. bo różnica w zdaniu "dobrze ci idzie, rób tak dalej, powodzenia, postarasz się i będzie naprawdę dobrze..." a takim: "dobrze ci idzie, świetnie ci idzie, wprost genialnie, emejzing i w ogóle" jakaś jest. nie można nigdy przesładzać. jak i pewnie być skrajnym realistą... którym ja tak często jestem.
ostatnio też zdarzyło mi się usłyszeć, coś co ugasiło mój niepoprawny optymizm. raz też kiedyś pamiętam - fakt, raz tylko jak dotąt mi się to zdarzyło, ale jednak - zdarzyło mi się, że swoim realizmem, życiowym zdawać by się mogło, bo w każdym razie, racjonalnym podejściem do wspomnianego życia, gasiłem skutecznie czyjś optymizm, baa, starałem się wręcz zabić wszelką nadzieję... a potem jednak zdarzyło się inaczej. nadzieja stała się faktem. ale czy to nie wyjątek tylko potwierdzający regułę? pytanie co tak naprawdę jest ŻYCIOWYM podejściem. skrajny racjonalizm. czy skrajny, a przez to - nierzadko, niepoprawny optymizm. oto jest pytanie.
w każdym razie, wracając, co żem zaczął, a by zakończyć wywód swój, ostatnio ktoś drastycznie podgasił mój niepoprawny-być może optymizm. nie było to miłe. powiem więcej, było to bardzo przykre odczucie. i chyba po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z tego, jak niektóre osoby muszą się czuć w mojej obecności niekiedy. za te i inne przykrości zatem, wszystkich Was bardzo serdecznie - przepraszam. ;-)
a wracając do dziennikowych powinności... czwartek. pierwszy dzień poszukiwań nowego lokum. bo chyba mogę już oficjalnie uznać to dzikie polowanie za rozpoczęte. wuteesowo śmiechowo i giddensowska intencjonalność hajty, peeełen więc standard. abstracji niewypowiedzianych i dowcipu nieskończoność - tego wszystkiego, jak można już przyszpuszczać, bez liku. ksera niestety jednak nie przeczytałem, a wiec i w tym przypadku tradycji stała się zadość. stwierdzam też: dobrze dobrze zacząć. jak się zacznie dobrze, większa presja by trwać i prawdopodobieństwo by dobrze skończyć. a jak się od początku zaczyna źle... to i kończy się źle. i źle nam bardzo jest, gdy z tradycją usiłujemy zerwać jeszcze w trakcie.
piątek. uganiam się rowerem to tu, to tam. fotograficznie, ściankowo. moknę parokrotnie. ale decyzji o jeździe rowerem w deszczu nie żałuję. tak jak, gdy zawsze żałowałem, gdy trwożyłem i przesiadałem się na mpk, chcąc uniknąć deszczu i... fanatyzmu. na masę jednak, raz kolejny, nie pojechałem. krytycznie może będzie więc za miesiąc. tymczasem pentor się odezwał. umowę jechać cza podpisać. no i bro. prawie-siostrzane bro.
czwartek, 28 maja 2009
prawie jak siostra
eigerowa wymiana uśmiechów. pierwsza zrobiona piętnastometrowa dróżka, która zadowala i bardzo mnie się podoba. intruktorzę ponownie, w poszerzonym gronie tym razem. wracam do ole wieczorem. dwie na trzy nie świecą. czyli nie ma to jak plastikowy szajs ze sprzedaży wysyłkowej. ale następnego dnia udaje mi się wadliwe urządzenie naprawić, montaż, pełna instalacja, wszysto gra. niespodzianka się udaje. niedzielą powrót rodzicielki, wrażeń zza odry kilka. no i nie ma to jak nowe doświadczenie. refleksji na temat wiekowości też parę. w poniedzielnik powrót do wro, miało być z rana i ze ścianą. udaje się tylko pojechać nową trasą, przez jenkowice. i zacna to trasa i godna powtórzenia, niejednego. a o 2 km tylko dłuższa. rower to jest to. na uczelni dowiaduję się o wynikach dwóch kolokwiów. no i jedno do przodu drugie do tyłu. to co do tyłu chętnie o wiele bardziej jednak zaliczę raz wtóry. niebawem, nadzieję i zamiar mam zresztą taki. wieczorem wreszcie udaje się spotkać z kasiullą. po roku chyba nie widzenia. nie zmienia się jednak za zbytnio. wieści o pawełku i knajpie dla vipów. kolorowo, słodowo i tak trochę kartochowo, więc jak zwykle, na koniec dnia jednak dość niezwykle, bo kilo śląskiej od przypadkowo napotkanego przechodnia, którego imienia tu jednak wymawiać chcieć nie chcę. reguła wzajemności uogólnionej, mimo wszystko, w tym przypadku jednak nie zadziała. także tego, przykro mi, panie sahlins. wyjechany powracam a śpię od drugiej. potem wtorek, konferencji to czas, nic jednak nie zaskakuje, już nawet nie organizacja i jej standardowy już brak. wieczorno-nocne z prawie-siostrą gadanie, 'wstrętne gadanie', do szóstej przegadanie, lecz w zgodzie z układem, szczere i zacne więc jednakże. środowe spanie, meczu oglądanie i niestety z powodu okropnej parówki spore rozczarowanie. zaniedbuje ludzi? taka padła hipoteza. do jej sprawdzenia potrzebne jednak poczekanie. na dniach się okaże.
sobota, 23 maja 2009
informacje-rewelacje
dzisiaj jednak dane mi było się zapoznać z prawdziwie rewelacyjnymi jak dla mnie informacjami. iście rewelacyjnymi, bo na skalę nawet mojego jakże krótkiego, skądinąd też i długiego, życia informacjami niepowtarzalnymi i niezwykle znaczącymi. w mojej głowie jednak pozostaje nadal myśl, czy aby na pewno i te informacje są/były mi do szczęście rzeczywiście potrzebne. oraz jakie konsekwencje pociągnąć mogą za sobą, a które to wyniknąć mogą z faktu, że teraz już wiem. trudnych rozmów nie unikam, to już pisałem. dziś jednak taka trudna rozmowa została przeprowadzona wyraźnie na moje własne życzenie. i co akurat miłe, żadna ze stron, żaden z rozmówców, nie wyszedł z tej rozmowy nieusatysfakcjonowany. z mojej strony została zaspokojona ciekawość. z drugiej strony, 'mimo wszystko, cieszy fakt, że została ona przeprowadzona'. co będzie dalej? czas pokaże. optymizm jednak wyraźnie zalśnił już dziś. a ja chcę wierzyć w to wszystko, że prawdą jest.
na razie pociskam ze szpilek five tena i jest mi z tym dobrze. czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają. nie ma więc co stać w miejscu, a co gorsza, utrzymywać postawę nieruchomą, niewygodną i krępującą, tylko z powodu ciągłego zapatrywania się w przeszłość. całe szczeście nikt już tak chyba nie robi. bo to mądrzy ludzie. w to chcę przynajmniej wierzyć. i sam starać się być mądrym. żeby tylko nie ulec pozorom. ale może od teraz wszystko się zmieni i niepotrzebna będzie już gra, niepotrzebne będą przypuszczenia i niepewności. wiem więcej.
wtorek, 19 maja 2009
oswajam nienormalności
w pracy jak to w pracy. motywacja dobra, więc dobrze się pracowało. a dobra, bo wiadomo. wszak nie od dziś, że najlepszą motywacją jest po prostu brak alternatyw. ogólnie jednak pro. i z dnia na dzień nawet coraz lepiej, kwestia wprawy chyba.
w ciemnej, czarnej, czy nawet murzyńskiej za to z projektem i vogle ze wszystkim. ale to nic. dam radę. kwestie priorytetów jednak nadal w sferze dylematów u mnie.
przekonałem się też do kremów do rąk. a myślałem, że nie nastąpi to nigdy. hahah.
poza tym nadal instruktorzę i rozpracowuję. a wszystko to bardzo... dziwne? nawet nie dziwne. choć fakt też, że nie-normalne. bo skoro nikogo to nie dziwi. przynajmniej mnie nie. a inni, nawet jeśli tylko sprawiają wrażenie, że ich nie, to pozoranci w takim razie i interesanci. i to im głupio być będzie, jest czy powinno. w to jednak nie wnikam. mam nadzieję tylko, że nie będę tego żałował. bo działam akurat wyłącznie intuicyjnie w tym przypadku.
sobota, 16 maja 2009
sarkastycznie i życiowo
czwartek, 14 maja 2009
z żalu zjem żaluzje
środa, 13 maja 2009
hard łorkin men
środa. pierwszy dzień pracy na sznurku w tym sezonie. i pierwsza 'mokra' robota. bo okien mycie. mokra ale za to jaka czysta. o jakaż to przyjemność w porównaniu z tą brudną robotą na słupie. czysta przyjemność, czysta... chociaż generalnie rzecz dająca też nieźle w kość. zwłaszcza gdy człowiek robi na metry i się nie oszczędza. wszak grosz tak potrzebny. a jutro repeat. mam nadzieję, że nie będę miał zakwasów.
wtorek, 12 maja 2009
spotkanie ni stąd ni zowąd
nazywam to tak, traktuję to tak, ale ty wiedz, że to nie tak. jakoś trudno mi w to wszystko uwierzyć.
i trudno zachowywać normalność, podczas gdy prawa logiki podpowiadają coś zupełnie innego. ja pierdo. jakie życie potrafi być niepoukładane i przy tym absurdalnie śmieszne. bo już nawet nie dziwne. nie dziwi mnie już nic.
a śmieszy jeszcze parę rzeczy. wbrew pozorom może i przypuszczeniom niektórych.
poniedziałek, 11 maja 2009
fan, nie fanatyk
dziś wieczorem, wracając do wro, spotkałem prawież pod bramą swą stanisława stembalskiego. człowiek to znany pewnie w środowisku bardzo dobrze. mnie jak dotąd, co może nawet dziwić, był nie. lub niezbyt. porozmawialiśmy chwilę, wymieniliśmy dane kontaktowe. co z tej znajomości wyniknie jednak nie wiem. napisałem na razie maila. podobnie jak on jednak, nie uważam się za fanatyka, a co najwyżej za fana. granica jednak pewnie jest wąska. a zatem, podchodzę do tego wszystkiego dość ostrożnie. trochę też pewnie brakuje chęci i sił na to wszystko, ale czasem już tak bywa. na razie, rozmowa stała się przyczynkiem do zarwania nocy i surfowania po sieci drążąc problematykę. a i taki, między innymi, ciekawy artykuł znalazłem w sieci... zatytułować go równie dobrze, myślę, można by - choć jednak w sposób bardziej pesymistyczny a mniej waleczny, czyli w klimatach bliższych nastrojowi, jaki mi ostatnio osobiście towarzyszy - 'mentalności nie zmienisz'. tu link do strony z artykułem. bo to miło - usłyszeć, przeczytać, na własne oczy zobaczyć, że ktoś inny widzi podobnie jak ty. wtedy jakby nowe siły wstępują w ciebie.
sobota, 9 maja 2009
nie marnuj czasu albo on zmarnuje ciebie
stało się niedobrze, oj niedobrze się stało. moja prawa słuchawka zaniemogła. w sumie, to jakby nie dziwi. każda rzecz się przecież zużywa. ale że tragizować nie zacząłem? i w panikę nawet nie wpadłem? o ja nieszczęsny. tak, ten sam nieszczęsny, zawiózł słuchawki następnego dnia do saturna celem reklamacji. miejmy nadzieję, że jeśli nawet nie uwzględnią jej, to że przywrócą szybko słuchawki do sprawności. bo bez nich to jak bez ręki, a przynajmniej, bez jednego ucha... tak więc piątek. wycieczka do mongolii i pięciolitrowe jabłuszko. poza tym, zdecydowałem się w końcu na zoom'y 105tki. grunt to szybka decyzja. jeśli nawet nie trafna... albowiem... - jak mawiał zdzisław i jemu wszyscy podobni, a za których przykładem, to ja, wierny studenciak, wierzący wciąż w wykładaną mu naukę, podążam... a zatem, stwierdzam raz kolejny, że największym błędem jest wstrzymywanie się od podjęcia być-może-błędnej decyzji. wstrzymywanie się zbyt długie. albowiem, idąc też za radą sławetnych już co nie miara chłopaków z kapeli muse zwanej, których muzyki akurat, notabene, no, no, niezbyt no mogę powiedzieć, że lubię... dont łejst jor tajm or tajm łyyl łejst ju, stwierdzam też, raz wtóry, co następuję. że lepiej jest podjąć błędną nawet decyzję i jej potem żałować, aniżeli żałować że się nie podjęło żadnej. tudzież, w opcji też i takiej, myślę - lepiej jest żałować błędnej decyzji podjętej ad hoc, aniżeli decyzji błędnej, nad którą prześlęczeliśmy czasu trochę i jeszcze więcej, a czasem też i - przeszło więcej. ale to takie akurat moje... recepty na spatologizowane percepowanie przeze mnie świata.
wieczorem niebywały grill, niebywałe kino i dość niebywałe towarzystwo. i chociaż może nie taka to aż niezwykłość, co po prostu nie bywałem jeszcze tu czy tam. nie widziałem tego czy tamtego. ale teraz już mogę powiedzieć, radwanice piękna okolica i sąsiedztwo nawet też. gdyby jeszcze nie ten gospodarz, nie te sekrety rodzinne, pozamykane w klatkach i w ogóle całokształt, to powiedziałbym nawet, że ogólnie całkiem pro. obowiązkiem jednak - by utrzymać się w konwencji - czuję, że pozostaje mi jednak rzec: syf, kiła, i mogiła, a przynajmniej: patologia. czyli dom to, albo może też, ogródek to państwa kkk... że się tak wyrażę. i nazwiskami szastać nie będę. dzień jednak kończy się już nieco bardziej konwencjonalnie, bo rozkminką na temat 'co my tu właściwie robimy'. w sensie w tym miejscu i czasie. czasem była 'nasza młodość'. miejscem: kosz(m)arowa. wnioski jednak szlachetne i nieco optymizmu wlewające. chociaż niejednoznaczne. ach, ale co zrobić, pocieszać się jedynie, że nie tylko my jesteśmy spaczeni... zawodowo spaczeni, zawodowo. a każdy na swój sposób. ach, przepraszam, nie żebym zapomniał. ale tak jakoś chronologii się trzymam, a słowem władam już mniej wprawnie, stąd powtórzyć przyjdzie mi tu się. bo dzień kończy się czymś jeszcze. a rozkminką nad... czym-nie wiem sam. życiem, pewnie znów, życiem...tematem jednak przewodnim capo. jaki ten świat mały. a jaki jeszcze nieśmiały. daje człowiekowi zawsze tyle, ile ten z niego chce brać. czasem też i więcej, ale nie o tym tu teraz bym chciał. pozostańmy teraz przy tym, że zaskakuje, szczęściem mami, szczęściem też obdarza, a poszukujących zawsze wynagradza. ja natomiast odkrywam kolejną rzecz wartą uwagi. też, ugruntowuje się w przekonaniu, że pasje zawsze dobrze jest mieć. tak dobrze, że może nawet lepiej. lepiej niż mieć wszystko inne nawet.
sobota. klasyczny dzień nic nie robienia. jadę do oleśnicy, rowerem. także tą jedną chociaż aktywność tego dnia podejmuję. poza tym, lodówka, lodówka razy dwa. bo zimno. bo głodno. w każdym razie apetyt. i tak kursuje. pokój-lodówka. jakby licząć, że żrąc się rozgrzeję. soczewica dotarła. a pojechawszy przez brzezią, więc pełen standard. o, chociażnie, przepraszam. klasowe raz na trzydzieści, to nie jest standard. miło zatem. coś się dzieje w życiu, które tętni tak blisko przecież mojemu. więc miło. poza tym wielkie prando i strychando. telefon zvoneni. może będzie praca. i to byłoby na razie na tyle. bo żem i tak siekną sobie trochu niedzieli, ale to nic.
piątek, 8 maja 2009
dzisiaj pieszo
czwartek. hę... mało brakowało a poszedłbym jeszcze na wykład do leksy. tegoż jednak uczynku żem nie popełnił. widać, zabrakło kindersztuby, zabrakło...
kobieta-gestapo natomiast, kobieta-samowystarczalna, czy jak by ją jeszcze nie zwano, ma swoje zasady. to trzeba jej oddać. mówi zawsze dużo, zawsze na temat i czasem tylko... za długo. ale ja jej to wybaczam. przynajmniej na razie, stwierdzam, do końca też chyba nie wiedząc dlaczego, że bardzo ją lubię. poza tym, uroczo, na wuteesie oczywiście, i sympatycznie zarazem. wszystko jednak do czasu, wiadomo. a czas ten zbliża się niestety wielkimi krokami. terminy trzech z czterech egzaminów są już nam znane.
po głowie, nadal, chodzą mi jednak rogi... z uporem maniaka obczajam zdjęcia, obczajam specyfikacje, wciąż nie mogąc się zdecydować, dokonać wyboru. czy cena to aż tak wysoka, czy tylko zwykły brak zdecydowania. oto jest pytanie.
dziś też jeszcze jedna rzecz ważna. operacja. ważna może nawet nie tak z czysto fizycznego (optycznego) punktu widzenia, jak z pewnością, z tego humanistycznego (kwestia świadomości). zabieg mam nadzieję, że się udał. i komuś, dzięki niemu, wieść się od teraz będzie o niebo lepiej. takie jedyne życzenie moje.
dziś też pieszo. wynik to wczorajszej, wadliwej, logistyki. ale w sumie, nawet warto czasem zmienić perspektywę. człowiek nabiera wtenczas głębszego spojrzenia.
na dobranoc, przegląd filmoteki pani dulskiej. coś może wyskrobiem z tego na jutro. tymczasem, idę spać. choć pora na to i tak już zbyt późna, by móc ją uznać, za odpowiednią.
fakenszit, dlaczego doba nie może mieć 30 h na przykład. z tą przytłaczającą myślą, kładę się spać. jeny, rafał, tylko nie dół, tylko nie dół. to ostatnia rzecz, jaka w tej chwili jest ci potrzebna, i wiesz o tym... zbawienna racjonalizacja pozwala zasnąć. dobranoc zatem państwu, żegna się z państwem, król racjonalizacji rafał pierwszy.
środa, 6 maja 2009
muzycznie
PS podejmowałem już wcześniej próby zainstalowania gadżetu, który by pokazywał na blogu ostatnio słuchane przeze mnie utwory na last.fm, niestety wszystkie daremne. stąd, gdyby ktoś jeszcze z tu obecnych nie znał mojego adresu do konta na laście, serwuję go TUTAJ. chętnie też dowiem się i być może w dalszej kolejności, posłucham, czego Wy, Drodzy Moi Czytelnicy, słuchacie. a zatem... niekonwencjonalnie zakańczając ten post napiszę... do usłyszenia! ;]
freaks
ehh. a za tydzień ja raczyć będę wszystkich swoim referatem na soc eiw. i już się zastanawiam, co tu wymyślić. nie będę na pewno czytał. to postanowione, już z dawien dawna, by swawoli tej karygodnej się nie dopuszczać. zastanawiam się tylko, czy nie użyć jakiś fajerwerków, które by ożywiły może tą zastygłą atmosferę zajęć... zajęć rozpoczynających się z godziną 9-tą, na dodatek. jest to więc niewątpliwie wyzwanie. ale może ktoś ma jakiś pomysł, sygestyję jakąś, wartą być może wypróbowania? ;P ehh. pułapka łatwości czycha.
a właśnie. był też wypad do czajki. jak za dawnych czasów, heheh, by się chciało rzec. choć dzieje tak krótkie i niedawne, że to aż śmiech bierze. nazywać to w ten sposób. mimo wszystko, chcę napisać, że ten jeden uścisk dłoni, cenię sobie, oceniam jako niezwykle znaczący. i kto wie, być może ten gest właśnie, tego dnia, odmienił bieg dziejów, dziejów które już miały zostać spisane na straty... warto nie skreślać. i nie o totolotku tu bynajmniej mowa.
wieczorem oglądamy z koszmarną dziwolągów. klasyka jakich mało. dla fanów kina realistycznego jak najbardziej makabreska godna polecenia. tego nie znajdziecie w żadnym horrorze współczesnym, to pewne. nie bez powodu też chyba, film pozostawał w UK przez 30 lat filmem zakazanym. no ale my mamy to szczęście(?), że żyjemy w XXI wieku, gdzie wystarczy dwuklik... i wszystko staje przed nami otworem. dobrze czy niedobrze, że mamy taką dostępność do wszystkiego, kwestia oczywiście dyskusyjna. globalizacja, interkulturacja, znoszenie tabu, eh, dużo by tu można gadać. mnie się film podobał. chociaż zastanawia mnie trochę, jak wyglądało ponad 30 minut obrazu, który został bezpowrotnie wycięty z filmu, hueh. jestem jednak raczej zwolennikiem naturalizmu, a więc i realizm w kinematografii mi nie przeszkadza, a wręcz uważam go za nierzadko pożądany. stąd obrazu, samego w sobie, za kontrowersyjny nie uważam.
i znów trzecia idę spać. znów też poważna rozmowa, choć tym razem ani trochę trudna. pierwszy też chyba raz, rozmawiam z magdą o sprawach poważnych w sposób poważny. a więc jednak, zmieniłaś się! jeden zero dla mnie ;P
poniedziałek, 4 maja 2009
din don din don
za te rozmaite formy 'samorozwoju', sposobności, umożliwiające to okoliczności, jak i po prostu za towarzystwo, wszystkim prowodyrom, propagatorom i wszelkim innym ludziom będącym-pro, pięknie dziękuję. bo będąc wiernym swej zasadzie - 'każde doświadczenie człowieka ubogaca' - w takie dni jak dziś, czuję się bogaczem.
to nic że pomimo nawet szeroko zakrojonej współpracy onego koła pewnie nie zdam i tak. to nic że w operze pewnie dostrzec potrafię ledwie nikłą cząstkę jej piękna i przez to, do końca jej pojąć nie jestem w stanie.
zdecydowanie bardziej jednak wolę udzielać się tam, gdzie jeszcze mało coś znam, aniżeli prowadzić zaciężne dysputy na tematy banałem zalatujące.
niedziela, 3 maja 2009
wszystko kręci się wokół jednego
piątek, 1 maja 2009
i tylko skał nie będzie
mrówa nie śpi, mrówa transkrybuje. aaaa-ha. to już wiem, co wycina mi dni z życiorysu. deal z olą. do leclerca pognałem.
a jutro, pojutrze i popo... ligota. będzie rower, będzie grill, będzie praca, będzie szeks. normalnie wszystko będzie. w końcu majowy... co z tego że chujowy, bo trzydniowy. pięknie będzie.
czwartek, 30 kwietnia 2009
nie unikam trudnych rozmów
to zaraz, od czego tu zacząć. muszę lookn'ąć w kalendarz... matkuś święta. gdyby to zobaczył miodek... boże ratuj od pokemoństwa. przepraszam, już nie będę. postanawiam się poprawić. btw, każdy już zrobił sobie ten test? http://www.ntjp.pwn.pl/ test na pokemona, być może. polecam!
no więc ostatni post, to ten z niedzieli 26 kwi. yhm. od tamtej pory minęły zatem trzy dni. no i przyznam szczerze, sporo się działo w przeciągu tych trzech dni. może też nie tak sporo, jeśli wziąć pod uwagę ich ilość. ale z pewnością, jeśli zastanowić się nad jakością wydarzeń minionych dni, znaczeniem, jakim się odbiły w moim życiu.
postaram się skrótowo, nie telegraficznie. bo tego już chyba ostatecznie dowiodłem, że nie umiem. krótko, acz nie na tyle, by nie enigmatycznie. a wyjdzie, jak wyjdzie, pewnie i tak... chujowo-beztreściowo. albo też abstrakcyjno-zagadkowo. ekshibicjonistą widać jednak nie jestem. albo po prostu dżentelmenem. przynajmniej do miana takiego aspiruję, chcę aspirować. dżentelmeni o pewnych rzeczach nie rozmawiają na forum. rzecz naturalnie, nieco inaczej się ma, jeśli chodzi o rozmowy na osobności.
ale co by nie przedłużać. lecim...
poniedziałek. to był kwas. od niemal euforii do klasycznego wkurwu. tuż przed zajęciami, z ponad talerza, dzwonię do radia. chyba pierwszy raz w życiu. zgarniam bilety, miło. fanny i aleksander, to jest to. potem jednak wuenes i dziwna rozmowa na koniec. za późno się złapałem za język. zostałem jednak do tego sprowokowany. ale mniejsza. o pewnych rzeczach się nie rozmawia. niepotrzebnie zapytałem. niepotrzebnie też padła odpowiedź. usprawiedliwiająca i wskazująca winę. moją oczywiście winę. a można było nie powiedzieć nic. dowiedziałem się jednak też dających wiele do myślenia rzeczy. przynajmniej dwóch. może i więc warto było zadać pytanie, jedno z tych których się nie zadaje nawet? tak, to było stanowczo nieprzewidywalne zachowanie. stąd i może nie planowana odpowiedź. w każdym jednak żarcie, w każdej myśli i przytyku... ziarnko prawdy. dowiedziałem się po pierwsze, że o informacje to trzeba się starać. o wszelkie informacje. a ja myślałem, że o niektóre chociaż nie trzeba. cóż, zdania nie zmienię. przyznaję się jednak do tego, że czasem niezbyt jestem na bieżąco. ale czy to akurat miało jedno z drugim związek. wg mnie, mieć akurat tu nawet nie powinno.
dowiedziałem się też innej, być może znaczącej rzeczy. mam zbyt dobry PR w niektórych kręgach. tak przynajmniej jest to poczytywane. nie zamierzam się tym jednak specjalnie przejmować. "zbyt" to określenie zawsze względne. kwestia relatywizmu, jaki przyjmiemy. w tym jednak przypadku, wydaje mi się, że pewien relatywizm został wręcz pominięty w interpretacji, poczynionych obserwacji... nie wnikam jednak więcej w to. gdyby ktoś miał wątpliwości, że tak powiem, walić prosto z mostu i pytać mnię!! a nie snuć domysły.
żeby jednak dzień mógł zacząć uchodzić za naprawdę jeden tych, jakie ostatnio zwykło się określać mianem "z dupy", to w drodze powrotnej z uczelni potrąciłem pieszego. potrąciłem jednak to zbyt mało tu powiedzieć. jakiś facet władował mi się wprost pod koła roweru, w miejscu, naturalnie, niedozwolonym do przekraczania jezdni. inaczej, zresztą, pewnie bym tu o tym nie wspominał. chociaż wspomnę jednak i o tym, że tego samego dnia, i ja wybitnie łamałem przepisy ruchu drogowego. miałem jednak spore wyrzuty sumienia po tym, jak lawirowałem na przejściu dla pieszych, oczywiście na dwóch kółkach będąc. mój bilans ofiar, że tak powiem, ofiar z mojej winy, wciąż jednak wychodzi na zero. a to chyba też coś znaczy. bo jak łamać albo naginać przepisy, to z rozwagą. scentrowane koło, lekko tylko zadarta skóra na dłoni
wieczorem kino. i uczta dla fanów bergmana. prawdziwa uczta, bo seans ponad trzy godzinny i to nie byle jaki, tylko sam aleksander, no i fanny... dla fanów, do których stwierdzam ostatecznie, że i ja się zaliczam. potem 'kino' samochodowe z anitą. zagadujemy się do trzeciej. jest dobrze.
wtorek. tego dnia również o trzeciej idę spać. a to na skutek kolejnej trudnej rozmowy. zbyt trudnej jak na jedno wypite tylko piwo. tu jednak już tak dobrze dzień się nie kończy. bo nie kończy się prawie w ogóle, rzekłbym.
ale z trudnych rozmów człowiek się czasem dowiaduje też całkiem ciekawych rzeczy, na temat - swój, innych ludzi, swoich rozmówców... to czasem taka dobra próba. próba więzi, próba człowieka, test na to, kim ten ktoś jest. trudne rozmowy zawsze coś wnoszą. no może prawie zawsze. bo nie, gdy nie zostają dokończone. a specyfiką tych trudnych, jest właśnie niestety i to, że zwykle ciężko je zakończyć. dlatego może bardziej przypominają test bez wyniku. coś jak sprawdzian bez oceny.
to co koryguje nieraz życie, może prędzej skorygować taka rozmowa. tak mi się wydaje. taką mam przynajmniej nadzieję.
do lądka jednak nie dlatego nie jadę. to tak żeby było dla niektórych jasne. mimo tego, iż ścianą też nie jestem. w odróżnieniu od tych samych niektórych.
środa. mrówczej transkrypcji ciąg dalszy. olewam paź. i wcale mi tego nie żal. a nie przepraszam, to było we wtorek. ale tego dnia też odpuszczam sobie, wykład akurat, i akurat jego mi już żal. zmieniam nazwę na swoim pulpicie ze skrót do praktyki, na skrót do jebane praktyki... jestem wulgarny, wiem. ale tylko to pozwala mi w tej sytuacji sobie jakoś ulżyć.
niedziela, 26 kwietnia 2009
children of sanchez
znów w telegraficznym, postaram się... kino dworcowe i dzieci sancheza. tego też, między innymi, tyczy się powyższe. chociaż nie tylko tego. dziwna rozkmina nad zamierzchłymi okolicznościami sprawy, która z pozoru, mi już obojętna. no bo gdy nie mamy już żadnych szans na jakąkolwiek zmianę tego, co było, a nikłą na to, co jest, to na co zda się tu ...świadomość, znajomość faktów? ażeby wiedzieć? nie każda wiedza przecież człowiekowi służy. przekonałem się o tym na własnej skórze już niejednokrotnie. więc nie grzebię w odmętach przeszłości, ran zagojonych nie rozdrapuję. czasem tylko przypatruje się z zaciekawieniem bliznom.
wczoraj weselicho. a dzisiaj kac-morderca. wszystko zatem w normie. jak na wesele przystało - było wesoło. też obficie było, znamienicie było, no i disco polo - też, było, było. i tylko od bójki, chyba ledwo co, się obyło. siadła tylko trochę z początku logistyka, jeżeli o transport chodzi, ale w końcu zawsze coś, zawsze coś... musi. magnes na dziwaków, psychicznie nieprzecientnych - że ich tak pięknie nazwać, też zadziałał.
piątek. piątku nie pamiętam, coś się pewnie działo. a może i nie. a tak, pamiętam. mrówa nie śpi, mrówa transkrybuje. to hasło mi przez parę godzin tego dnia przyświecało. jak ja nie cierpię być murzynem... do tego wykonującym najgłupszą, mrówczą i najbardziej odmóżdżającą, jaką w życiu dotąd mi było wykonywać, pracę. ale dość. zrobiłem tego dnia też rozeznanie po rowerowych. bo na razie nic nie kupuję. brak finansowych perspektyw zmusza do wstrzymania się na razie od wszelkich wydatków i pozostania na etapie ślinienia się przed oknem wystawowym. rozeznanie jednak zawsze dobrze mieć. a na początek, na początek będą rogi, to już wiem.
piątek, 24 kwietnia 2009
ślepemu kurczakowi
środa, 22 kwietnia 2009
dziennik
poniedziałek. perwersyjna niemalże praca w grupach. biegando pod wieczór i osiem długości, odry jednak drugim brzegiem, razem tym. wieści z więcborka, telefonował wojtas. kierunek krym się nie zmienia. koncepcja wyprawy - lekko. termin również niezmienny.
wtorek. klasyczna zamuła na zajęciach pierwszych i ostatnich mych. co by tu nazwiskami nie rzucać. ni to manipulacje ni edukacja. tyle powiem z tego. półmetek. a na nim tance, hulance, czy wręcz swawole. to wszystko jednak okiełznane sporą dawką humoru. zdrowego czy nie, no to jednak zabawa była przednia.
środa. ten dzień był krótki... spać położywszy się wpół do siódmej wstaję przed trzecią. niby nie kac, ale jednak. leniwie.
znajdź różnice pomiędzy tymi z pozoru niczym nie różniącymi się obrazkami
bo człowiek to czasem jak ten pajac... wystarczy żeby mu brzuch napełnić, w ciepłym położyć, elementy składowe dobrze naoliwić... i już zadowolony. bo chyba jeszcze nie szczęśliwy. czasem mu się też wydaje, że już pana boga za pięty złapał, podczas gdy to tylko chwilowe zadowolenie z aktualnego stanu rzeczy. chwilowo może sobie wtedy taki człowiek powiedzieć, że panuje nad sytuacją, nad swoim życiem... chociaż nie da się przy tym ukryć, że i te najbardziej podstawowe potrzeby muszą być zaspokojone, by móc ruszyć dalej. pełny brzuch to podstawa. a i nie tylko brzuch.
świadom tego wszystkiego, staram się o tym nie zapominać. staram się nie ulegać pozorom...
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
zdrowo zmęczony
no więc dziś wyskoczyłem do oleśnicy na niedzielny obiadek. żeby ciekawiej było, to rowerkiem. sezon rowerowy mogę więc ostatecznie, z czystym sumieniem, w moim przypadku, uznać za: otwarty. siedemdziesiąt kilometrów przejechanych i to o dziwo nie na kacu. a może kac był, ale ilość świeżego powietrza, a właściwie jego nadmiar (w stronę TAM - pod wiatr), spowodował transplantację bólu, czy może raczej transplantację komfortu. a właściwie dyskomfortu. z uczucia głowy ciężkości, na ciężkość nóg. w drugą stronę o wiele przyjemniej, bo z wiatrem w plecy. ogólnie więc, miło. ale bez zestawu naprawczego do dętek i pompki, to ja już się nie ruszam x-]
na koniec dnia spociłem się raz jeszcze. i zmarzłem zarazem. jednak tym razem już nie sam, a w bardzo zacnym towarzystwie.
wczoraj za to również zacnie. i w równie zacnym towarzystwie chociaż poszerzonym o sporo osób nie znanych mi dotąd. mimo obaw, nikt nie zmarzł, nie padało i nawet słońce wyszło na chwilę. grill doszedł do skutku. a ogólnie to bardzo pro. finał wyjątkowy, bo z kopaniem, poważnym rozmawianiem i nawet płakaniem. nie moje to jednak łzy, nie moje kopniaki i nie moje rozmawianie do kogoś. a wszystkie te czynności należą, jestem o tym przekonany, a w każdym razie, w to przynajmniej chcę wierzyć, że należą do istot o niezwykle szczerych i dobrych intencjach.
echo archiwizuje co jeszcze nie publikuje, nieźle. ale dzięki temu, ktoś w gdańsku może poznać już teraz coś, co efektem czegoś, czego inicjatorem był ten ktoś. piszę zbyt enigmatycznie? no dobrze, dziękuję zatem łukaszowi za wyprawę na bornholm i za dobre słowo, którego mi nigdy nie szczędzi, a które mnie niezwykle dopinguje. izabeli, za korekty i w ogóle za stworzenie możliwości dziennikarzenia.
kładę się spać zupełnie wyczerpany. lubię jednak ten stan. swoiste katharsis - po tym, jak człowiek się zdrowo zmęczy. a jutro może panel. tak na dodanie otuchy.
piątek, 17 kwietnia 2009
znów się działo
tak... niestety, panel. mimo iż pogoda aż krzyczy, woła, drze się, usilnie zachęca.. bo nie prosi się już nawet, o to, by w tych, jakże wybitnie sprzyjających okolicznościach przyrody, odwiedzić skały...
dziś też miałem, po raz pierwszy, dobry bo miarodajny wskaźnik tego, ile czasem dziennie przejeżdżam na rowerze po mieście. na liczniku wybiło ponad 22 km, a do tego jeszcze doliczyć należy a ze z pięć, jakie pokonałem jadąc do pracy, bo to już moim rowerem 'miejskim', a nie - moją czarną perłą, prędkim mustangiem, rowerem 'właściwym', którym tak zacnie dzisiaj żem sobie śmigał. co daje razem jakoś powyżej 27 km. nieźle. a pomyśleć, że do ole mam 35...
a ogólnie, wszystko to w niesamowitym tempie. aż niebezpiecznie, bo można się chwilami poczuć, dziwnie swobodnie i pewnie na drodzę.. można się poczuć niemal równym innym pojazdom - no bo jak nie, gdy w podobnym tempie przemieszczającym się a niekiedy nawet - szybszym.
poza tym, żeby nie było, musiałem złapać gumę. ehh to szkło, wszędzie go pełno. chyba muszę wymienić też opony. baa, na pewno to zrobię i tak. tylko pytanie kiedy. mowa oczywiście o moim czarnym mustangu ; D nie starej poczciwej ukraince. w tej zresztą, ogumienie niedawno wymieniałem. traktor-protektor bowiem na zimę być musiał! :)
co do echa. ostatecznie stanęło na tym, że będzie po nazwisku. i o połowę krócej. czyli nie tak, jak chciałem. ogólnie też nie wyszło to najlepiej, bo i mam parę, mniej lub bardziej, istotnych zastrzeżeń. ale ogólnie tekst daje radę. szkoda tylko że to wszystko tak... bez ostatecznej autoryzacji. no ale ogólnie jestem, powiedzmy, zadowolony. dzięki, iz, za korekty, wszelkie.
aa, no i idę na półmetek. w końcu zapłaciłem. chociaż jeszcze o dychę wołają. ach... to już byłyby skały na dwa dni, jak nic. mam nadzieję, że się nie rozczaruję tylko. wystarczy że ludzie dopiszą... ale z drugiej strony, czy nie można by się tak na plenerowe picie umówić? tylko musi być miejscówa? skoro rzecz się i tak do tego sprowadza. no dobra. nie narzekam. przynajmniej potańcówa gwarantowana. no i impra zamknięta. bez dresów, bez lanserów, przynajmniej. no miejmy nadzieję, w każdym razie. eh, wciąż jednak wierzę w ludzi, niestety. to moja bolączka. jak i jedna z wielu. umiejętnie zaplanowany dystans i pełna pragmatycznego myślenia postawa nie zawsze jednak zostaje wcielona w czyn. a idealistą nie jestem. nie w praktyce, przynajmniej. dlatego idę.
środa, 15 kwietnia 2009
inauguracja
inauguracja sezonu rowerowego. ogólnie zakończona sukcesem. tylko znów trochę na wariackich papierach. wbrew pozorom, wszystko jednak pod kontrolą, kompleksowa minimalizacja ryzyka, we własnym przynajmniej zakresie. a że ekstremalnie i na styk, to swoją drogą.
w każdym razie, mój czarny mustang już tutaj, na czebnickiej. i cieszy mnie to. godzina minut czternaście, z bramy do bramy, też nieźle. chociaż mogłoby być jeszcze lepiej. ale z nie lada tobołem na plecach, także tego. inauguracja w dobrym stylu, bądź co bądź.
gardło jak bolało tak boli. służba zdrowiu w tym kraju, jak zwykle. czyli nie wiadomo w służbie komu.
pentorando bez rewelacji. pasztet-man to ksywka która chyba przylgnie do mnie już na stałe. oczywiście zaraz po king of the pentor. i oczywiście, tylko w pewnych kręgach, bardzo wąskich i specyficznych kręgach. no ale co ja zrobię, przecież nie zaprzeczę, lubię pasztet ;)
wieczorem pierwsza korekta. która tym razem, kończy się wyjątkowo miło. bo żeby brać, trzeba się nauczyć wpierw dawać. i taką kolejność uważam za właściwą.
aha. o żałobie miałem jeszcze. zastanawiałem się ostatnio... jak to, co się wkoło nas dzieje od wczoraj, ma się do jakże często cytowanej, a ukutej przez, nie kogo innego, jak przez naszego kochanego wujka józka ze wschodu, sentencji o tym, że śmierć jednostki to tragedia, a milionów - to tylko statystyka...
dlaczego nie ogłaszamy żałoby narodowej, jak ginie w górach jeden z naszych najwybitniejszych himalaistów młodego pokolenia, dlaczego nie wtedy, jak ginie pod kołami samochodu czyjś najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, dlaczego nie, jak spali się żywcem troje z czteroosobowej rodziny, a ogłaszamy, jak zginie ludziów w liczbie dwudziestujeden.
czy jest jakaś magiczna liczba. to przecież już nie jeden, skądinąd, też nie milion, powiedziałby wujcio... a może chodzi o jakieś magiczne okoliczności. iluż to jednak ludzi ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. a iluż pośród aż nazbyt brutalnej bo prymitywnej, by nie rzecz banalniej, prawdy o okolicznościach ich śmierci.
i dlaczego w święta ludzie mają nosić się z żałobą. nie do końca podoba mi się ten pomysł. pomysł trzydniowej żałoby.
mam też pewne wątpliwości, co do akcji typu 'jeżeli jesteś współczujący i nieobojętny ci los pogorzelców, podziel się swoim majątkiem, numer konta załączamy u dołu ekranu...'. i żebym został dobrze zrozumiany. to zajebista sprawa, że w tak łatwy sposób ludzie mają okazję sobie wzajemnie pomagać. sms o treści pomoc itd. ale widzę w tym też pewną niewydolność systemu i to mnie martwi. solidarność społeczna solidarnością, ale to nie do końca powinno tak być. to system powinien się właśnie w takich sytuacjach wykazać, a nie pojedynczy ludzie.
ale nie ma to, jak sobie urządzić populistyczne igrzyska na dogorywających raptem zgliszczach ludzkiej tragedii.
i to może o to w tym wszystkim zawsze chodzi. o fałszywe oswojenie rzeczywistości poprzez jej zakłamanie, o uspokojenie własnego sumienia poprzez jednorazowe działanie, o cały ten chłam i cały ten szajs. i wcale tylko w polityce, bo przecież w życiu, które na takie formy uprawiania tej pierwszej, pewnie niejednokrotnie, dozwala.
wtorek, 14 kwietnia 2009
hiszpańskie rewelacje
pamiętaj zawsze, to co wydaje ci się, że dla nikogo nie okaże się już nowością, może znaczyć, że tylko dla ciebie nią już nie jest.
albo też, to co ważne, bądź pewien że powiedziałeś, a niech ci się tylko nie wydaje.
co najmniej pół roku za późno, pół roku zbędnego zupełnie czajenia.
ale tajemnicy dotrzymałem. to tym się mogę przynajmniej szczycić.
poza tym, dzieciństwa błogiego wspomnienia. choć może nie aż tak nieznaczącego jak błogiego. bo pewnie i bardzo znaczącego. pytanie tylko JAK bardzo. ehh. jak-ościówka, nigdy nie dająca spokoju... na pocieszenie pozostaje skonstatować to tylko stwierdzeniem: każdy ma przecież jednak swoją historię. niepowtarzalną i wyjątkową. i to we wszystkich możliwych znaczeniach obu tych słów.
dziwnie bolące gardło do tego. od tygodnia chyba już boli a wciąż tak samo. bez kaszlu i bez jakichkolwiek innych objawów jakiejkolwiek choroby. dziwne. i nawet się wysypiam. chyba pójdę z tym do lekarza. bo nie mija.
no i plan inauguracji sezonu rowerowego przez to się pierdzieli. no bo jak tu ryzykować z bolącym gardłem jazdę rowerkiem do wro? nierozsądne? pewnie tak.
zarządzanie emocjami czy zarządzanie rozsądkiem? które z tych dwóch jest bardziej możliwe i z którym mam(y) do czynienia? takie pytanie z kolei stawiam sobie na dobranoc. i nie zamierzam odpowiadać. ale może ktoś by chciał... a ktoś jeszcze poza mną z pewnością chciałby znać odpowiedź, i to akurat wiem... aaaale. chyba z odpowiedziami dotyczącymi pewnych kwestii trzeba się po prostu wstrzymać.
niedziela, 12 kwietnia 2009
życzenia
wspomnienia z bornholmu uruchomił żem. artikel się pisze. poza tym, babka sernik goni, czyli smacznie i miło, przy stole siedzom my sobie. idyllicznie, żartobliwie. czyli tak, jak w święta chyba być powinno. niepoważna optymistyka, która skłania mnie, by rzec: jest dobrze.
sobota, 11 kwietnia 2009
axis of ignorance
poza tym, wątpienia oczywiście ciąg dalszy. z tą różnicą, że chwilami zaczynam już wątpić w to, że wątpię. więc chyba powoli wychodzę ze swojego kryzysu... oby. tak sobie to przynajmniej będę to tłumaczył. wszak stany pośrednie nigdy niewskazane... podobno.
decyzje na ostatnią chwilę podejmowane to jednak moja specjalność. aż dziw że zdążyłem wsiąść do tego pociągu. obserwuję wszystko w nowej, jednak na obserwacjach się kończy. poza tym, że sobie popiskałem w zacnym towarzystwie, niewiele pożytku ponadto.
obserwacje też niczym nie zaskakują. oczywiście poza strukturą demograficzną, która znacząco różna od starej, pod wieloma względami. lecz i to w zasadzie w ogóle nie zaskakujące.
zastanawiam się tylko, kto większy gbur. ja czy chór.
a naprawdę się starałem...
sceną rodem z syna marnotrawnego powracam. powracam, bo przecież jeszcze nie powróciłem. powrót to nie jednorazowa czynność. to proces, ciąg zdarzeń, okoliczności, przede wszystkim zaś próba czasu.
a dziś, już za chwilę, udam się do starej. będę nasłuchiwał pytania "o co mnie pytasz". mam nadzieję, że rozpoznam melodię, gdy już pieśń zabrzmi. a gdy już rozpoznam, dam odpowiedź, mam nadzieję.
romantycznie mimochodem. i sekretnie zarazem. ramie w ramię zaczynamy niebezpiecznie kroczyć. nawet z tym przeszkadzającym. oho. i w tym momencie, zaczynam się bać. a ty nie? nie odpowiadaj. idźmy dalej, póki co, idźmy dalej, bez obaw.
czwartek, 9 kwietnia 2009
mało adekwatnie
co do świąt zaś, to prośba do wszystkich moich znajomych. nie życzcie mi wesołych. moje wesołe raczej nie będą. i nie planuje by były. dobrze będzie, jeśli będą przeżyte godnie. i tyle mi wystarczy. a godnie znaczy dla mnie: z szacunkiem i ze spokojem. może nawet wystarczyłoby tylko to drugie.
tymczasem, się szwendam. coraz bardziej nabierając pewności, że to co robię jest słuszne. żebym tylko doszedł na metę nie spóźniając się. może zatem lepiej byłoby przyśpieszyć kroku... może jednak nie. wszak wszystko ma swą godzinę. i nic nie dzieje się bez przyczyny. ach
wtorek, 7 kwietnia 2009
przestępca
wtorki, utwierdzam się w tym przekonaniu, to dni, podczas których najdotkliwiej doświadczam poczucia marnowanego czasu i niesamowitej różnicy poziomów. z jednej strony uniwersytet, z drugiej przedszkole. no dobra, podstawówka, podstawówka.
znów w pracy. a jutro znów będzie znów. dziś jednak pierwszy raz przeprowadzałem ankietę bedąc po piwie. cóż, zawsze musi być kiedyś ten pierwszy raz. w sumie, miło. no i z niedomykaniem się strun moich głosowych nie miałem dziś nawet takich problemów.
no i pierwsze 'spotkanie biznesowe'. tyż miło. ho ho, e-cho, uważaj... nadchodzę ;-)
idiotycznie drobiazgowo
pentorando. a jednak ludzie wciąż i wciąż zaskakiwać potrafią. tylko może już nie szokować. pobudka za dwadzieścia pięć na miejscu.
biegando. co jak co, ale z tempem nie mam ja raczej problemów. 7:18 i 7:19 to czasy pełnych długości. 4:53 i 4:50 to czasy 3/4 długości. bez pośpiechu, acz solidnie. to moja dywiza nie tylko przy bieganiu.
i jeszcze to. ludzie nie lubią jak im się tłumaczy rzeczy dla nich proste i zrozumiałe. dlaczego tak jest, do końca nie wiem. i dziwi i nie dziwi mnie to. jednak zaskakuje, jak bardzo ludzie potrafią się z tego powodu oburzać.
nierzadko mi się to zdarza, stąd zwracam na to uwagę.
i naprawdę... wszyscy moi drodzy rozmówcy. kiedy tłumaczę wam coś, co dla was być może wydaje się najbanalniejszych banałem, to nie dlatego, że traktuję was jak idiotów ani że sam nim jestem. co do tego drugiego przynajmniej chcę wierzyć, że tak jest, a co do pierwszego, to w ogóle nie specjalnie się nad tym zastanawiam, gdy z kimś rozmawiam. po prostu, chcę mieć pewność, że zostanę doskonale zrozumiany niezależnie od kontekstów, wszelkich poszumów, tego z kim rozmawiam, gdzie i jak rozmawiam, itp, itd.
jednocześnie, muszę to wyznać, zawsze towarzyszy mi pewna obawa. obawa, że mówiąc prędko i ogólnikowo, skrótowo i niezbyt wnikliwie, przeoczona zostanie istotna kwestia albo całkiem nawet, istota rzeczy omawianej. stąd taka a nie inna czasem moja mowa, synonimiczna, zawiła i przydługa.
ale co by sie dłużej nie rozwodzić. dobranoc koniec kropka przecinek
ciąg dalszy pewnie i tak niebawem nastąpi
sobota, 4 kwietnia 2009
oswojona dziwność
chociaż pentor, przyjemna dosyć rzecz. aczkolwiek, no naprawdę, nic mnie chyba nie jest w stanie w tej pracy już zaskoczyć. ach, nie ma to jak rutyna, nie ma to jak oswoić dziwność.
za to nigdy na brak wrażeń nie mogę narzekać, gdy się spotykam z koszmarkiem równie dobrze znanym mi. zawsze mogę liczyć z jej strony na jakieś adekwatnie absurdalne pomysły do jej absurdalnego sposobu bycia. oj tak, jednego czego nie można koszmarnej zarzucić, akurat w tym względzie, to właśnie braku konsekwencji.
zaskakująco, może nawet bardziej, inspirująco, ale i zmuszająco do refleksji. to chyba przy niej najbardziej się zestarzałem.
ale cóż, tak czy owak, hitchcock w plenerze, to chyba jedna z tych rzeczy, które za wynik frywolnej inspiracji czerpanej z absurdu, można by właśnie uznać. stąd może żem jeszcze nie taki stary, na jakiego czasem wyglądam. bynajmniej nie o moją fizjonomię chodzi.
ponuro, mimo starań, jednak nie było, no to ustalmy. jedyne, co w tym wszystkim ponurego było najbardziej, to chyba masakra serka w czeluściach wilczego gangu, no i może ci wszyscy smutni ludzie, pseudospracerowicze, zewsząd się pałętający, pośród wielkomiejskiego zgiełku swe miejsce odnaleźć próbujący.
poza tym, coraz niebezpieczniej. ale tutaj o tym wciąż nie będzie. pentorando. prando i biegando, to z kolei czynności zaplanowane i zrealizowane na dziś. może poza tym ostatnim, jak na razie, ale i to już raczej tylko kwestia czasu. gdzie mi się zwykle podziewały soboty? nie wiem. dziś okryłem je na nowo. tyle rzeczy pożytecznych można zrobić. hueh. zakakujące ale i smutne.
i nie, wcale nie jestem racjonalny. ja tylko racjonalnie staram się planować. teoria a praktyka, to zawsze dwie osobne bajki. a planuję, bo życie mnie tak nauczyło i uczy wciąż. tyle. i nic poza tym. ot, podejście nie ugruntowane jednak za bardzo w praktyce.
piątek, 3 kwietnia 2009
żeby nie było
co do wczoraj to fortepian i zrycie w berecie. ludzie niekiedy naprawdę chorują z powodu swoich pasji. i to jest złe. z drugiej jednak strony, ludzie przynajmniej życie swoje przeżywają. gorzej jeśli przez fakt swojej pasji, życie to mają utracić. oj tu już znacznie gorzej. nie o to też przecież chodzi.
dziś zreflektowałem się, że mija już drugi tydzień, jak restuję. aż dziw. nie sądziłem, że uda mi się tyle bez wspinu wytrzymać. a poszło nawet łatwo.
poza tym, tir killer zabójca. okazuje się, że naczepa, jako nienaturalne przedłużenie męskości, w niewystarczający sposób poskramia kompleksy kierowcy, który dziś na daniłowskiego w tak bezczelny sposób musiał mi pokazać, kto rządzi na drodze. oczywiście ten co większy i silniejszy. jakbym nie wiedział... ajj. kiedyś i ja kupię swoje uzi ;]
potem już tylko wuteesowy sitcom i pentorowski kam bek. wieczorem w drodze do mekki ustałem w miejscu, czytaj zostałem w domu. nieobce za to jest mi doświadczenie, które tak wielu dzisiaj starało się usilnie przeżywać, a nawet i na ulicach i na sposób iście kolektywny.
na koniec spanie, ale nim to, wstrzymuję oddech i przez chwil parę, rozkoszuję się zapachem pikantnego powietrza, które wdziera się do gardła rozgrzewając, kto wie jak bardziej, czy od środka, czy od zewnątrz.



