niedziela, 26 kwietnia 2009

children of sanchez

to aż niewiarygodne. jak nieudolny emocjonalnie potrafi być niekiedy człowiek.

znów w telegraficznym, postaram się... kino dworcowe i dzieci sancheza. tego też, między innymi, tyczy się powyższe. chociaż nie tylko tego. dziwna rozkmina nad zamierzchłymi okolicznościami sprawy, która z pozoru, mi już obojętna. no bo gdy nie mamy już żadnych szans na jakąkolwiek zmianę tego, co było, a nikłą na to, co jest, to na co zda się tu ...świadomość, znajomość faktów? ażeby wiedzieć? nie każda wiedza przecież człowiekowi służy. przekonałem się o tym na własnej skórze już niejednokrotnie. więc nie grzebię w odmętach przeszłości, ran zagojonych nie rozdrapuję. czasem tylko przypatruje się z zaciekawieniem bliznom.

wczoraj weselicho. a dzisiaj kac-morderca. wszystko zatem w normie. jak na wesele przystało - było wesoło. też obficie było, znamienicie było, no i disco polo - też, było, było. i tylko od bójki, chyba ledwo co, się obyło. siadła tylko trochę z początku logistyka, jeżeli o transport chodzi, ale w końcu zawsze coś, zawsze coś... musi. magnes na dziwaków, psychicznie nieprzecientnych - że ich tak pięknie nazwać, też zadziałał.

piątek. piątku nie pamiętam, coś się pewnie działo. a może i nie. a tak, pamiętam. mrówa nie śpi, mrówa transkrybuje. to hasło mi przez parę godzin tego dnia przyświecało. jak ja nie cierpię być murzynem... do tego wykonującym najgłupszą, mrówczą i najbardziej odmóżdżającą, jaką w życiu dotąd mi było wykonywać, pracę. ale dość. zrobiłem tego dnia też rozeznanie po rowerowych. bo na razie nic nie kupuję. brak finansowych perspektyw zmusza do wstrzymania się na razie od wszelkich wydatków i pozostania na etapie ślinienia się przed oknem wystawowym. rozeznanie jednak zawsze dobrze mieć. a na początek, na początek będą rogi, to już wiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz