czwartek, 30 kwietnia 2009

nie unikam trudnych rozmów

no i stało się. znów zaniedbałem. bloga, bloga, o nim oczywiście mowa. ale jakoś tak czasu brak. nawet na tak ważne rzeczy, a co dopiero na bloga. sam nie wiem. ale nie jest chyba jeszcze najgorzej. dlatego piszę, nadal piszę. chociaż nieraz się zastanawiam, co z całej tej pisaniny wynika.

to zaraz, od czego tu zacząć. muszę lookn'ąć w kalendarz... matkuś święta. gdyby to zobaczył miodek... boże ratuj od pokemoństwa. przepraszam, już nie będę. postanawiam się poprawić. btw, każdy już zrobił sobie ten test? http://www.ntjp.pwn.pl/ test na pokemona, być może. polecam!

no więc ostatni post, to ten z niedzieli 26 kwi. yhm. od tamtej pory minęły zatem trzy dni. no i przyznam szczerze, sporo się działo w przeciągu tych trzech dni. może też nie tak sporo, jeśli wziąć pod uwagę ich ilość. ale z pewnością, jeśli zastanowić się nad jakością wydarzeń minionych dni, znaczeniem, jakim się odbiły w moim życiu.

postaram się skrótowo, nie telegraficznie. bo tego już chyba ostatecznie dowiodłem, że nie umiem. krótko, acz nie na tyle, by nie enigmatycznie. a wyjdzie, jak wyjdzie, pewnie i tak... chujowo-beztreściowo. albo też abstrakcyjno-zagadkowo. ekshibicjonistą widać jednak nie jestem. albo po prostu dżentelmenem. przynajmniej do miana takiego aspiruję, chcę aspirować. dżentelmeni o pewnych rzeczach nie rozmawiają na forum. rzecz naturalnie, nieco inaczej się ma, jeśli chodzi o rozmowy na osobności.

ale co by nie przedłużać. lecim...
poniedziałek. to był kwas. od niemal euforii do klasycznego wkurwu. tuż przed zajęciami, z ponad talerza, dzwonię do radia. chyba pierwszy raz w życiu. zgarniam bilety, miło. fanny i aleksander, to jest to. potem jednak wuenes i dziwna rozmowa na koniec. za późno się złapałem za język. zostałem jednak do tego sprowokowany. ale mniejsza. o pewnych rzeczach się nie rozmawia. niepotrzebnie zapytałem. niepotrzebnie też padła odpowiedź. usprawiedliwiająca i wskazująca winę. moją oczywiście winę. a można było nie powiedzieć nic. dowiedziałem się jednak też dających wiele do myślenia rzeczy. przynajmniej dwóch. może i więc warto było zadać pytanie, jedno z tych których się nie zadaje nawet? tak, to było stanowczo nieprzewidywalne zachowanie. stąd i może nie planowana odpowiedź. w każdym jednak żarcie, w każdej myśli i przytyku... ziarnko prawdy. dowiedziałem się po pierwsze, że o informacje to trzeba się starać. o wszelkie informacje. a ja myślałem, że o niektóre chociaż nie trzeba. cóż, zdania nie zmienię. przyznaję się jednak do tego, że czasem niezbyt jestem na bieżąco. ale czy to akurat miało jedno z drugim związek. wg mnie, mieć akurat tu nawet nie powinno.
dowiedziałem się też innej, być może znaczącej rzeczy. mam zbyt dobry PR w niektórych kręgach. tak przynajmniej jest to poczytywane. nie zamierzam się tym jednak specjalnie przejmować. "zbyt" to określenie zawsze względne. kwestia relatywizmu, jaki przyjmiemy. w tym jednak przypadku, wydaje mi się, że pewien relatywizm został wręcz pominięty w interpretacji, poczynionych obserwacji... nie wnikam jednak więcej w to. gdyby ktoś miał wątpliwości, że tak powiem, walić prosto z mostu i pytać mnię!! a nie snuć domysły.

żeby jednak dzień mógł zacząć uchodzić za naprawdę jeden tych, jakie ostatnio zwykło się określać mianem "z dupy", to w drodze powrotnej z uczelni potrąciłem pieszego. potrąciłem jednak to zbyt mało tu powiedzieć. jakiś facet władował mi się wprost pod koła roweru, w miejscu, naturalnie, niedozwolonym do przekraczania jezdni. inaczej, zresztą, pewnie bym tu o tym nie wspominał. chociaż wspomnę jednak i o tym, że tego samego dnia, i ja wybitnie łamałem przepisy ruchu drogowego. miałem jednak spore wyrzuty sumienia po tym, jak lawirowałem na przejściu dla pieszych, oczywiście na dwóch kółkach będąc. mój bilans ofiar, że tak powiem, ofiar z mojej winy, wciąż jednak wychodzi na zero. a to chyba też coś znaczy. bo jak łamać albo naginać przepisy, to z rozwagą. scentrowane koło, lekko tylko zadarta skóra na dłoni , usłyszane słowo przepraszam, to bilans tego wypadku. godzinne bieganie nie pomogło rozładować wkurwu. na chuj że przeprosił, na chuj że inny do parku swojego zaprosił, że kasę wypłacił i głupio się poczuł. na chuj mi to wszystko. jakoś nie potrafię czerpać z tego satysfakcji. rozgoryczenie przekuwam w śmiech. i to jedno mnie tylko ratuje. bo o krok, nieraz czuję, przystaję od radykalizmu. a to już niebezpieczne.

wieczorem kino. i uczta dla fanów bergmana. prawdziwa uczta, bo seans ponad trzy godzinny i to nie byle jaki, tylko sam aleksander, no i fanny... dla fanów, do których stwierdzam ostatecznie, że i ja się zaliczam. potem 'kino' samochodowe z anitą. zagadujemy się do trzeciej. jest dobrze.

wtorek. tego dnia również o trzeciej idę spać. a to na skutek kolejnej trudnej rozmowy. zbyt trudnej jak na jedno wypite tylko piwo. tu jednak już tak dobrze dzień się nie kończy. bo nie kończy się prawie w ogóle, rzekłbym.


ale z trudnych rozmów człowiek się czasem dowiaduje też całkiem ciekawych rzeczy, na temat - swój, innych ludzi, swoich rozmówców... to czasem taka dobra próba. próba więzi, próba człowieka, test na to, kim ten ktoś jest. trudne rozmowy zawsze coś wnoszą. no może prawie zawsze. bo nie, gdy nie zostają dokończone. a specyfiką tych trudnych, jest właśnie niestety i to, że zwykle ciężko je zakończyć. dlatego może bardziej przypominają test bez wyniku. coś jak sprawdzian bez oceny.
to co koryguje nieraz życie, może prędzej skorygować taka rozmowa. tak mi się wydaje. taką mam przynajmniej nadzieję.

do lądka jednak nie dlatego nie jadę. to tak żeby było dla niektórych jasne. mimo tego, iż ścianą też nie jestem. w odróżnieniu od tych samych niektórych.

środa. mrówczej transkrypcji ciąg dalszy. olewam paź. i wcale mi tego nie żal. a nie przepraszam, to było we wtorek. ale tego dnia też odpuszczam sobie, wykład akurat, i akurat jego mi już żal. zmieniam nazwę na swoim pulpicie ze skrót do praktyki, na skrót do jebane praktyki... jestem wulgarny, wiem. ale tylko to pozwala mi w tej sytuacji sobie jakoś ulżyć.

niedziela, 26 kwietnia 2009

children of sanchez

to aż niewiarygodne. jak nieudolny emocjonalnie potrafi być niekiedy człowiek.

znów w telegraficznym, postaram się... kino dworcowe i dzieci sancheza. tego też, między innymi, tyczy się powyższe. chociaż nie tylko tego. dziwna rozkmina nad zamierzchłymi okolicznościami sprawy, która z pozoru, mi już obojętna. no bo gdy nie mamy już żadnych szans na jakąkolwiek zmianę tego, co było, a nikłą na to, co jest, to na co zda się tu ...świadomość, znajomość faktów? ażeby wiedzieć? nie każda wiedza przecież człowiekowi służy. przekonałem się o tym na własnej skórze już niejednokrotnie. więc nie grzebię w odmętach przeszłości, ran zagojonych nie rozdrapuję. czasem tylko przypatruje się z zaciekawieniem bliznom.

wczoraj weselicho. a dzisiaj kac-morderca. wszystko zatem w normie. jak na wesele przystało - było wesoło. też obficie było, znamienicie było, no i disco polo - też, było, było. i tylko od bójki, chyba ledwo co, się obyło. siadła tylko trochę z początku logistyka, jeżeli o transport chodzi, ale w końcu zawsze coś, zawsze coś... musi. magnes na dziwaków, psychicznie nieprzecientnych - że ich tak pięknie nazwać, też zadziałał.

piątek. piątku nie pamiętam, coś się pewnie działo. a może i nie. a tak, pamiętam. mrówa nie śpi, mrówa transkrybuje. to hasło mi przez parę godzin tego dnia przyświecało. jak ja nie cierpię być murzynem... do tego wykonującym najgłupszą, mrówczą i najbardziej odmóżdżającą, jaką w życiu dotąd mi było wykonywać, pracę. ale dość. zrobiłem tego dnia też rozeznanie po rowerowych. bo na razie nic nie kupuję. brak finansowych perspektyw zmusza do wstrzymania się na razie od wszelkich wydatków i pozostania na etapie ślinienia się przed oknem wystawowym. rozeznanie jednak zawsze dobrze mieć. a na początek, na początek będą rogi, to już wiem.

piątek, 24 kwietnia 2009

ślepemu kurczakowi

gdy człowiek odkryje, że trafił mu się skarb, ten, prędzej czy później, go zauroczy. ja niedawno odkryłem. zauroczyłem się też. teraz tylko co robić, by skarbu nie utracić. by skarbu nie roztrwonić, nie zamienić na drobne, nie zrzec się go przedwcześnie... bo posiadanie skarbu to też odpowiedzialność. którego nie całkiem słodkie brzemię teraz właśnie odczuwam. zastanawiam się też, na ile jestem uczciwym, rozsądnym człowiekiem, a na ile ślepcem. mam nadzieję, że tylko to pierwsze.

środa, 22 kwietnia 2009

dziennik

to ja wrzucę może tu jeszcze jeden post. bo ostatnio braki, braki... będzie w telegraficznym skrócie.
poniedziałek. perwersyjna niemalże praca w grupach. biegando pod wieczór i osiem długości, odry jednak drugim brzegiem, razem tym. wieści z więcborka, telefonował wojtas. kierunek krym się nie zmienia. koncepcja wyprawy - lekko. termin również niezmienny.
wtorek. klasyczna zamuła na zajęciach pierwszych i ostatnich mych. co by tu nazwiskami nie rzucać. ni to manipulacje ni edukacja. tyle powiem z tego. półmetek. a na nim tance, hulance, czy wręcz swawole. to wszystko jednak okiełznane sporą dawką humoru. zdrowego czy nie, no to jednak zabawa była przednia.
środa. ten dzień był krótki... spać położywszy się wpół do siódmej wstaję przed trzecią. niby nie kac, ale jednak. leniwie.

znajdź różnice pomiędzy tymi z pozoru niczym nie różniącymi się obrazkami


bo człowiek to czasem jak ten pajac... wystarczy żeby mu brzuch napełnić, w ciepłym położyć, elementy składowe dobrze naoliwić... i już zadowolony. bo chyba jeszcze nie szczęśliwy. czasem mu się też wydaje, że już pana boga za pięty złapał, podczas gdy to tylko chwilowe zadowolenie z aktualnego stanu rzeczy. chwilowo może sobie wtedy taki człowiek powiedzieć, że panuje nad sytuacją, nad swoim życiem... chociaż nie da się przy tym ukryć, że i te najbardziej podstawowe potrzeby muszą być zaspokojone, by móc ruszyć dalej. pełny brzuch to podstawa. a i nie tylko brzuch.
świadom tego wszystkiego, staram się o tym nie zapominać. staram się nie ulegać pozorom...

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

zdrowo zmęczony

się opuszczam, bloga zaniedbuję. muszę więc znów nadrobić. w każdym razie napisać coś. coś aktualnego może.

no więc dziś wyskoczyłem do oleśnicy na niedzielny obiadek. żeby ciekawiej było, to rowerkiem. sezon rowerowy mogę więc ostatecznie, z czystym sumieniem, w moim przypadku, uznać za: otwarty. siedemdziesiąt kilometrów przejechanych i to o dziwo nie na kacu. a może kac był, ale ilość świeżego powietrza, a właściwie jego nadmiar (w stronę TAM - pod wiatr), spowodował transplantację bólu, czy może raczej transplantację komfortu. a właściwie dyskomfortu. z uczucia głowy ciężkości, na ciężkość nóg. w drugą stronę o wiele przyjemniej, bo z wiatrem w plecy. ogólnie więc, miło. ale bez zestawu naprawczego do dętek i pompki, to ja już się nie ruszam x-]

na koniec dnia spociłem się raz jeszcze. i zmarzłem zarazem. jednak tym razem już nie sam, a w bardzo zacnym towarzystwie.

wczoraj za to również zacnie. i w równie zacnym towarzystwie chociaż poszerzonym o sporo osób nie znanych mi dotąd. mimo obaw, nikt nie zmarzł, nie padało i nawet słońce wyszło na chwilę. grill doszedł do skutku. a ogólnie to bardzo pro. finał wyjątkowy, bo z kopaniem, poważnym rozmawianiem i nawet płakaniem. nie moje to jednak łzy, nie moje kopniaki i nie moje rozmawianie do kogoś. a wszystkie te czynności należą, jestem o tym przekonany, a w każdym razie, w to przynajmniej chcę wierzyć, że należą do istot o niezwykle szczerych i dobrych intencjach.

echo archiwizuje co jeszcze nie publikuje, nieźle. ale dzięki temu, ktoś w gdańsku może poznać już teraz coś, co efektem czegoś, czego inicjatorem był ten ktoś. piszę zbyt enigmatycznie? no dobrze, dziękuję zatem łukaszowi za wyprawę na bornholm i za dobre słowo, którego mi nigdy nie szczędzi, a które mnie niezwykle dopinguje. izabeli, za korekty i w ogóle za stworzenie możliwości dziennikarzenia.

kładę się spać zupełnie wyczerpany. lubię jednak ten stan. swoiste katharsis - po tym, jak człowiek się zdrowo zmęczy. a jutro może panel. tak na dodanie otuchy.

piątek, 17 kwietnia 2009

znów się działo

jutro minąłby równo miesiąc. okrągły miesiąc jak przestałem się wspinać. by do tego jednak nie dopuścić, jak również zainspirowany poczynaniami pewnej osoby, można więc powiedzieć zmotywowany ciekawością, jak i pełen obaw, co do własnej kondycji, jak również i stanu kontuzjowanego ścięgna, wybrałem się na ścianę.
tak... niestety, panel. mimo iż pogoda aż krzyczy, woła, drze się, usilnie zachęca.. bo nie prosi się już nawet, o to, by w tych, jakże wybitnie sprzyjających okolicznościach przyrody, odwiedzić skały...

dziś też miałem, po raz pierwszy, dobry bo miarodajny wskaźnik tego, ile czasem dziennie przejeżdżam na rowerze po mieście. na liczniku wybiło ponad 22 km, a do tego jeszcze doliczyć należy a ze z pięć, jakie pokonałem jadąc do pracy, bo to już moim rowerem 'miejskim', a nie - moją czarną perłą, prędkim mustangiem, rowerem 'właściwym', którym tak zacnie dzisiaj żem sobie śmigał. co daje razem jakoś powyżej 27 km. nieźle. a pomyśleć, że do ole mam 35...
a ogólnie, wszystko to w niesamowitym tempie. aż niebezpiecznie, bo można się chwilami poczuć, dziwnie swobodnie i pewnie na drodzę.. można się poczuć niemal równym innym pojazdom - no bo jak nie, gdy w podobnym tempie przemieszczającym się a niekiedy nawet - szybszym.

poza tym, żeby nie było, musiałem złapać gumę. ehh to szkło, wszędzie go pełno. chyba muszę wymienić też opony. baa, na pewno to zrobię i tak. tylko pytanie kiedy. mowa oczywiście o moim czarnym mustangu ; D nie starej poczciwej ukraince. w tej zresztą, ogumienie niedawno wymieniałem. traktor-protektor bowiem na zimę być musiał! :)

co do echa. ostatecznie stanęło na tym, że będzie po nazwisku. i o połowę krócej. czyli nie tak, jak chciałem. ogólnie też nie wyszło to najlepiej, bo i mam parę, mniej lub bardziej, istotnych zastrzeżeń. ale ogólnie tekst daje radę. szkoda tylko że to wszystko tak... bez ostatecznej autoryzacji. no ale ogólnie jestem, powiedzmy, zadowolony. dzięki, iz, za korekty, wszelkie.

aa, no i idę na półmetek. w końcu zapłaciłem. chociaż jeszcze o dychę wołają. ach... to już byłyby skały na dwa dni, jak nic. mam nadzieję, że się nie rozczaruję tylko. wystarczy że ludzie dopiszą... ale z drugiej strony, czy nie można by się tak na plenerowe picie umówić? tylko musi być miejscówa? skoro rzecz się i tak do tego sprowadza. no dobra. nie narzekam. przynajmniej potańcówa gwarantowana. no i impra zamknięta. bez dresów, bez lanserów, przynajmniej. no miejmy nadzieję, w każdym razie. eh, wciąż jednak wierzę w ludzi, niestety. to moja bolączka. jak i jedna z wielu. umiejętnie zaplanowany dystans i pełna pragmatycznego myślenia postawa nie zawsze jednak zostaje wcielona w czyn. a idealistą nie jestem. nie w praktyce, przynajmniej. dlatego idę.

środa, 15 kwietnia 2009

inauguracja

no i po strachu. pierwszy raz naprawdę bałem się świąt. do tego tych świąt, zwłaszcza tych, jak i w ogóle. nie było jednak tak źle. a nawet było całkiem zacnie. z mieszanymi uczuciami mimo to wyjeżdżam.

inauguracja sezonu rowerowego. ogólnie zakończona sukcesem. tylko znów trochę na wariackich papierach. wbrew pozorom, wszystko jednak pod kontrolą, kompleksowa minimalizacja ryzyka, we własnym przynajmniej zakresie. a że ekstremalnie i na styk, to swoją drogą.
w każdym razie, mój czarny mustang już tutaj, na czebnickiej. i cieszy mnie to. godzina minut czternaście, z bramy do bramy, też nieźle. chociaż mogłoby być jeszcze lepiej. ale z nie lada tobołem na plecach, także tego. inauguracja w dobrym stylu, bądź co bądź.

gardło jak bolało tak boli. służba zdrowiu w tym kraju, jak zwykle. czyli nie wiadomo w służbie komu.

pentorando bez rewelacji. pasztet-man to ksywka która chyba przylgnie do mnie już na stałe. oczywiście zaraz po king of the pentor. i oczywiście, tylko w pewnych kręgach, bardzo wąskich i specyficznych kręgach. no ale co ja zrobię, przecież nie zaprzeczę, lubię pasztet ;)

wieczorem pierwsza korekta. która tym razem, kończy się wyjątkowo miło. bo żeby brać, trzeba się nauczyć wpierw dawać. i taką kolejność uważam za właściwą.

aha. o żałobie miałem jeszcze. zastanawiałem się ostatnio... jak to, co się wkoło nas dzieje od wczoraj, ma się do jakże często cytowanej, a ukutej przez, nie kogo innego, jak przez naszego kochanego wujka józka ze wschodu, sentencji o tym, że śmierć jednostki to tragedia, a milionów - to tylko statystyka...
dlaczego nie ogłaszamy żałoby narodowej, jak ginie w górach jeden z naszych najwybitniejszych himalaistów młodego pokolenia, dlaczego nie wtedy, jak ginie pod kołami samochodu czyjś najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, dlaczego nie, jak spali się żywcem troje z czteroosobowej rodziny, a ogłaszamy, jak zginie ludziów w liczbie dwudziestujeden.
czy jest jakaś magiczna liczba. to przecież już nie jeden, skądinąd, też nie milion, powiedziałby wujcio... a może chodzi o jakieś magiczne okoliczności. iluż to jednak ludzi ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. a iluż pośród aż nazbyt brutalnej bo prymitywnej, by nie rzecz banalniej, prawdy o okolicznościach ich śmierci.
i dlaczego w święta ludzie mają nosić się z żałobą. nie do końca podoba mi się ten pomysł. pomysł trzydniowej żałoby.
mam też pewne wątpliwości, co do akcji typu 'jeżeli jesteś współczujący i nieobojętny ci los pogorzelców, podziel się swoim majątkiem, numer konta załączamy u dołu ekranu...'. i żebym został dobrze zrozumiany. to zajebista sprawa, że w tak łatwy sposób ludzie mają okazję sobie wzajemnie pomagać. sms o treści pomoc itd. ale widzę w tym też pewną niewydolność systemu i to mnie martwi. solidarność społeczna solidarnością, ale to nie do końca powinno tak być. to system powinien się właśnie w takich sytuacjach wykazać, a nie pojedynczy ludzie.
ale nie ma to, jak sobie urządzić populistyczne igrzyska na dogorywających raptem zgliszczach ludzkiej tragedii.
i to może o to w tym wszystkim zawsze chodzi. o fałszywe oswojenie rzeczywistości poprzez jej zakłamanie, o uspokojenie własnego sumienia poprzez jednorazowe działanie, o cały ten chłam i cały ten szajs. i wcale tylko w polityce, bo przecież w życiu, które na takie formy uprawiania tej pierwszej, pewnie niejednokrotnie, dozwala.

wtorek, 14 kwietnia 2009

hiszpańskie rewelacje

rozmowy nocą owocują niekiedy rewelacyjnymi nie-nowościami.
pamiętaj zawsze, to co wydaje ci się, że dla nikogo nie okaże się już nowością, może znaczyć, że tylko dla ciebie nią już nie jest.
albo też, to co ważne, bądź pewien że powiedziałeś, a niech ci się tylko nie wydaje.
co najmniej pół roku za późno, pół roku zbędnego zupełnie czajenia.
ale tajemnicy dotrzymałem. to tym się mogę przynajmniej szczycić.

poza tym, dzieciństwa błogiego wspomnienia. choć może nie aż tak nieznaczącego jak błogiego. bo pewnie i bardzo znaczącego. pytanie tylko JAK bardzo. ehh. jak-ościówka, nigdy nie dająca spokoju... na pocieszenie pozostaje skonstatować to tylko stwierdzeniem: każdy ma przecież jednak swoją historię. niepowtarzalną i wyjątkową. i to we wszystkich możliwych znaczeniach obu tych słów.

dziwnie bolące gardło do tego. od tygodnia chyba już boli a wciąż tak samo. bez kaszlu i bez jakichkolwiek innych objawów jakiejkolwiek choroby. dziwne. i nawet się wysypiam. chyba pójdę z tym do lekarza. bo nie mija.
no i plan inauguracji sezonu rowerowego przez to się pierdzieli. no bo jak tu ryzykować z bolącym gardłem jazdę rowerkiem do wro? nierozsądne? pewnie tak.

zarządzanie emocjami czy zarządzanie rozsądkiem? które z tych dwóch jest bardziej możliwe i z którym mam(y) do czynienia? takie pytanie z kolei stawiam sobie na dobranoc. i nie zamierzam odpowiadać. ale może ktoś by chciał... a ktoś jeszcze poza mną z pewnością chciałby znać odpowiedź, i to akurat wiem... aaaale. chyba z odpowiedziami dotyczącymi pewnych kwestii trzeba się po prostu wstrzymać.

niedziela, 12 kwietnia 2009

życzenia

z racji iż nastał czas życzeń. i ja życzę wszystkim: byście się na co dzień rodzili nowym człowiekiem. nie człowiekiem bez historii bynajmniej, bo i z pamięcią o tym co było, co jest, lub ma się niebawem wydarzyć, lecz mimo tego wszystkiego, a więc co by się nie działo/nie wydarzyło teraz/w przeszłości, byście potrafili trwać w gotowości do życia, do przeżywania go wciąż jakby od nowa. do tego, dziecięcej radości z życia i dorosłego spojrzenia na te sprawy, na które w sposób dziecięcy reagować już dobrze nie jest. tego Wam wszystkim życzę.

wspomnienia z bornholmu uruchomił żem. artikel się pisze. poza tym, babka sernik goni, czyli smacznie i miło, przy stole siedzom my sobie. idyllicznie, żartobliwie. czyli tak, jak w święta chyba być powinno. niepoważna optymistyka, która skłania mnie, by rzec: jest dobrze.

sobota, 11 kwietnia 2009

axis of ignorance

w wielki piątek poszczę. dwoma obiadami i jednym śniadaniem. a przecież raz do syta się zaleca. grzesznik ze mnie.
poza tym, wątpienia oczywiście ciąg dalszy. z tą różnicą, że chwilami zaczynam już wątpić w to, że wątpię. więc chyba powoli wychodzę ze swojego kryzysu... oby. tak sobie to przynajmniej będę to tłumaczył. wszak stany pośrednie nigdy niewskazane... podobno.

decyzje na ostatnią chwilę podejmowane to jednak moja specjalność. aż dziw że zdążyłem wsiąść do tego pociągu. obserwuję wszystko w nowej, jednak na obserwacjach się kończy. poza tym, że sobie popiskałem w zacnym towarzystwie, niewiele pożytku ponadto.
obserwacje też niczym nie zaskakują. oczywiście poza strukturą demograficzną, która znacząco różna od starej, pod wieloma względami. lecz i to w zasadzie w ogóle nie zaskakujące.
zastanawiam się tylko, kto większy gbur. ja czy chór.
a naprawdę się starałem...

sceną rodem z syna marnotrawnego powracam. powracam, bo przecież jeszcze nie powróciłem. powrót to nie jednorazowa czynność. to proces, ciąg zdarzeń, okoliczności, przede wszystkim zaś próba czasu.

a dziś, już za chwilę, udam się do starej. będę nasłuchiwał pytania "o co mnie pytasz". mam nadzieję, że rozpoznam melodię, gdy już pieśń zabrzmi. a gdy już rozpoznam, dam odpowiedź, mam nadzieję.

romantycznie mimochodem. i sekretnie zarazem. ramie w ramię zaczynamy niebezpiecznie kroczyć. nawet z tym przeszkadzającym. oho. i w tym momencie, zaczynam się bać. a ty nie? nie odpowiadaj. idźmy dalej, póki co, idźmy dalej, bez obaw.

czwartek, 9 kwietnia 2009

mało adekwatnie

czasami nawet najlepszy dowcip potrafi nie być śmieszny, gdy jest mało adekwatny do sytuacji. dziś mi nie do śmiechu. jak zresztą w ogóle w ostatnim czasie. a jeśli nawet widzieliście na mej twarzy uśmiech ostatnio, to był to prawdopodobnie jeden z tych głupich, który na twarzy pojawić się nie powinien. chociaż generalnie, głupio staram się zwykle nie uśmiechać. muszę też chyba częściej włączać radio/net/tv/prasę poczytywać, celem newsów zgłębiania. bo żem mało na bieżąco ze sprawami niektórymi. a rzecz jedna mnie zmroziła dziś doszczętnie. i to zupełnie nie na żarty. kolejna śmierć w ostatnim czasie, kogoś kogo było mi dane pośrednio poznać, ktogoś, kogo śmierci zupełnie bym się nie spodziewał. wczoraj zginął piotr morawski. człowiek, który w ostatnim czasie począł odgrywać dosyć istotną rolę w moim życiu. żal. [*]

co do świąt zaś, to prośba do wszystkich moich znajomych. nie życzcie mi wesołych. moje wesołe raczej nie będą. i nie planuje by były. dobrze będzie, jeśli będą przeżyte godnie. i tyle mi wystarczy. a godnie znaczy dla mnie: z szacunkiem i ze spokojem. może nawet wystarczyłoby tylko to drugie.
tymczasem, się szwendam. coraz bardziej nabierając pewności, że to co robię jest słuszne. żebym tylko doszedł na metę nie spóźniając się. może zatem lepiej byłoby przyśpieszyć kroku... może jednak nie. wszak wszystko ma swą godzinę. i nic nie dzieje się bez przyczyny. ach

wtorek, 7 kwietnia 2009

przestępca

dziś popełniłem przestępstwo. jak się okazuje, nie wykroczenie. przejechałem przez rynek będąc po jednym 0,3. tak orzekł dzisiaj TK. dobrze wiedzieć. aha, jakbyście się kiedyś dowiedzieli, że siedzę w kiciu, to też, się nie zdziwcie...

wtorki, utwierdzam się w tym przekonaniu, to dni, podczas których najdotkliwiej doświadczam poczucia marnowanego czasu i niesamowitej różnicy poziomów. z jednej strony uniwersytet, z drugiej przedszkole. no dobra, podstawówka, podstawówka.

znów w pracy. a jutro znów będzie znów. dziś jednak pierwszy raz przeprowadzałem ankietę bedąc po piwie. cóż, zawsze musi być kiedyś ten pierwszy raz. w sumie, miło. no i z niedomykaniem się strun moich głosowych nie miałem dziś nawet takich problemów.

no i pierwsze 'spotkanie biznesowe'. tyż miło. ho ho, e-cho, uważaj... nadchodzę ;-)

idiotycznie drobiazgowo

nie można wszystkich lubić. chyba po raz pierwszy ktoś mi wytłumaczył co naprawdę to znaczy. i o co kaman w tej jakże chętnie i często powtarzanej przez wielu sentencji. dzięki izzz, pojąłem chyba wreszcie co to znaczy. teraz jeszcze tylko zacząć tym żyć. nie, ja raczej nie z tych, co się mianem asertywnych zwykło tytułować.

pentorando. a jednak ludzie wciąż i wciąż zaskakiwać potrafią. tylko może już nie szokować. pobudka za dwadzieścia pięć na miejscu.

biegando. co jak co, ale z tempem nie mam ja raczej problemów. 7:18 i 7:19 to czasy pełnych długości. 4:53 i 4:50 to czasy 3/4 długości. bez pośpiechu, acz solidnie. to moja dywiza nie tylko przy bieganiu.

i jeszcze to. ludzie nie lubią jak im się tłumaczy rzeczy dla nich proste i zrozumiałe. dlaczego tak jest, do końca nie wiem. i dziwi i nie dziwi mnie to. jednak zaskakuje, jak bardzo ludzie potrafią się z tego powodu oburzać.
nierzadko mi się to zdarza, stąd zwracam na to uwagę.
i naprawdę... wszyscy moi drodzy rozmówcy. kiedy tłumaczę wam coś, co dla was być może wydaje się najbanalniejszych banałem, to nie dlatego, że traktuję was jak idiotów ani że sam nim jestem. co do tego drugiego przynajmniej chcę wierzyć, że tak jest, a co do pierwszego, to w ogóle nie specjalnie się nad tym zastanawiam, gdy z kimś rozmawiam. po prostu, chcę mieć pewność, że zostanę doskonale zrozumiany niezależnie od kontekstów, wszelkich poszumów, tego z kim rozmawiam, gdzie i jak rozmawiam, itp, itd.
jednocześnie, muszę to wyznać, zawsze towarzyszy mi pewna obawa. obawa, że mówiąc prędko i ogólnikowo, skrótowo i niezbyt wnikliwie, przeoczona zostanie istotna kwestia albo całkiem nawet, istota rzeczy omawianej. stąd taka a nie inna czasem moja mowa, synonimiczna, zawiła i przydługa.

ale co by sie dłużej nie rozwodzić. dobranoc koniec kropka przecinek
ciąg dalszy pewnie i tak niebawem nastąpi

sobota, 4 kwietnia 2009

oswojona dziwność

pentorowo. wkręcam się znów w wir pracy. zarobkowej pracy, zarobkowej. bo to warte podkreślenia. nic tak bardziej bowiem nie wkręca człowieka, jak przelotne miłostki i/lub pieniądze. ja pracuję bynajmniej nie z miłości.
chociaż pentor, przyjemna dosyć rzecz. aczkolwiek, no naprawdę, nic mnie chyba nie jest w stanie w tej pracy już zaskoczyć. ach, nie ma to jak rutyna, nie ma to jak oswoić dziwność.

za to nigdy na brak wrażeń nie mogę narzekać, gdy się spotykam z koszmarkiem równie dobrze znanym mi. zawsze mogę liczyć z jej strony na jakieś adekwatnie absurdalne pomysły do jej absurdalnego sposobu bycia. oj tak, jednego czego nie można koszmarnej zarzucić, akurat w tym względzie, to właśnie braku konsekwencji.
zaskakująco, może nawet bardziej, inspirująco, ale i zmuszająco do refleksji. to chyba przy niej najbardziej się zestarzałem.
ale cóż, tak czy owak, hitchcock w plenerze, to chyba jedna z tych rzeczy, które za wynik frywolnej inspiracji czerpanej z absurdu, można by właśnie uznać. stąd może żem jeszcze nie taki stary, na jakiego czasem wyglądam. bynajmniej nie o moją fizjonomię chodzi.
ponuro, mimo starań, jednak nie było, no to ustalmy. jedyne, co w tym wszystkim ponurego było najbardziej, to chyba masakra serka w czeluściach wilczego gangu, no i może ci wszyscy smutni ludzie, pseudospracerowicze, zewsząd się pałętający, pośród wielkomiejskiego zgiełku swe miejsce odnaleźć próbujący.


poza tym, coraz niebezpieczniej. ale tutaj o tym wciąż nie będzie. pentorando. prando i biegando, to z kolei czynności zaplanowane i zrealizowane na dziś. może poza tym ostatnim, jak na razie, ale i to już raczej tylko kwestia czasu. gdzie mi się zwykle podziewały soboty? nie wiem. dziś okryłem je na nowo. tyle rzeczy pożytecznych można zrobić. hueh. zakakujące ale i smutne.
i nie, wcale nie jestem racjonalny. ja tylko racjonalnie staram się planować. teoria a praktyka, to zawsze dwie osobne bajki. a planuję, bo życie mnie tak nauczyło i uczy wciąż. tyle. i nic poza tym. ot, podejście nie ugruntowane jednak za bardzo w praktyce.

piątek, 3 kwietnia 2009

żeby nie było

żeby nie było, blogu nie ubyło, posta zamieszczam, dziś kolejnego.
co do wczoraj to fortepian i zrycie w berecie. ludzie niekiedy naprawdę chorują z powodu swoich pasji. i to jest złe. z drugiej jednak strony, ludzie przynajmniej życie swoje przeżywają. gorzej jeśli przez fakt swojej pasji, życie to mają utracić. oj tu już znacznie gorzej. nie o to też przecież chodzi.

dziś zreflektowałem się, że mija już drugi tydzień, jak restuję. aż dziw. nie sądziłem, że uda mi się tyle bez wspinu wytrzymać. a poszło nawet łatwo.

poza tym, tir killer zabójca. okazuje się, że naczepa, jako nienaturalne przedłużenie męskości, w niewystarczający sposób poskramia kompleksy kierowcy, który dziś na daniłowskiego w tak bezczelny sposób musiał mi pokazać, kto rządzi na drodze. oczywiście ten co większy i silniejszy. jakbym nie wiedział... ajj. kiedyś i ja kupię swoje uzi ;]

potem już tylko wuteesowy sitcom i pentorowski kam bek. wieczorem w drodze do mekki ustałem w miejscu, czytaj zostałem w domu. nieobce za to jest mi doświadczenie, które tak wielu dzisiaj starało się usilnie przeżywać, a nawet i na ulicach i na sposób iście kolektywny.

na koniec spanie, ale nim to, wstrzymuję oddech i przez chwil parę, rozkoszuję się zapachem pikantnego powietrza, które wdziera się do gardła rozgrzewając, kto wie jak bardziej, czy od środka, czy od zewnątrz.