czy jest na to lepsze słowo? o, na pewno.
tak mnie ostatnio naszło... ostatnio znaczy dokładnie w tym momencie. wybaczcie mi tę dziwaczną mieszaninę nieporadnej elokwencji z brutalną szczerością. wiem, już wiem, że to nie idzie zwykle w parze. nieda się. tak jak poprawności politycznej z wolnością słowa, nie idzie łączyć, a w każdym razie ciężko. tak jak, czystość pieniądza z czystością sumienia, często nieda się, itd., itd... czasem ni d r d, a czasem zwyczajnie inaczej jest ...wygodniej. i korzystniej. ale nie o tym ja tu chciałem.
a o optymizmie...
w szczególności zaś o tym niepoprawnym. zwykle łudziłem się tym ostatnim, że to co jawi mi się jako kompletna porażka, jest niczym innym jak tylko kolejnym, przecież że nie groźnym, a nawet więcej, cennym, bo wzbogacającym mnie doświadczeniem, chwilowym brakiem spójności, tarciem dwóch nie stykających się idealnie powierzchni, drobną różnicą dwóch stron powodującą... konflikt. można się oszukiwać. można i czasem nawet lepiej. po co się smucić. czasem nawet i słusznie, niepotrzebnym jest gaszenie optymizmu, bo może a nóż lada chwila sytuacja się odmieni i faktycznie, oto zaistnieje coś, co jeszcze chwilę temu nie miało szans na zaistnienie! wow. ale czy warto? czas zapierdala do przodu. i to jest fakt. z całą swoją brutalnością, nieuchronnością, systematycznością i wszystkimi innymi powstającymi z powodu jego upływu konsekwencjami. i o ile jeszcze niepoprawny optymizm nie niesie z sobą potencjalnych szkód lub są one nieduże, można się go trzymać. ale gdy stawką jest coś więcej... nie ma się co oszukiwać, mydlić sobie oczu. trzeba wtedy nazywać rzeczy po imieniu. łejk ap. czasem trzeba się zwyczajnie przebudzić. chociaż dłuższy, chociaż o odrobinę dłuższy, sen bywa zwykle bardziej kuszący.
dzisiaj sobie uzmysłowiłem kolejny raz, że pozostawałem przez dłuższy czas w takim stanie. stanie uśpienia, wątpliwie korzystnej sytuacji, dającej jeszcze bardziej wątpliwą nadzieję , stanie złudnym, zachęcającym do nie-nazywania-rzeczy-po-imieniu, stanie który nazwałbym po prostu niepoprawnym optymizmem. drzemanie ma jednak to do siebie że potrafi się niebezpiecznie przedłużyć i przynieść ze sobą negatywne konsekwencje w przyszłości. a czas zapier... wiadomo że nie do tyłu. więc pora się obudzić. zbyt dużo do stracenia, zbyt wiele szkód możliwych do wyrządzenia.
niedziela, 3 stycznia 2010
piątek, 6 listopada 2009
piątek, 30 października 2009
czwartek, 29 października 2009
na temat
pisanie notek po pijaku to chyba nie jest dobry pomysł. no ale w końcu zaczynam pisać przynajmniej niedorzecznie. czyli na temat...
istny krach
o nie...
"OGŁOSZENIE
Od godzin rannych w czwartek 29 października do godzin popołudniowych w piątek 30 października będą prowadzone w ICM prace modernizacyjne. W tym czasie modele prognoz pogody nie będą liczone, a w dostępie do stron WWW nastąpią kilkugodzinne przerwy. "
...przeczytałem dziś na chyba najczęściej odwiedzanej przeze mnie stronie www. i co ja teraz zrobię...
"OGŁOSZENIE
Od godzin rannych w czwartek 29 października do godzin popołudniowych w piątek 30 października będą prowadzone w ICM prace modernizacyjne. W tym czasie modele prognoz pogody nie będą liczone, a w dostępie do stron WWW nastąpią kilkugodzinne przerwy. "
...przeczytałem dziś na chyba najczęściej odwiedzanej przeze mnie stronie www. i co ja teraz zrobię...
wtorek, 27 października 2009
a to Polska właśnie
środa, 14 października 2009
reaktywacja... nie na długo?
czy aż tak bardzo się zmieniłem? czy próba przyniosła efekty? czy może założenie, jakie przyświecało zakładaniu tego bloga, było założeniem od początku błędnym? jedno jest pewne. zmęczyłem się tym blogiem jak cholera. nie wiem czy nie więcej niż pożytku, przyniósł mi on... no może nie szkody, ale zwyczajnie stwierdzam, że pożytek ten nie był nigdy - albo rzadko kiedy - proporcjonalny do wysiłku wkładanego w jego tworzenie.
chociaż pisało się faaajnie. ale. nie sama sztuka dla sztuki, nie samo pisanie dla pisania (które notabene dalekie jeszcze zawsze było od Tej, której tu właśnie umniejszyłem... przyrównując do niej swoją pisaninę....). nie to więc miało być tematem przewodnim i celem samym w sobie, nie to.
nie forma, która nieraz to wykorzystywana była przeze mnie do szyfrowania informacji, dzieląc je na te dla wszystkich i te mające być zrozumiałe dla nielicznych. to zresztą, teraz stwierdzam, było dosyć głupie i nie fair. w końcu czytają wszyscy. poza tym, grozi to zrodzeniem się niebezpiecznej tendencji człowieka do tudzież - zamykania się w czterech ścianach i pisania w odosobnieniu, tudzież - wielokrotnego powtarzania się... czego również nie cierpię. ale może czasem tak trzeba... ehh, mniejsza.
decyzja więc. zamknąć bloga? kontynuować w drastycznie odmiennej formie niż ta dotąd? czy może założyć nowy blog, a ten, lepiej jeszcze, skasować?! nie, nie zrobię tego... jako że nie lubię od niczego, co w moim życiu miało miejsce, stanowczo się odcinać i usuwać z pamięci, nie założę ani nowego ani, tym bardziej, tego nie skasuję. przynajmniej nie na razie. może więc będzie kontynuacja. choć raczej na pewno już - w zmienionej formie i przede wszystkim, charakteryzująca się inną treścią. chociaż pomysł na założenie nowego chodzi mi po głowie też, nie powiem że nie...
czas pokaże.
chociaż pisało się faaajnie. ale. nie sama sztuka dla sztuki, nie samo pisanie dla pisania (które notabene dalekie jeszcze zawsze było od Tej, której tu właśnie umniejszyłem... przyrównując do niej swoją pisaninę....). nie to więc miało być tematem przewodnim i celem samym w sobie, nie to.
nie forma, która nieraz to wykorzystywana była przeze mnie do szyfrowania informacji, dzieląc je na te dla wszystkich i te mające być zrozumiałe dla nielicznych. to zresztą, teraz stwierdzam, było dosyć głupie i nie fair. w końcu czytają wszyscy. poza tym, grozi to zrodzeniem się niebezpiecznej tendencji człowieka do tudzież - zamykania się w czterech ścianach i pisania w odosobnieniu, tudzież - wielokrotnego powtarzania się... czego również nie cierpię. ale może czasem tak trzeba... ehh, mniejsza.
decyzja więc. zamknąć bloga? kontynuować w drastycznie odmiennej formie niż ta dotąd? czy może założyć nowy blog, a ten, lepiej jeszcze, skasować?! nie, nie zrobię tego... jako że nie lubię od niczego, co w moim życiu miało miejsce, stanowczo się odcinać i usuwać z pamięci, nie założę ani nowego ani, tym bardziej, tego nie skasuję. przynajmniej nie na razie. może więc będzie kontynuacja. choć raczej na pewno już - w zmienionej formie i przede wszystkim, charakteryzująca się inną treścią. chociaż pomysł na założenie nowego chodzi mi po głowie też, nie powiem że nie...
czas pokaże.
poniedziałek, 12 października 2009
wziął wolne
blog nie umarł. tylko jest na urlopie...
no jakoś trzeba było zacząć, tak?
choćby nieudolnie, z dupy jakoś.
a powroty po przerwach ponoć są najtrudniejsze.
no nie. bo jednak to samo mówią o początkach-czegoś nowego, o kontynuacjach-czegoś trwającego, o definitywnym kończeniu-czegoś dotychczasowego... nieważne. ludzie różne rzeczy mówią, dużo mówią, a generalnie lubią - jak się nie tłumaczyć, to narzekać.
ja więc żeby, choćby przez tę chwilę, pobyć innym... więcej mówić i głupio się tłumaczyć nie będę.
wystarczy już i tak, że zostałem ostatnio posądzony o nader częste prowadzenie wewnętrznych monologów, to w dodatku na sposób ...iście uzewnętrzniony. co mi, przyznać muszę, choć nie wiedzieć czemu, nawet trochę dopiekło... mimo iż zdawać sobie z tego sprawę, zdawałem oczywiście nie od dziś, że tak mam lub mogę mieć.
ale może czas przestać tłumaczyć to sobie i innym nabytą (czy też co gorsza wrodzoną?) manierą socjologicznej wnikliwości, charakteryzującą się tak przecież specyficznym spojrzeniem, zawsze koniecznie uwzględniającym pełen wymiar, wraz z wszelką-niemal-możliwą-wieloaspektowością, zjawisk postrzeganych, o nawet tych choć-nie-wiem-jak-najprostszych... i czas stać się bardziej konkretnym i mniej wymownym. w końcu też nie wszystko, lub przynajmniej nie zawsze, musi zostać dostrzeżone i wypowiedziane.
tymczasem obiecuję, że już niebawem, niebawem wskrzeszę to, co tu pomarło
oczywiście w miarę mych wrodzonych o jakże ludzkich tylko możliwości.
no jakoś trzeba było zacząć, tak?
choćby nieudolnie, z dupy jakoś.
a powroty po przerwach ponoć są najtrudniejsze.
no nie. bo jednak to samo mówią o początkach-czegoś nowego, o kontynuacjach-czegoś trwającego, o definitywnym kończeniu-czegoś dotychczasowego... nieważne. ludzie różne rzeczy mówią, dużo mówią, a generalnie lubią - jak się nie tłumaczyć, to narzekać.
ja więc żeby, choćby przez tę chwilę, pobyć innym... więcej mówić i głupio się tłumaczyć nie będę.
wystarczy już i tak, że zostałem ostatnio posądzony o nader częste prowadzenie wewnętrznych monologów, to w dodatku na sposób ...iście uzewnętrzniony. co mi, przyznać muszę, choć nie wiedzieć czemu, nawet trochę dopiekło... mimo iż zdawać sobie z tego sprawę, zdawałem oczywiście nie od dziś, że tak mam lub mogę mieć.
ale może czas przestać tłumaczyć to sobie i innym nabytą (czy też co gorsza wrodzoną?) manierą socjologicznej wnikliwości, charakteryzującą się tak przecież specyficznym spojrzeniem, zawsze koniecznie uwzględniającym pełen wymiar, wraz z wszelką-niemal-możliwą-wieloaspektowością, zjawisk postrzeganych, o nawet tych choć-nie-wiem-jak-najprostszych... i czas stać się bardziej konkretnym i mniej wymownym. w końcu też nie wszystko, lub przynajmniej nie zawsze, musi zostać dostrzeżone i wypowiedziane.
tymczasem obiecuję, że już niebawem, niebawem wskrzeszę to, co tu pomarło
oczywiście w miarę mych wrodzonych o jakże ludzkich tylko możliwości.
środa, 1 lipca 2009
uroczy egzam
uroczyście nawet, bo w garniturze, zamierzam pomaszerować jutro na egzamin ze współczesnych teorii socjologicznych. wszak nie ma chyba bardziej socjologicznego przedmiotu na tych studiach niźli ten właśnie. kwintesencja tego wszystkiego, czym socjologia jest obecnie, a w każdym razie fundament wszystkiego tego, czym wg niektórych wielkich jest/być powinna.
mniej uroczyście, bo bez zbytnich celebracji, niestety, przygotowywałem się do tego egzaminu. nie licząc przygotowań do koła, na naukę do egzaminu poświęciłem półtora dnia. z czego te pół, to właściwie nie pół, tylko półtorej godziny, w autobusie. miejmy nadzieję, że to się na mnie nie zemści. przynajmniej nie aż tak bardzo. ale znowuż, czy te wszystkie rozważania, bądź co bądź, jednak wokół tego samego przedmiotu, nie były przypadkiem aby toczone na co dzień, na uczelni, w trakcie zajęć, przynajmniej być-powinny? wydaje mi się, że tak. i liczę na to, że były. jak również na to, że te wszystkie dotychczasowe dyskusje nie przetoczyły się jedynie po mojej głowie w sposób bezszelestny i nie pozostawiający śladu, lecz że odbiły i odbijać się jutro zwłaszcza, na egzaminie, będą - głośnym i znaczącym echem... bo za wiele to dziś nie powtórzyłem. hueh. ale jak to mawiają, noc długa... jeszcze trochę do świtania pozostało.
a w sumie, może szacowna doktor szy da jakieś proste pytania. i niepotrzebne nasze wszelkie obawy. ot np przyszło mi takie jedno do głowy... na przykład - podaj ulubioną liczbę alain'a tourian'a. no i co, z pozoru trudne, a kto by nie wiedział? ;P takie trochę półotwarte czy półzamknięte można by zrobić, no i sprawdzało by się szybko... ehh, to może ja już pójdę... doczytać coś o ruchach społecznych i innych takich.
w końcu to ostatni egzam. wypadałoby więc zdać, by móc zacząć oblewać. nie odwrotnie. oblać, by ponownie zdawać. kolejność jednak ma zawsze doniosłe znaczenie... ehhh. wyrtwałości, wytrwałości sobie życzę... na teraz. i systematyczności - jak zwykle, ale to już raczej taki mało-śmieszny żart... - na przyszłość :]
aha, dziś odkryłem w sieci kolejnego demotywatora. jak dla mnie - żal, żal, żal. kreatywność i inwencja twórcza człowieka nie zna chyba jednak granic. a biznes jest biznes. poznaj datę swojej śmierci. ta zachęta, czy też propozycja, niech zatem będzie tym quasi-pozytywnym, bo jednak humorystycznym, bądź co bądź, jak dla mnie przynajmniej, akcentem na koniec tej notki.
a to ludzie jednak nie są aż tak prezentywistycznie nastwieni do życia... hueh.
tak absurdalnie głupie że aż śmieszne. znacie to uczucie?
link do strony zaklęty w jednym ze słów tworzących ten akapit notki. wykorzystując "trzecią rękę" wyobraźni, odkryj sam/a które to słowo.
omg. no i z edukacji dostałem cztery i pół. to też żal. półtorej godziny nauki do tego egzamu. i semestr nie chodzenia na wykłady. to już mówi samo za siebie.
chciałbym i nie-chciałbym, żeby jutro miała miejsce podobna sytuacja. tak... bo już wolę poprawkę. to się chyba nazywa honorowe i ambitne podejście do sprawy. prawdziwie honorowe i prawdziwie ambitne. choć może bardziej honorowe aniżeli to drugie. ściąg oczywiście standardowo nie zabieram.
mniej uroczyście, bo bez zbytnich celebracji, niestety, przygotowywałem się do tego egzaminu. nie licząc przygotowań do koła, na naukę do egzaminu poświęciłem półtora dnia. z czego te pół, to właściwie nie pół, tylko półtorej godziny, w autobusie. miejmy nadzieję, że to się na mnie nie zemści. przynajmniej nie aż tak bardzo. ale znowuż, czy te wszystkie rozważania, bądź co bądź, jednak wokół tego samego przedmiotu, nie były przypadkiem aby toczone na co dzień, na uczelni, w trakcie zajęć, przynajmniej być-powinny? wydaje mi się, że tak. i liczę na to, że były. jak również na to, że te wszystkie dotychczasowe dyskusje nie przetoczyły się jedynie po mojej głowie w sposób bezszelestny i nie pozostawiający śladu, lecz że odbiły i odbijać się jutro zwłaszcza, na egzaminie, będą - głośnym i znaczącym echem... bo za wiele to dziś nie powtórzyłem. hueh. ale jak to mawiają, noc długa... jeszcze trochę do świtania pozostało.
a w sumie, może szacowna doktor szy da jakieś proste pytania. i niepotrzebne nasze wszelkie obawy. ot np przyszło mi takie jedno do głowy... na przykład - podaj ulubioną liczbę alain'a tourian'a. no i co, z pozoru trudne, a kto by nie wiedział? ;P takie trochę półotwarte czy półzamknięte można by zrobić, no i sprawdzało by się szybko... ehh, to może ja już pójdę... doczytać coś o ruchach społecznych i innych takich.
w końcu to ostatni egzam. wypadałoby więc zdać, by móc zacząć oblewać. nie odwrotnie. oblać, by ponownie zdawać. kolejność jednak ma zawsze doniosłe znaczenie... ehhh. wyrtwałości, wytrwałości sobie życzę... na teraz. i systematyczności - jak zwykle, ale to już raczej taki mało-śmieszny żart... - na przyszłość :]
aha, dziś odkryłem w sieci kolejnego demotywatora. jak dla mnie - żal, żal, żal. kreatywność i inwencja twórcza człowieka nie zna chyba jednak granic. a biznes jest biznes. poznaj datę swojej śmierci. ta zachęta, czy też propozycja, niech zatem będzie tym quasi-pozytywnym, bo jednak humorystycznym, bądź co bądź, jak dla mnie przynajmniej, akcentem na koniec tej notki.
a to ludzie jednak nie są aż tak prezentywistycznie nastwieni do życia... hueh.
tak absurdalnie głupie że aż śmieszne. znacie to uczucie?
link do strony zaklęty w jednym ze słów tworzących ten akapit notki. wykorzystując "trzecią rękę" wyobraźni, odkryj sam/a które to słowo.
omg. no i z edukacji dostałem cztery i pół. to też żal. półtorej godziny nauki do tego egzamu. i semestr nie chodzenia na wykłady. to już mówi samo za siebie.
chciałbym i nie-chciałbym, żeby jutro miała miejsce podobna sytuacja. tak... bo już wolę poprawkę. to się chyba nazywa honorowe i ambitne podejście do sprawy. prawdziwie honorowe i prawdziwie ambitne. choć może bardziej honorowe aniżeli to drugie. ściąg oczywiście standardowo nie zabieram.
poniedziałek, 29 czerwca 2009
weselicho i nieoczekiwanych zmian c.d.
wszystko się zmienia w zawrotnym tempie. to co dziś niemal pewne jutro staje się dawnymi planami. czy zatem wobec tak zmiennych okoliczności warto cokolwiek i kiedykolwiek planować? myślę, że warto. do wszystkiego jednak podchodzę z ustawicznym już dystansem i powątpiewaniem. stąd może życie mnie już przestało negatywnie zaskakiwać, a czasem nawet i udaje się mu zaskoczyć mnie całkiem pozytywnie. tak jak, po części, dziś. po części jednak tylko, po części.
termin wyprawy stanął pod wielkim znakiem zapytania a uczestnictwo w niej niektórych planowanych dotąd uczestników pod jeszcze większym... lipiec czy sierpień. oto jest pytanie. chciałbym żeby pojechał i wojtas i łukasz. co z tego będzie, czas pokaże.
plany o sponsoringu przez firmę crosso odkładam na daleką przyszłość. hueh. tymczasem, skupiam się na... jak to się zwykło nazywać w kręgach akademickich... a tak, sesji. jest dopiero północ dwadzieścia, mam więc czas.
jutro egzamin. weselicho jednak bez poprawin. a przynajmniej bez naszego, znaczy mojego i izabelki, w nich udziału. są rzeczy ważniejsze. rzeczy których tak się boimy, że chociaż byśmy się ich nie wiem jak bardzo spodziewali, to gdy nas zastają, zaskakują i tak. mam nadzieję, że będzie dobrze. co by nie było. inne poważne rozmowy odkładam więc na później. bo ważne ważniejszemu nie równe.
znalazłem mieszkanie. teraz poszukuję transportu. wyjątkowo, transportu samochodowego. potrzebuję takowy do przeprowadzki, na przyszłą niedzielę bądź tego dnia okolice. czy jest zatem na sali kierowca? najlepiej jeszcze dysponujący autem. zgłoszenia chętnych prosimy kierować na adres itymożeszzrobićdobryuczynekdlazdyba / łamane przez / nielicznajegowdzięczność / wszakbezinteresownapomoctopodstawawdzisiejszymświecie. dziękuję za uwagę. czytał janusz szydłowski.
termin wyprawy stanął pod wielkim znakiem zapytania a uczestnictwo w niej niektórych planowanych dotąd uczestników pod jeszcze większym... lipiec czy sierpień. oto jest pytanie. chciałbym żeby pojechał i wojtas i łukasz. co z tego będzie, czas pokaże.
plany o sponsoringu przez firmę crosso odkładam na daleką przyszłość. hueh. tymczasem, skupiam się na... jak to się zwykło nazywać w kręgach akademickich... a tak, sesji. jest dopiero północ dwadzieścia, mam więc czas.
jutro egzamin. weselicho jednak bez poprawin. a przynajmniej bez naszego, znaczy mojego i izabelki, w nich udziału. są rzeczy ważniejsze. rzeczy których tak się boimy, że chociaż byśmy się ich nie wiem jak bardzo spodziewali, to gdy nas zastają, zaskakują i tak. mam nadzieję, że będzie dobrze. co by nie było. inne poważne rozmowy odkładam więc na później. bo ważne ważniejszemu nie równe.
znalazłem mieszkanie. teraz poszukuję transportu. wyjątkowo, transportu samochodowego. potrzebuję takowy do przeprowadzki, na przyszłą niedzielę bądź tego dnia okolice. czy jest zatem na sali kierowca? najlepiej jeszcze dysponujący autem. zgłoszenia chętnych prosimy kierować na adres itymożeszzrobićdobryuczynekdlazdyba / łamane przez / nielicznajegowdzięczność / wszakbezinteresownapomoctopodstawawdzisiejszymświecie. dziękuję za uwagę. czytał janusz szydłowski.
sobota, 27 czerwca 2009
i hope so ;]
negocjacje milczące
dziwna akcja dzisiaj na wydziale mnie spotkała. pięć minut doktor pe zamarudził nad moim indeksem nim mi wpisał tróję. dziwne milczenie, którego nie przerywałem sądząc, że czas gra na moją korzyść. cóż, pewnie każdemu, nawet najbardziej pewnemu swej oceny prowadzącemu, głupio trochę wpisywać pierwszą tróję w indeks/na kartę, pośród dużo lepszych stopni. bo cóż, fakt, do tej pory szło mi naprawdę nieźle. wynik to pewnie tego, że nie ma w indeksie jeszcze ocen z egzaminów (z których zawsze się gorsze stopnie dostaje, przynajmniej ja tak mam). może jednak też i tego, że zawieszając działalność wspinaczkową, rzeczywiście jakoś dziwnie na wszystko zacząłem mieć więcej czasu i chyba bardziej się zacząłem przykładać do studiów, przygotowań do zajęć, czytaj do czytania (tekstów) właśnież. ale nie o tym chciałem. wkurza mnie to, że prowadzący wchodzą niekiedy w dziwne negocjacje dotyczące oceny. fajnie że konsultują, pytają czy ocena zadowala ale są pewne granice. sprawiedliwa ocena ok, ale nie naciągana. dzisiaj pięć minut (chyba nie przesadzam) stałem w milczeniu nim usłyszałem "no nie, to będzie jednak trzy" i otrzymałem wpis. wkurza mnie ta głupia reprodukcja stypendystów. "a co, stypendium pani/panu przepadnie"? tego typu i inne pytania w ogóle przecież padać nie powinny. bezsensowna wyrozumiałość. nagradzanie a nie bezsensowna reprodukcja. ocena to ocena. winna być obiektywna. a stypendium nagrodą być powinno. a nie że w wyniku litości, łaski, czy czego tam jeszcze... nie umiem się prosić, a przynajmniej nie chcę - o coś, na co zapracować powinienem całym semestrem. co durna prośba może zmienić? nie powinna nic. nie tutaj. dlatego nie zatańczyłem, nie zaśpiewałem, po prostu stałem w milczeniu pięć minut, uśmiechawszy się raz po raz. bo co mam być też śmiertelnie poważny, kiedy sytuacja naprawdę zakrawa o groteskę? wziąłem indeks w kieszeń i wyszedłem dumny, że ja nie z tych, co o stypę walczą, co się dla stopni uczą/płaszczą/na rzęsach i kolanach stają, byleby tylko. status quo zatem powinien zostać utrzymany. i dobrze.
piątek, 26 czerwca 2009
wrocławiaNIN w CIĄGU dalszym
żeby się nie powtarzać, ale też coś jeszcze szrajbnąć na ten temat, to powiem * napiszę krótko. koncercik rewelacja. spontan ogromny, ale w sumie wszystko zagrało, jak trzeba. w sumie założenie, trent rozdaje płyty za darmo, to chociaż pójdę i mu zapłacę za koncert, zupełnie niepotrzebne się okazało. bo po koncercie mam ochotę go jeszcze bardziej dosponsorować, czytaj zakupić płytę. a na następny koncert, jeśli jednak takowy się jeszcze nadarzy, pójde mimo to - a może raczej: tym bardziej. także tego.
[;
w końcu znalazłem mieszkanie. nie wiem tylko jeszcze na jak długo, ale miejmy nadzieję, że na dłużej niż to gwarantowane. w każdym razie, zmuszonym będąc, ale też i ciekawością zmian i nowych doświadczeń powodowany, wyprowadzam się z trzebni. a zmieniam klimaty... znów na całkiem niemalże inne. tym razem, w dodatku, jeśli chodzi o kwestie geolokalizacyjne również. więcej o tym potem może. wielkie jednak uff. od razu człowiek spokojniejszy, gdy ma pewność, że będzie miał gdzie się w lipcu wynieść. no i koniec wreszcie tego żmudnego i jednak kosztownego szukania. bo na telefon to też już ładny ja majątek straciłem.
eiger i piękne krawądkowe wyjścia. mimo iż to tylko panel, to i ciąg i piękny kawał wspinu. się postarali. naprawdę jest co robić teraz na eigerze. wracam w deszczu, burzy, na domiar złego bez świateł i bez
muzy. mimo to, żem usatysfakcjonowany.
a w weekend weselicho. solidne weselicho, bo z poprawinami. rety, ciężko będzie. i bynajmniej nie kaca mam na myśli, choć to może i po części też. ale egzamin z wtsu, ktory już przecież tak blisko, tak niebawem. jutro masa i slajdowisko w wkw, nie wiem co wybiorę. i czy cokolwiek. tak niewiele czasu. a wyprawa... ona też, tuż tuż...
[;
w końcu znalazłem mieszkanie. nie wiem tylko jeszcze na jak długo, ale miejmy nadzieję, że na dłużej niż to gwarantowane. w każdym razie, zmuszonym będąc, ale też i ciekawością zmian i nowych doświadczeń powodowany, wyprowadzam się z trzebni. a zmieniam klimaty... znów na całkiem niemalże inne. tym razem, w dodatku, jeśli chodzi o kwestie geolokalizacyjne również. więcej o tym potem może. wielkie jednak uff. od razu człowiek spokojniejszy, gdy ma pewność, że będzie miał gdzie się w lipcu wynieść. no i koniec wreszcie tego żmudnego i jednak kosztownego szukania. bo na telefon to też już ładny ja majątek straciłem.
eiger i piękne krawądkowe wyjścia. mimo iż to tylko panel, to i ciąg i piękny kawał wspinu. się postarali. naprawdę jest co robić teraz na eigerze. wracam w deszczu, burzy, na domiar złego bez świateł i bez
muzy. mimo to, żem usatysfakcjonowany.
a w weekend weselicho. solidne weselicho, bo z poprawinami. rety, ciężko będzie. i bynajmniej nie kaca mam na myśli, choć to może i po części też. ale egzamin z wtsu, ktory już przecież tak blisko, tak niebawem. jutro masa i slajdowisko w wkw, nie wiem co wybiorę. i czy cokolwiek. tak niewiele czasu. a wyprawa... ona też, tuż tuż...
czwartek, 25 czerwca 2009
yeaahhh! :]
wybornie
warto było. zagrali wszystko to, co 'powinni' i jeszcze więcej. dla mnie rewelacja. soczyste brzmienia, non-stop właściwie muzyka, kontakt z publiką-też ok. byłoby jeszcze świetne szoł, gdyby organizatorzy się trochę nie wyłożyli. bo i na nagłośnienie można by (trzeba by?) jeszcze ponarzekać i na telebimy i aranżację przestrzeni, względy akustyczne, czy przynajmniej te wizualne właśnie, których brakło. ale po co. i tak było wybornie. NIN pierwszy raz w Polsce i to w wielkim stylu. chociaż echoplex, "the remix", zapamiętam chyba na długo ;D
ten ostatni obraz może niezbyt dobra jakość, ale w końcu dźwięk, nie obraz tak się tu liczy. dobra, dźwięk też kaszana, ale. liczy się klimat i chęci... reżysersko-realizatorskie. zresztą, przekaz bardziej w treści niż w formie, tu akurat.
wtorek, 23 czerwca 2009
dwa egzamy... i dwie zmiany...
nieoczekiwane zmiany planów dwie... pierwsza. całkiem poważna i niespodziewana zmiana terminu wyprawy rowerowej. pojedziemy w lipcu. druga. jadę jednak na koncert nin...
poza tym, odebrałem wreszcie swoje słuchawki z naprawy, dokupiłem uszkodzony kabelek... tym samym, udźwiękawiam się ponownie, jak należy. bez słuchawek dwa miechy, bez głośników z miesiąc. dziwnie wszystko się splata i zaczyna tętnić... muzyką...
dokładny termin wyprawy, jeśli zostanie tak, jak na to wszystko wskazuje, że ma pozostać, to 18 lipca-wyjazd. powrót... kto wie. prawdopodobnie coś koło 2-go.
a jednak NIN. i to całkiem niebawem... wypłatę odbiorę jeszcze dziś albo jutro. w każdym razie, jadę. grunt to podjąć decyzję pozbawioną niezdecydowania!
poza tym, odebrałem wreszcie swoje słuchawki z naprawy, dokupiłem uszkodzony kabelek... tym samym, udźwiękawiam się ponownie, jak należy. bez słuchawek dwa miechy, bez głośników z miesiąc. dziwnie wszystko się splata i zaczyna tętnić... muzyką...
dokładny termin wyprawy, jeśli zostanie tak, jak na to wszystko wskazuje, że ma pozostać, to 18 lipca-wyjazd. powrót... kto wie. prawdopodobnie coś koło 2-go.
a jednak NIN. i to całkiem niebawem... wypłatę odbiorę jeszcze dziś albo jutro. w każdym razie, jadę. grunt to podjąć decyzję pozbawioną niezdecydowania!
piątek, 19 czerwca 2009
fotorelacyji ciąg dalszy
obietnicy własnej i sobie danej - dotrzymuję. uff. to chociaż w tym względzie mogę powiedzieć, mam czyste sumienie... fotorelacyji z pamiętnego święta wrocławskiego rowerzysty ciąg dalszy.
;)
;)
całkiem efektowny kicz...
tak krótko podsumowała pokaz wrocławskiej fontanny multimedialnej jedna moja znajoma. ja bym jednak powiedział więcej. i po socjologicznemu. bardzo efektowny przekaz multimedialny wykorzystujący multisensoryczność odbiorcy. czasem przybierający formę wręcz natarczywego, skomasowanego ataku, innym razem bawiącego pojedynczymi, drobnymi wrażeniami rozczulającymi w ten sposób człowieka i zmysł jego wszelki.
w sumie, jednym podobać będzie się jedno, innym drugie. stąd, akurat celowo ułożony repertuar, zakładający różnorodność odbiorców i ich oczekiwań, sprawia że każdemu może się coś w pokazie nie spodobać, każdemu jednak też coś z pewnością spodobać się spodoba.
ogólnie. ciekawa rozrywka, angażująca na raz kilka zmysłów, można się też raz i dwa nawet zachwycić, reagując spontanicznym och tudzież ach. więc generalnie, polecam!
/ps/ dziś wchodzi też nowy repertuar. pokaz, standardowo już chyba, o 22. zamierzam się wybrać.
aa, i żeby nie było. też pozwolę sobie przyspamować, przy tej okazji, wszak ostatnio 'debiutowałem' na jutubie. i właśnie przy tej okazji. a zatem: link pierwszy i link drugi.
czwartek, 18 czerwca 2009
jupijajej joł madafaka
teraz to już prawdziwy ze mnie kozak. nie dość, że na szosie nie będę miał już sobie równych, bo to pewne, jeszcze jak!, he heee... to jeszcze w dodatku, zakozaczyłem w inny sposób. około godziny 18 tej odebrałem paczkę. buty dmt rock + pedały spd pd-m520. tak jak sobie upatrzyłem i wymarzyłem. nic że jutro piszę koło z wtsu, nic że jestem dopiero na blumerze, a touraine, bourdieu i garfinkel jeszcze przede mną, to wszystko to nic. jest godzina 21.30 a ja dopiero skończyłem instalację i regulację bloków, montaż/demontaż pedałów. wts leży. a ja, nadal jaram się jak dziecko. i powstrzymuje żeby zaraz nie zrobić rundki dookoła wrocławia/dzielni/kamienicy przynajmniej. zobaczymy czy my się to powstrzymywanie uda. może jednak to wts silniej o sobie przypomni. swoją drogą, klucz 15tkę musze wyje...wymienić. koooooniecznie(!). zapamiętaj, rafale, nim znów zaczniesz rzucać kurwami. tak, tak, ja też czasem lubię sobie poprzeklinać. z tej okazji, wrzucę może też parę fot, z rowerem w kompozycji. albo nie. bo znów zejdzie kolejne pół, kolejna cała h... a zegar tyka. zrobię to jutro, obiecuję. no dobra, najpóźniej pojutrze.
:]
:]
środa, 17 czerwca 2009
fotorelacja
dla mniej cierpliwych odbiorców moich przekazów, trochę obrazków. fotorelacja z Wrocławskiego Święta Rowerzysty. być może kogoś zainteresuje. pełniejsza relacja tu: rowery.eko.org.pl
najbardziej miarodajny wskaźnik...
wtorek, 16 czerwca 2009
wkręty wykręty, dylemaciska
kiedyś na fotologu zamieszczałem posty, które miały służyć głównie/jedynie podtrzymaniu floga przy życiu (uniknięciu skasowania go przez szeroko-czyli:nie-bardzo rozumiane przeze mnie struktury administracyjne zarządzające miejscem na swoich serwerach). tu mi chyba utrata konta nie grozi. a nawet jeśli... to nie chciałbym pisać >tylko dlatego<. choć żal by też było, gdyby to wszystko zniknęło nagle, sobie, ot tak. jako że historii wymazywać, uważam, nigdy się nie powinno, ani też wpływać na jej kształt, ubarwiać, przejaskrawiać, przemilczać czy jakkolwiek zamazywać. jaka by ona nie była. śmieszna, głupia, dziecinna, zła, naiwna, bezsensowna, czy durna wręcz. to po prostu nasz życiorys. niepowtarzalny, cenny, znaczący. tak istotne przecież Wczoraj dla naszego, może bardziej aktualnego, Dziś.
a jakie jest moje aktualne dziś? pogmatwane, zabiegane, zróżnicowane i humorystyczne, jak zawsze. sesja zbliża się wielkimi krokami. zaliczenia powoli do przodu. z seminarką tylko trochę dymu. podsumowanie i dobry komentarz dla tych trzech lat studiów? chyba tak, sfital, chyba masz rację. prawdopodobnie bardzo błyskotliwa i słuszna uwaga. ja nie tracę jednak dobrego samopoczucia. dobrze? źle? raczej dobrze. z tymże nie na pewno. są inne, ważniejsze... w życiu, żyyyciu... itakdalej. ale czy na pewno.
ostatnio sobie też myślę... że przydałby mi się odwyk. naprawdę... tak mi się wydaje. odwyk od wspinania już miałem. to kontuzja, która mnie zablokowała na dwa okrągłe miechy i ból w palcu, całe szczęście-być może, do dziś zresztą, wyraźnie odczuwalny, który powstrzymywał przed powrotem do regularnych treningów. teraz przydałby się pewnie odwyk od roweru. bo za wiele tego już chyba, momentami.
fakt, realizuje marzenia, planuję robić to, co lubię robić najbardziej, no i robię w końcu to, robię... to wszystko, owszem, brzmi zacnie. ale gdy się miewa wątpliwości co do wagi priorytetów, jakie w życiu się obiera, to nie jest za fajnie. a u mnie wciąż na szalach ważą się: rower, wspinaczka, socjologia. a kolejność, z jaką rzeczy te wymieniam tu, akurat nie całkiem przypadkowa, bo chronologiczna (jakoś trzeba sobie rzeczywistość otaczającą porządkować;)), nic jednak poza tym. wciąż przeżywam olbrzymie dylematy. na rower czy w skały. do ksera czy do topo. na zajęcia czy w sokoły. pociągiem czy rowerem. no dobra, z tym ostatnim to już trochę żart. ale też nie do końca. stąd, tym łatwiejsza wszelka post-racjonalizacja... bo 'przecież są inne ważniejsze rzeczy w życiu'... mogę je traktować zamiennie i nie odczuwać żadnego specjalnie silnego żalu, gdy jedno nie wypali - za bardzo, do końca, czy w ogóle. ehh. coś jak rotacyjny system rekompensacyjny. ale może to co innego... może to właśnie to, co nazywamy szerokim spojrzeniem na sprawę/sprawy wszelakie. i dystans, jakiego nabieramy z czasem, gdy przestajemy się chorobliwie skupiać na jednej tylko rzeczy. eh. ciężko orzec.
enyłej, aktualnie nie mogę się doczekać na dmt-y rock-i, jakie w paczce powinny już chyba do mnie zmierzać. jak i pięknej chwili, kiedy dostanę wreszcie wypłatę i pognam do rowerowego bo swoje wymarzone już schwalbe marathon-y cross-y. hueheheh. taak... przydługa rozkminka zaowocowała w końcu konkretnymi decyzjami. chociaż może nie tyle nawet przydługa tym razem, co w mało odpowiednim momencie pojawiająca się. ale co poradzić. tak to właśnie u mnie - bywa.
a wyprawa na Krym coraz bliżej. koncepcja uległa jednak znacząco zmianie, bo nie wiem czy wspominałem. nie ujrzę Mołdawii, nie zjadę wzdłuż i wszerz Ukrainy, jednak. ale za to krym. krym krym krym. cel główny, w składzie - jak się z ostatnich więcborskich njusów okazuje - aż pięcioosobowym, naszej rowerowej ekipy. ekipy flyingbikers, której reakrtywacja już niebawem.
o skałach natomiast to ja się może nie wypowiem. tylko tyle, że żal. nie tak sobie wyobrażałem ten sezon. jest czerwiec a ja tymczasem... achh. żal, żal, żal. i więcej nic nawet nie napiszę.
a jakie jest moje aktualne dziś? pogmatwane, zabiegane, zróżnicowane i humorystyczne, jak zawsze. sesja zbliża się wielkimi krokami. zaliczenia powoli do przodu. z seminarką tylko trochę dymu. podsumowanie i dobry komentarz dla tych trzech lat studiów? chyba tak, sfital, chyba masz rację. prawdopodobnie bardzo błyskotliwa i słuszna uwaga. ja nie tracę jednak dobrego samopoczucia. dobrze? źle? raczej dobrze. z tymże nie na pewno. są inne, ważniejsze... w życiu, żyyyciu... itakdalej. ale czy na pewno.
ostatnio sobie też myślę... że przydałby mi się odwyk. naprawdę... tak mi się wydaje. odwyk od wspinania już miałem. to kontuzja, która mnie zablokowała na dwa okrągłe miechy i ból w palcu, całe szczęście-być może, do dziś zresztą, wyraźnie odczuwalny, który powstrzymywał przed powrotem do regularnych treningów. teraz przydałby się pewnie odwyk od roweru. bo za wiele tego już chyba, momentami.
fakt, realizuje marzenia, planuję robić to, co lubię robić najbardziej, no i robię w końcu to, robię... to wszystko, owszem, brzmi zacnie. ale gdy się miewa wątpliwości co do wagi priorytetów, jakie w życiu się obiera, to nie jest za fajnie. a u mnie wciąż na szalach ważą się: rower, wspinaczka, socjologia. a kolejność, z jaką rzeczy te wymieniam tu, akurat nie całkiem przypadkowa, bo chronologiczna (jakoś trzeba sobie rzeczywistość otaczającą porządkować;)), nic jednak poza tym. wciąż przeżywam olbrzymie dylematy. na rower czy w skały. do ksera czy do topo. na zajęcia czy w sokoły. pociągiem czy rowerem. no dobra, z tym ostatnim to już trochę żart. ale też nie do końca. stąd, tym łatwiejsza wszelka post-racjonalizacja... bo 'przecież są inne ważniejsze rzeczy w życiu'... mogę je traktować zamiennie i nie odczuwać żadnego specjalnie silnego żalu, gdy jedno nie wypali - za bardzo, do końca, czy w ogóle. ehh. coś jak rotacyjny system rekompensacyjny. ale może to co innego... może to właśnie to, co nazywamy szerokim spojrzeniem na sprawę/sprawy wszelakie. i dystans, jakiego nabieramy z czasem, gdy przestajemy się chorobliwie skupiać na jednej tylko rzeczy. eh. ciężko orzec.
enyłej, aktualnie nie mogę się doczekać na dmt-y rock-i, jakie w paczce powinny już chyba do mnie zmierzać. jak i pięknej chwili, kiedy dostanę wreszcie wypłatę i pognam do rowerowego bo swoje wymarzone już schwalbe marathon-y cross-y. hueheheh. taak... przydługa rozkminka zaowocowała w końcu konkretnymi decyzjami. chociaż może nie tyle nawet przydługa tym razem, co w mało odpowiednim momencie pojawiająca się. ale co poradzić. tak to właśnie u mnie - bywa.
a wyprawa na Krym coraz bliżej. koncepcja uległa jednak znacząco zmianie, bo nie wiem czy wspominałem. nie ujrzę Mołdawii, nie zjadę wzdłuż i wszerz Ukrainy, jednak. ale za to krym. krym krym krym. cel główny, w składzie - jak się z ostatnich więcborskich njusów okazuje - aż pięcioosobowym, naszej rowerowej ekipy. ekipy flyingbikers, której reakrtywacja już niebawem.
o skałach natomiast to ja się może nie wypowiem. tylko tyle, że żal. nie tak sobie wyobrażałem ten sezon. jest czerwiec a ja tymczasem... achh. żal, żal, żal. i więcej nic nawet nie napiszę.
piątek, 29 maja 2009
de/motywator

demotywatorów wiele. oto jeden z nich, mój własny. na którego nieszczęśliwie niedawno natrafiłem.
demotywatory.pl - tę stronkę w każdym razie również polecam.
ale też i motywatorów miałem ostatnio paru. dobre słowo daje czasem większego kopa niż amfa. i broniłbym tej tezy, zapierając się rękami i nogami nawet, gdybym jeszcze tylko doświadczył tego drugiego choć raz. tego drugiego, które akurat świństwem jest, więc może niekoniecznie bym chciał. ale. naprawdę daje kopa. dzięki ci, izzuś kochana. dzięki Wam, wszystkim. nawet jeśli na pochwał tyle żem sobie był nie zasłużył, to jednak motywująco jest dla mnie usłyszeć takie dobre słowo. tak niewiele się go dziś słyszy. i nie chodzi mi wcale o to, by iść przez życie słodząc sobie i dziubkując, przetaczając się przez nie jak w bańce mydlanej, która kiedyś i tak pryśnie i zrobi nam wtedy to bolesna "ała", bo to nie życiowe, naiwne, po prostu głupie. ale czasem, rzeczywiście, dobrze jest usłyszeć "wszystko będzie dobrze", albo "dobrze ci idzie, rób tak dalej, pracuj, pracuj..." ... a powinno ci zacząć dobrze wychodzić - a to już w domyśle. bo różnica w zdaniu "dobrze ci idzie, rób tak dalej, powodzenia, postarasz się i będzie naprawdę dobrze..." a takim: "dobrze ci idzie, świetnie ci idzie, wprost genialnie, emejzing i w ogóle" jakaś jest. nie można nigdy przesładzać. jak i pewnie być skrajnym realistą... którym ja tak często jestem.
ostatnio też zdarzyło mi się usłyszeć, coś co ugasiło mój niepoprawny optymizm. raz też kiedyś pamiętam - fakt, raz tylko jak dotąt mi się to zdarzyło, ale jednak - zdarzyło mi się, że swoim realizmem, życiowym zdawać by się mogło, bo w każdym razie, racjonalnym podejściem do wspomnianego życia, gasiłem skutecznie czyjś optymizm, baa, starałem się wręcz zabić wszelką nadzieję... a potem jednak zdarzyło się inaczej. nadzieja stała się faktem. ale czy to nie wyjątek tylko potwierdzający regułę? pytanie co tak naprawdę jest ŻYCIOWYM podejściem. skrajny racjonalizm. czy skrajny, a przez to - nierzadko, niepoprawny optymizm. oto jest pytanie.
w każdym razie, wracając, co żem zaczął, a by zakończyć wywód swój, ostatnio ktoś drastycznie podgasił mój niepoprawny-być może optymizm. nie było to miłe. powiem więcej, było to bardzo przykre odczucie. i chyba po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z tego, jak niektóre osoby muszą się czuć w mojej obecności niekiedy. za te i inne przykrości zatem, wszystkich Was bardzo serdecznie - przepraszam. ;-)
a wracając do dziennikowych powinności... czwartek. pierwszy dzień poszukiwań nowego lokum. bo chyba mogę już oficjalnie uznać to dzikie polowanie za rozpoczęte. wuteesowo śmiechowo i giddensowska intencjonalność hajty, peeełen więc standard. abstracji niewypowiedzianych i dowcipu nieskończoność - tego wszystkiego, jak można już przyszpuszczać, bez liku. ksera niestety jednak nie przeczytałem, a wiec i w tym przypadku tradycji stała się zadość. stwierdzam też: dobrze dobrze zacząć. jak się zacznie dobrze, większa presja by trwać i prawdopodobieństwo by dobrze skończyć. a jak się od początku zaczyna źle... to i kończy się źle. i źle nam bardzo jest, gdy z tradycją usiłujemy zerwać jeszcze w trakcie.
piątek. uganiam się rowerem to tu, to tam. fotograficznie, ściankowo. moknę parokrotnie. ale decyzji o jeździe rowerem w deszczu nie żałuję. tak jak, gdy zawsze żałowałem, gdy trwożyłem i przesiadałem się na mpk, chcąc uniknąć deszczu i... fanatyzmu. na masę jednak, raz kolejny, nie pojechałem. krytycznie może będzie więc za miesiąc. tymczasem pentor się odezwał. umowę jechać cza podpisać. no i bro. prawie-siostrzane bro.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



