w wielki piątek poszczę. dwoma obiadami i jednym śniadaniem. a przecież raz do syta się zaleca. grzesznik ze mnie.
poza tym, wątpienia oczywiście ciąg dalszy. z tą różnicą, że chwilami zaczynam już wątpić w to, że wątpię. więc chyba powoli wychodzę ze swojego kryzysu... oby. tak sobie to przynajmniej będę to tłumaczył. wszak stany pośrednie nigdy niewskazane... podobno.
decyzje na ostatnią chwilę podejmowane to jednak moja specjalność. aż dziw że zdążyłem wsiąść do tego pociągu. obserwuję wszystko w nowej, jednak na obserwacjach się kończy. poza tym, że sobie popiskałem w zacnym towarzystwie, niewiele pożytku ponadto.
obserwacje też niczym nie zaskakują. oczywiście poza strukturą demograficzną, która znacząco różna od starej, pod wieloma względami. lecz i to w zasadzie w ogóle nie zaskakujące.
zastanawiam się tylko, kto większy gbur. ja czy chór.
a naprawdę się starałem...
sceną rodem z syna marnotrawnego powracam. powracam, bo przecież jeszcze nie powróciłem. powrót to nie jednorazowa czynność. to proces, ciąg zdarzeń, okoliczności, przede wszystkim zaś próba czasu.
a dziś, już za chwilę, udam się do starej. będę nasłuchiwał pytania "o co mnie pytasz". mam nadzieję, że rozpoznam melodię, gdy już pieśń zabrzmi. a gdy już rozpoznam, dam odpowiedź, mam nadzieję.
romantycznie mimochodem. i sekretnie zarazem. ramie w ramię zaczynamy niebezpiecznie kroczyć. nawet z tym przeszkadzającym. oho. i w tym momencie, zaczynam się bać. a ty nie? nie odpowiadaj. idźmy dalej, póki co, idźmy dalej, bez obaw.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Nie odpowiadam
OdpowiedzUsuń