piątek, 29 maja 2009

de/motywator


demotywatorów wiele. oto jeden z nich, mój własny. na którego nieszczęśliwie niedawno natrafiłem.
demotywatory.pl - tę stronkę w każdym razie również polecam.
ale też i motywatorów miałem ostatnio paru. dobre słowo daje czasem większego kopa niż amfa. i broniłbym tej tezy, zapierając się rękami i nogami nawet, gdybym jeszcze tylko doświadczył tego drugiego choć raz. tego drugiego, które akurat świństwem jest, więc może niekoniecznie bym chciał. ale. naprawdę daje kopa. dzięki ci, izzuś kochana. dzięki Wam, wszystkim. nawet jeśli na pochwał tyle żem sobie był nie zasłużył, to jednak motywująco jest dla mnie usłyszeć takie dobre słowo. tak niewiele się go dziś słyszy. i nie chodzi mi wcale o to, by iść przez życie słodząc sobie i dziubkując, przetaczając się przez nie jak w bańce mydlanej, która kiedyś i tak pryśnie i zrobi nam wtedy to bolesna "ała", bo to nie życiowe, naiwne, po prostu głupie. ale czasem, rzeczywiście, dobrze jest usłyszeć "wszystko będzie dobrze", albo "dobrze ci idzie, rób tak dalej, pracuj, pracuj..." ... a powinno ci zacząć dobrze wychodzić - a to już w domyśle. bo różnica w zdaniu "dobrze ci idzie, rób tak dalej, powodzenia, postarasz się i będzie naprawdę dobrze..." a takim: "dobrze ci idzie, świetnie ci idzie, wprost genialnie, emejzing i w ogóle" jakaś jest. nie można nigdy przesładzać. jak i pewnie być skrajnym realistą... którym ja tak często jestem.
ostatnio też zdarzyło mi się usłyszeć, coś co ugasiło mój niepoprawny optymizm. raz też kiedyś pamiętam - fakt, raz tylko jak dotąt mi się to zdarzyło, ale jednak - zdarzyło mi się, że swoim realizmem, życiowym zdawać by się mogło, bo w każdym razie, racjonalnym podejściem do wspomnianego życia, gasiłem skutecznie czyjś optymizm, baa, starałem się wręcz zabić wszelką nadzieję... a potem jednak zdarzyło się inaczej. nadzieja stała się faktem. ale czy to nie wyjątek tylko potwierdzający regułę? pytanie co tak naprawdę jest ŻYCIOWYM podejściem. skrajny racjonalizm. czy skrajny, a przez to - nierzadko, niepoprawny optymizm. oto jest pytanie.
w każdym razie, wracając, co żem zaczął, a by zakończyć wywód swój, ostatnio ktoś drastycznie podgasił mój niepoprawny-być może optymizm. nie było to miłe. powiem więcej, było to bardzo przykre odczucie. i chyba po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z tego, jak niektóre osoby muszą się czuć w mojej obecności niekiedy. za te i inne przykrości zatem, wszystkich Was bardzo serdecznie - przepraszam. ;-)

a wracając do dziennikowych powinności... czwartek. pierwszy dzień poszukiwań nowego lokum. bo chyba mogę już oficjalnie uznać to dzikie polowanie za rozpoczęte. wuteesowo śmiechowo i giddensowska intencjonalność hajty, peeełen więc standard. abstracji niewypowiedzianych i dowcipu nieskończoność - tego wszystkiego, jak można już przyszpuszczać, bez liku. ksera niestety jednak nie przeczytałem, a wiec i w tym przypadku tradycji stała się zadość. stwierdzam też: dobrze dobrze zacząć. jak się zacznie dobrze, większa presja by trwać i prawdopodobieństwo by dobrze skończyć. a jak się od początku zaczyna źle... to i kończy się źle. i źle nam bardzo jest, gdy z tradycją usiłujemy zerwać jeszcze w trakcie.
piątek. uganiam się rowerem to tu, to tam. fotograficznie, ściankowo. moknę parokrotnie. ale decyzji o jeździe rowerem w deszczu nie żałuję. tak jak, gdy zawsze żałowałem, gdy trwożyłem i przesiadałem się na mpk, chcąc uniknąć deszczu i... fanatyzmu. na masę jednak, raz kolejny, nie pojechałem. krytycznie może będzie więc za miesiąc. tymczasem pentor się odezwał. umowę jechać cza podpisać. no i bro. prawie-siostrzane bro.

czwartek, 28 maja 2009

prawie jak siostra

do wyjazdu w skały jednak nie doszło, ale kłopotliwych pytań i tak nie da się i nawet nie powinno chyba unikać. stąd, całkiem świadomie i sukcesywnie zresztą, kolejnymi pytaniami, przemieniam kłopot w wiedzę. hę. bo właśnie. zawsze pozostaje kwestia dojrzałości do odpowiedzi. ale skoro pytania owe zadaję, znak to już chyba, że odpowiedzi jestem gotów otrzymać. hę. i może nie samo zadawanie pytań jest już znakiem tego, żem gotowy był, ale tego, co z tymi odpowiedziami robię. a nie robię nic. pozwalam nadal życiu płynąć swoim naturalnym tempem. nie ingeruję w nic, po prostu żyję ze świadomością tego czy tamtego. nie dziwi mnie już nic. to powtórzę i tu. a zatem, wiedza taka czy owaka, nie jest dla mnie kłopotliwa, czy tym bardziej szokująca. pytanie tylko czy dla innych nie będzie. stąd rozgłaszać wszystkich podobnych informacji już teraz, tu i teraz, czy gdzieżkolwiek indziej, może lepiej nie będę. i w myśl tego, te na razie zachowam tylko dla siebie. lecz gdy pojawią się osoby pytające, odpowiem. mając tylko nadzieję, że i oni będą do tego gotowi.

eigerowa wymiana uśmiechów. pierwsza zrobiona piętnastometrowa dróżka, która zadowala i bardzo mnie się podoba. intruktorzę ponownie, w poszerzonym gronie tym razem. wracam do ole wieczorem. dwie na trzy nie świecą. czyli nie ma to jak plastikowy szajs ze sprzedaży wysyłkowej. ale następnego dnia udaje mi się wadliwe urządzenie naprawić, montaż, pełna instalacja, wszysto gra. niespodzianka się udaje. niedzielą powrót rodzicielki, wrażeń zza odry kilka. no i nie ma to jak nowe doświadczenie. refleksji na temat wiekowości też parę. w poniedzielnik powrót do wro, miało być z rana i ze ścianą. udaje się tylko pojechać nową trasą, przez jenkowice. i zacna to trasa i godna powtórzenia, niejednego. a o 2 km tylko dłuższa. rower to jest to. na uczelni dowiaduję się o wynikach dwóch kolokwiów. no i jedno do przodu drugie do tyłu. to co do tyłu chętnie o wiele bardziej jednak zaliczę raz wtóry. niebawem, nadzieję i zamiar mam zresztą taki. wieczorem wreszcie udaje się spotkać z kasiullą. po roku chyba nie widzenia. nie zmienia się jednak za zbytnio. wieści o pawełku i knajpie dla vipów. kolorowo, słodowo i tak trochę kartochowo, więc jak zwykle, na koniec dnia jednak dość niezwykle, bo kilo śląskiej od przypadkowo napotkanego przechodnia, którego imienia tu jednak wymawiać chcieć nie chcę. reguła wzajemności uogólnionej, mimo wszystko, w tym przypadku jednak nie zadziała. także tego, przykro mi, panie sahlins. wyjechany powracam a śpię od drugiej. potem wtorek, konferencji to czas, nic jednak nie zaskakuje, już nawet nie organizacja i jej standardowy już brak. wieczorno-nocne z prawie-siostrą gadanie, 'wstrętne gadanie', do szóstej przegadanie, lecz w zgodzie z układem, szczere i zacne więc jednakże. środowe spanie, meczu oglądanie i niestety z powodu okropnej parówki spore rozczarowanie. zaniedbuje ludzi? taka padła hipoteza. do jej sprawdzenia potrzebne jednak poczekanie. na dniach się okaże.

sobota, 23 maja 2009

informacje-rewelacje

codziennie usuwam masę spamu ze swojej poczty. mniejsza o to, że spam to częściowo i zasługą moją własną i rozlicznych subskrypcji jest. ale już teraz się boję, co to będzie, jak gdzieś na dłużej wyjadę. gdzieś, gdzie nie będę miał dostępu do internetu przez dłuższy czas. po powrocie to swojej skrzynki mailowej chyba nie odkopie spod tej sterty niepotrzebnych mi zupełnie do szczęścia informacji. a całe szczęście jeszcze, mam tylko niespełna trzystu znajomych na naszej klasie. co to by było, gdybym miał tysiąc pięćset czy nawet sto i dziewięćset. bez wątpienia musiałbym już zrezygnować z niezapominajki. ach, jakiż ten świat przepełniony jest informacjami...

dzisiaj jednak dane mi było się zapoznać z prawdziwie rewelacyjnymi jak dla mnie informacjami. iście rewelacyjnymi, bo na skalę nawet mojego jakże krótkiego, skądinąd też i długiego, życia informacjami niepowtarzalnymi i niezwykle znaczącymi. w mojej głowie jednak pozostaje nadal myśl, czy aby na pewno i te informacje są/były mi do szczęście rzeczywiście potrzebne. oraz jakie konsekwencje pociągnąć mogą za sobą, a które to wyniknąć mogą z faktu, że teraz już wiem. trudnych rozmów nie unikam, to już pisałem. dziś jednak taka trudna rozmowa została przeprowadzona wyraźnie na moje własne życzenie. i co akurat miłe, żadna ze stron, żaden z rozmówców, nie wyszedł z tej rozmowy nieusatysfakcjonowany. z mojej strony została zaspokojona ciekawość. z drugiej strony, 'mimo wszystko, cieszy fakt, że została ona przeprowadzona'. co będzie dalej? czas pokaże. optymizm jednak wyraźnie zalśnił już dziś. a ja chcę wierzyć w to wszystko, że prawdą jest.

na razie pociskam ze szpilek five tena i jest mi z tym dobrze. czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają. nie ma więc co stać w miejscu, a co gorsza, utrzymywać postawę nieruchomą, niewygodną i krępującą, tylko z powodu ciągłego zapatrywania się w przeszłość. całe szczeście nikt już tak chyba nie robi. bo to mądrzy ludzie. w to chcę przynajmniej wierzyć. i sam starać się być mądrym. żeby tylko nie ulec pozorom. ale może od teraz wszystko się zmieni i niepotrzebna będzie już gra, niepotrzebne będą przypuszczenia i niepewności. wiem więcej.

wtorek, 19 maja 2009

oswajam nienormalności

się działo od zeszłej notki. ale chyba spasuję, bo nie nadrobię już tego. ogólnie to się pracowało, się kursowało wro-ole, ole-wro, się po muzeach grasowało. i nawet - się wspinało. po dwumiesięcznej przerwie wielki return. niezwykle to miłe uczucie dla mnie, naprawdę, wierzcie mi lub nie. ja sam zresztą, nie spodziewałem się że aż tak miłe i tak niezmiennie satysfakcjonujące ono będzie. wspinanie naturalnie, wspinanie.

w pracy jak to w pracy. motywacja dobra, więc dobrze się pracowało. a dobra, bo wiadomo. wszak nie od dziś, że najlepszą motywacją jest po prostu brak alternatyw. ogólnie jednak pro. i z dnia na dzień nawet coraz lepiej, kwestia wprawy chyba.
w ciemnej, czarnej, czy nawet murzyńskiej za to z projektem i vogle ze wszystkim. ale to nic. dam radę. kwestie priorytetów jednak nadal w sferze dylematów u mnie.
przekonałem się też do kremów do rąk. a myślałem, że nie nastąpi to nigdy. hahah.

poza tym nadal instruktorzę i rozpracowuję. a wszystko to bardzo... dziwne? nawet nie dziwne. choć fakt też, że nie-normalne. bo skoro nikogo to nie dziwi. przynajmniej mnie nie. a inni, nawet jeśli tylko sprawiają wrażenie, że ich nie, to pozoranci w takim razie i interesanci. i to im głupio być będzie, jest czy powinno. w to jednak nie wnikam. mam nadzieję tylko, że nie będę tego żałował. bo działam akurat wyłącznie intuicyjnie w tym przypadku.

sobota, 16 maja 2009

sarkastycznie i życiowo

krótki post, szybkie riwju. dzień niemal bez wychodzenia z uprzęży. rozmowy na wysokości zadania. zapoznaję się lepiej z enigmą. bo tak odtąd będę ją zwał i pomału rozpracowywał, jak przypuszczam. obiadek u kriszny poprawiony knyszohamburgierem. w końcu trzeba próbować rzeczy nowych. 110 metrów kywy. no i kurwe draga, ta nasza robota. goi się dobrze. moje układa dobrze się chyba też. i tylko to buractwo co się wszędzie panoszy. olaboga, olaboga, moja głowa, moja głowa. tym razem jednak nie odpuściłem tak łatwo, a co.

czwartek, 14 maja 2009

z żalu zjem żaluzje

dziś znów styrany, o 20 robię sobie obiad. potem trzy godziny przelatują nie wiadomo kiedy i mamy już noc. dzień pracowity, bo znów na sznurku. praca jaką lubię. chociaż, wczoraj mnie naszła taka refleksja, smutna dosyć, że w sumie nie tak wyobrażałem sobie otwarcie sezonu... tego sezonu. skałkowego. ale co poradzić. kontuzje mają to do siebie... że się ponosi boleśnie ich konsekwencje. to już prawie dwa miechy jak restuję. żal trochę. nawet nie trochę. bo jeden, wielki, niewysłowiony, to żal. ale jutro ma się to zmienić. powiedzmy. ja w roli instruktora, no dobra, czemu nie w sumie. zobaczymy. póki co, z sentymentem oglądam fotkę, jaką mi zapodał sulin poczciwy. może nawet ją tu zapodam? ee, albo nie. wylansuje się nią lepiej na naszej-k. hueh. poza tym telefony. dużo telefonów. a jeden nawet z niebios spadający. i niemal i dosłownie. dlatego też pewnie czasem nie warto ich wszędzie i zawsze ze sobą zabierać. cynk od koszmarnej jaki dostaję okazuje się niezłą rzeczą. ciekawe czy zmuszony będę to dziewczę ozłocić, jak przyobiecałem. się okaże niebawem.

środa, 13 maja 2009

hard łorkin men

wtorek w biegu. referat chyba udany. w każdym razie, nie mogą sobie zarzucić, że się nie przyłożyłem. postarałem się. do 3ciej, a potem, jako że już nie warto było kłaść się spać, do wpół do piątej przesiedziałem na necie. a co. stąd we wtorek trochę śnięty. a potem telefon. jest praca. gonitwy czas start. wypad do ole. prando, piernikando. no i oczywiście strych.

środa. pierwszy dzień pracy na sznurku w tym sezonie. i pierwsza 'mokra' robota. bo okien mycie. mokra ale za to jaka czysta. o jakaż to przyjemność w porównaniu z tą brudną robotą na słupie. czysta przyjemność, czysta... chociaż generalnie rzecz dająca też nieźle w kość. zwłaszcza gdy człowiek robi na metry i się nie oszczędza. wszak grosz tak potrzebny. a jutro repeat. mam nadzieję, że nie będę miał zakwasów.

wtorek, 12 maja 2009

spotkanie ni stąd ni zowąd

nazywam to tak, traktuję to tak, ale ty wiedz, że to nie tak. jakoś trudno mi w to wszystko uwierzyć.

i trudno zachowywać normalność, podczas gdy prawa logiki podpowiadają coś zupełnie innego. ja pierdo. jakie życie potrafi być niepoukładane i przy tym absurdalnie śmieszne. bo już nawet nie dziwne. nie dziwi mnie już nic.

a śmieszy jeszcze parę rzeczy. wbrew pozorom może i przypuszczeniom niektórych.

poniedziałek, 11 maja 2009

what the...?!




a miałem taki ładny widok z okna...

fan, nie fanatyk

znów piszę długie notki. miejmy nadzieję, że nie zbyt długie. ale wynik to po części i tego, że jeden post zawiera notki z kilku dni. nie zamierzam się jednak usprawiedliwiać. bo chyba jeśli już przed kimś, to przed sobą winienem. niemniej jednak, chętnie przeczytam czasem jakieś 'komentarze'. a zatem zachęcam, zachęcam... do komentowania raz jeszcze.

dziś wieczorem, wracając do wro, spotkałem prawież pod bramą swą stanisława stembalskiego. człowiek to znany pewnie w środowisku bardzo dobrze. mnie jak dotąd, co może nawet dziwić, był nie. lub niezbyt. porozmawialiśmy chwilę, wymieniliśmy dane kontaktowe. co z tej znajomości wyniknie jednak nie wiem. napisałem na razie maila. podobnie jak on jednak, nie uważam się za fanatyka, a co najwyżej za fana. granica jednak pewnie jest wąska. a zatem, podchodzę do tego wszystkiego dość ostrożnie. trochę też pewnie brakuje chęci i sił na to wszystko, ale czasem już tak bywa. na razie, rozmowa stała się przyczynkiem do zarwania nocy i surfowania po sieci drążąc problematykę. a i taki, między innymi, ciekawy artykuł znalazłem w sieci... zatytułować go równie dobrze, myślę, można by - choć jednak w sposób bardziej pesymistyczny a mniej waleczny, czyli w klimatach bliższych nastrojowi, jaki mi ostatnio osobiście towarzyszy - 'mentalności nie zmienisz'. tu link do strony z artykułem. bo to miło - usłyszeć, przeczytać, na własne oczy zobaczyć, że ktoś inny widzi podobnie jak ty. wtedy jakby nowe siły wstępują w ciebie.

sobota, 9 maja 2009

nie marnuj czasu albo on zmarnuje ciebie

stało się niedobrze, oj niedobrze się stało. moja prawa słuchawka zaniemogła. w sumie, to jakby nie dziwi. każda rzecz się przecież zużywa. ale że tragizować nie zacząłem? i w panikę nawet nie wpadłem? o ja nieszczęsny. tak, ten sam nieszczęsny, zawiózł słuchawki następnego dnia do saturna celem reklamacji. miejmy nadzieję, że jeśli nawet nie uwzględnią jej, to że przywrócą szybko słuchawki do sprawności. bo bez nich to jak bez ręki, a przynajmniej, bez jednego ucha... tak więc piątek. wycieczka do mongolii i pięciolitrowe jabłuszko. poza tym, zdecydowałem się w końcu na zoom'y 105tki. grunt to szybka decyzja. jeśli nawet nie trafna... albowiem... - jak mawiał zdzisław i jemu wszyscy podobni, a za których przykładem, to ja, wierny studenciak, wierzący wciąż w wykładaną mu naukę, podążam... a zatem, stwierdzam raz kolejny, że największym błędem jest wstrzymywanie się od podjęcia być-może-błędnej decyzji. wstrzymywanie się zbyt długie. albowiem, idąc też za radą sławetnych już co nie miara chłopaków z kapeli muse zwanej, których muzyki akurat, notabene, no, no, niezbyt no mogę powiedzieć, że lubię... dont łejst jor tajm or tajm łyyl łejst ju, stwierdzam też, raz wtóry, co następuję. że lepiej jest podjąć błędną nawet decyzję i jej potem żałować, aniżeli żałować że się nie podjęło żadnej. tudzież, w opcji też i takiej, myślę - lepiej jest żałować błędnej decyzji podjętej ad hoc, aniżeli decyzji błędnej, nad którą prześlęczeliśmy czasu trochę i jeszcze więcej, a czasem też i - przeszło więcej. ale to takie akurat moje... recepty na spatologizowane percepowanie przeze mnie świata.

wieczorem niebywały grill, niebywałe kino i dość niebywałe towarzystwo. i chociaż może nie taka to aż niezwykłość, co po prostu nie bywałem jeszcze tu czy tam. nie widziałem tego czy tamtego. ale teraz już mogę powiedzieć, radwanice piękna okolica i sąsiedztwo nawet też. gdyby jeszcze nie ten gospodarz, nie te sekrety rodzinne, pozamykane w klatkach i w ogóle całokształt, to powiedziałbym nawet, że ogólnie całkiem pro. obowiązkiem jednak - by utrzymać się w konwencji -  czuję, że pozostaje mi jednak rzec: syf, kiła, i mogiła, a przynajmniej: patologia. czyli dom to, albo może też, ogródek to państwa kkk... że się tak wyrażę. i nazwiskami szastać nie będę. dzień jednak kończy się już nieco bardziej konwencjonalnie, bo rozkminką na temat 'co my tu właściwie robimy'. w sensie w tym miejscu i czasie. czasem była 'nasza młodość'. miejscem: kosz(m)arowa. wnioski jednak szlachetne i nieco optymizmu wlewające. chociaż niejednoznaczne. ach, ale co zrobić, pocieszać się jedynie, że nie tylko my jesteśmy spaczeni... zawodowo spaczeni, zawodowo. a każdy na swój sposób. ach, przepraszam, nie żebym zapomniał. ale tak jakoś chronologii się trzymam, a słowem władam już mniej wprawnie, stąd powtórzyć przyjdzie mi tu się. bo dzień kończy się czymś jeszcze. a rozkminką nad... czym-nie wiem sam. życiem, pewnie znów, życiem...tematem jednak przewodnim capo. jaki ten świat mały. a jaki jeszcze nieśmiały. daje człowiekowi zawsze tyle, ile ten z niego chce brać. czasem też i więcej, ale nie o tym tu teraz bym chciał. pozostańmy teraz przy tym, że zaskakuje, szczęściem mami, szczęściem też obdarza, a poszukujących zawsze wynagradza. ja natomiast odkrywam kolejną rzecz wartą uwagi. też, ugruntowuje się w przekonaniu, że pasje zawsze dobrze jest mieć. tak dobrze, że może nawet lepiej. lepiej niż mieć wszystko inne nawet.

sobota. klasyczny dzień nic nie robienia. jadę do oleśnicy, rowerem. także tą jedną chociaż aktywność tego dnia podejmuję. poza tym, lodówka, lodówka razy dwa. bo zimno. bo głodno. w każdym razie apetyt. i tak kursuje. pokój-lodówka. jakby licząć, że żrąc się rozgrzeję. soczewica dotarła. a pojechawszy przez brzezią, więc pełen standard. o, chociażnie, przepraszam. klasowe raz na trzydzieści, to nie jest standard. miło zatem. coś się dzieje w życiu, które tętni tak blisko przecież mojemu. więc miło. poza tym wielkie prando i strychando. telefon zvoneni. może będzie praca. i to byłoby na razie na tyle. bo żem i tak siekną sobie trochu niedzieli, ale to nic.

piątek, 8 maja 2009

dzisiaj pieszo

środę kończę kolacją. kolacją wszak to nietypową, bo przygotowaną nie przeze mnie samego i nie zjedzonej w samotności, jak to zwykle bywa, lecz uskuteczniam tę formę strawy w szerszym gronie, będąc ugoszczon w domu dostojnych wczasowiczów. i się 'nowa pani domu' postarała, muszę przyznać. no dobrze, może jeszcze nie 'nowa', bo to chyba za dużo powiedziane, ale przynajmniej tymczasowa, to na pewno. bo egzamin zdany na pięć. naprawdę wielki rispekt i dziękówa. za inicjatywę, za chęci. pomysł to mega zacny.

czwartek. hę... mało brakowało a poszedłbym jeszcze na wykład do leksy. tegoż jednak uczynku żem nie popełnił. widać, zabrakło kindersztuby, zabrakło...

kobieta-gestapo natomiast, kobieta-samowystarczalna, czy jak by ją jeszcze nie zwano, ma swoje zasady. to trzeba jej oddać. mówi zawsze dużo, zawsze na temat i czasem tylko... za długo. ale ja jej to wybaczam. przynajmniej na razie, stwierdzam, do końca też chyba nie wiedząc dlaczego, że bardzo ją lubię. poza tym, uroczo, na wuteesie oczywiście, i sympatycznie zarazem. wszystko jednak do czasu, wiadomo. a czas ten zbliża się niestety wielkimi krokami. terminy trzech z czterech egzaminów są już nam znane.

po głowie, nadal, chodzą mi jednak rogi... z uporem maniaka obczajam zdjęcia, obczajam specyfikacje, wciąż nie mogąc się zdecydować, dokonać wyboru. czy cena to aż tak wysoka, czy tylko zwykły brak zdecydowania. oto jest pytanie.

dziś też jeszcze jedna rzecz ważna. operacja. ważna może nawet nie tak z czysto fizycznego (optycznego) punktu widzenia, jak z pewnością, z tego humanistycznego (kwestia świadomości). zabieg mam nadzieję, że się udał. i komuś, dzięki niemu, wieść się od teraz będzie o niebo lepiej. takie jedyne życzenie moje.

dziś też pieszo. wynik to wczorajszej, wadliwej, logistyki. ale w sumie, nawet warto czasem zmienić perspektywę. człowiek nabiera wtenczas głębszego spojrzenia.

na dobranoc, przegląd filmoteki pani dulskiej. coś może wyskrobiem z tego na jutro. tymczasem, idę spać. choć pora na to i tak już zbyt późna, by móc ją uznać, za odpowiednią.
fakenszit, dlaczego doba nie może mieć 30 h na przykład. z tą przytłaczającą myślą, kładę się spać. jeny, rafał, tylko nie dół, tylko nie dół. to ostatnia rzecz, jaka w tej chwili jest ci potrzebna, i wiesz o tym... zbawienna racjonalizacja pozwala zasnąć. dobranoc zatem państwu, żegna się z państwem, król racjonalizacji rafał pierwszy.

środa, 6 maja 2009

muzycznie

środa. buszuję w muzyce. inspiracją do tego stała się płytka crash course, która wreszcie dotarła. po prawie miesięcznym czekaniu, ale to nic. chłopaki z marillionu, a właściwie ekipa odpowiedzialna za promo, dotrzymuje słowa. i to się chwali. nie mogąc się powstrzymać, zasysam hamadę. a już pojutrze jej polska premiera, premiera po cenie polskiej, znaczy się. więc może nawet wybiorę się do sklepu muzycznego. tak dawno nie kupiłem srebrnego krążka, ach. a dla npm z pewnością warto. przypadkiem natrafiłem też na taki 'teledysk'. obraz stworzony amatorską kamerą przez jakiegoś Rumuna, zdaje się. bardzo mi przypadł do gustu. prawdopodobnie również dlatego, że zobrazował on akurat jeden z najbardziej lubianych przeze mnie utworów Nils'a Petter'a Molvaer'a, Tloen. a zatem. panie i panowie, przed państwem... pierwsza odsłona muzyczna na tym blogu.

NPM from Olimpiu on Vimeo.



PS podejmowałem już wcześniej próby zainstalowania gadżetu, który by pokazywał na blogu ostatnio słuchane przeze mnie utwory na last.fm, niestety wszystkie daremne. stąd, gdyby ktoś jeszcze z tu obecnych nie znał mojego adresu do konta na laście, serwuję go TUTAJ. chętnie też dowiem się i być może w dalszej kolejności, posłucham, czego Wy, Drodzy Moi Czytelnicy, słuchacie. a zatem... niekonwencjonalnie zakańczając ten post napiszę... do usłyszenia! ;]

freaks

wtorek to typowy dzieńjakcodzień. a właściwie dzień jak co tydzień. czyli klasyczny wtorek, dzień zajęć na uczelni, które rozpoczynam spaniem i kończę walką z tym największym i najprzyjemniejszym zarazem, pożeraczem czasu, jakim jest oczywiście sen. a cała walka dokonuje się za sprawą, nie kogo innego, jak za sprawą niejakiej W-P. nie tak nawet wielmożnej to pani, jak z pewnością, osobistości znanej i lubianej, w pewnych kręgach studenckich szczególnie. bo nikt tak dobrze i sumiennie, jak studenci właśnie, nie przestrzega obowiązującej we wszelkiej chyba dziedzinie życia społecznego zasady: uśmiechaj się, póki jest ci łatwo lekko i przy... przynajmniej nie powiem, że przyjemnie. męczę się na tych zajęciach, męczą się pewnie i inni. ale mimo to, wszyscy nawzajem zamęczają się czytanymi referatami. o przepraszam, dzisiaj były plansze. kolorowe. to może jeszcze nie 'pracuszki', ale wierzcie mi, też drętwota, bidota... umysłowa-ta. jest łatwo. to fakt. ale czy o to tylko w tym wszystkim chodzi?
ehh. a za tydzień ja raczyć będę wszystkich swoim referatem na soc eiw. i już się zastanawiam, co tu wymyślić. nie będę na pewno czytał. to postanowione, już z dawien dawna, by swawoli tej karygodnej się nie dopuszczać. zastanawiam się tylko, czy nie użyć jakiś fajerwerków, które by ożywiły może tą zastygłą atmosferę zajęć... zajęć rozpoczynających się z godziną 9-tą, na dodatek. jest to więc niewątpliwie wyzwanie. ale może ktoś ma jakiś pomysł, sygestyję jakąś, wartą być może wypróbowania? ;P ehh. pułapka łatwości czycha.

a właśnie. był też wypad do czajki. jak za dawnych czasów, heheh, by się chciało rzec. choć dzieje tak krótkie i niedawne, że to aż śmiech bierze. nazywać to w ten sposób. mimo wszystko, chcę napisać, że ten jeden uścisk dłoni, cenię sobie, oceniam jako niezwykle znaczący. i kto wie, być może ten gest właśnie, tego dnia, odmienił bieg dziejów, dziejów które już miały zostać spisane na straty... warto nie skreślać. i nie o totolotku tu bynajmniej mowa.

wieczorem oglądamy z koszmarną dziwolągów. klasyka jakich mało. dla fanów kina realistycznego jak najbardziej makabreska godna polecenia. tego nie znajdziecie w żadnym horrorze współczesnym, to pewne. nie bez powodu też chyba, film pozostawał w UK przez 30 lat filmem zakazanym. no ale my mamy to szczęście(?), że żyjemy w XXI wieku, gdzie wystarczy dwuklik... i wszystko staje przed nami otworem. dobrze czy niedobrze, że mamy taką dostępność do wszystkiego, kwestia oczywiście dyskusyjna. globalizacja, interkulturacja, znoszenie tabu, eh, dużo by tu można gadać. mnie się film podobał. chociaż zastanawia mnie trochę, jak wyglądało ponad 30 minut obrazu, który został bezpowrotnie wycięty z filmu, hueh. jestem jednak raczej zwolennikiem naturalizmu, a więc i realizm w kinematografii mi nie przeszkadza, a wręcz uważam go za nierzadko pożądany. stąd obrazu, samego w sobie, za kontrowersyjny nie uważam.

i znów trzecia idę spać. znów też poważna rozmowa, choć tym razem ani trochę trudna. pierwszy też chyba raz, rozmawiam z magdą o sprawach poważnych w sposób poważny. a więc jednak, zmieniłaś się! jeden zero dla mnie ;P

poniedziałek, 4 maja 2009

din don din don

nie żebym zgłębił tajniki SPSSa do cna, ale na koło poszedłem i tak. nie żebym był melomanem muzyki klasycznej, czy opery wręcz, ale na Wesele Figara dziś udałem się też. tu żeby się czegoś nauczyć, tu by odchamić, czy też, zapoznać z czymś dotąd mi nie znanym. poza tym, do towarzystwa i ku uciesze kogoś, kto radością swą dzielić się ze mną dziś chciał.
za te rozmaite formy 'samorozwoju', sposobności, umożliwiające to okoliczności, jak i po prostu za towarzystwo, wszystkim prowodyrom, propagatorom i wszelkim innym ludziom będącym-pro, pięknie dziękuję. bo będąc wiernym swej zasadzie - 'każde doświadczenie człowieka ubogaca' - w takie dni jak dziś, czuję się bogaczem.
to nic że pomimo nawet szeroko zakrojonej współpracy onego koła pewnie nie zdam i tak. to nic że w operze pewnie dostrzec potrafię ledwie nikłą cząstkę jej piękna i przez to, do końca jej pojąć nie jestem w stanie.
zdecydowanie bardziej jednak wolę udzielać się tam, gdzie jeszcze mało coś znam, aniżeli prowadzić zaciężne dysputy na tematy banałem zalatujące.

niedziela, 3 maja 2009

wszystko kręci się wokół jednego

no i pięknie było. odrobina lenistwa i rozkoszy nie tylko dla ducha. pojedly my, popyly my, pogryllowaly my. przejażdżka rowerem do Ligoty i z powrotem również okazała się wyśmienitym pomysłem. odcinkami naprawdę przepiękna trasa... (która jak się jednak okazało, trochę mi już wcześniej znana) prowadząca pośród żółtego rzepaku, a to lasu skrajem, ze Ślężą raz to po prawej, raz po lewej. no i te pagórki... jest gdzie się zmęczyć, jest i gdzie się rozpędzić, poczuć we włosach wiatr, ach. tak, nawet tych moich, krótkich, hueh. dystans może niezbyt pokaźny, bo 62 km, ale i tak - satysfakcjonująco. na koniec, Agrowczasowiczom za towarzystwo pięknie dziękuję. zaś Pani Gospodarz po trzykroć wszystkiego winszuję.

piątek, 1 maja 2009

i tylko skał nie będzie

czwartek. jeny. to dziś. a ja nawet nie pamiętam co robiłem. a tak... miasto i wieś. to wieś za co można dostać plusa. ja jednak chcę też. poczucie sprawiedliwości u niektórych się odzywa. nawet u tych najbardziej zatwardziałych buntowników z wyboru. nawet. potem ucieczka i wagary. usprawiedliwione jednak to wagary, usprawiedliowne, no miejmy przynajmniej taką nadzieję.
mrówa nie śpi, mrówa transkrybuje. aaaa-ha. to już wiem, co wycina mi dni z życiorysu. deal z olą. do leclerca pognałem.
a jutro, pojutrze i popo... ligota. będzie rower, będzie grill, będzie praca, będzie szeks. normalnie wszystko będzie. w końcu majowy... co z tego że chujowy, bo trzydniowy. pięknie będzie.