nie żeby społeczne tworzenie rzeczywistości... tak w ogóle, jak i dzieło o tym tytule autorstwa panów: bergera i luckmanna, było rzeczą nie wartą uwagi, mnie nie ciekawiącą, wręcz przeciwnie... jak zwykle, pełen szacunku i pozytywnej ciekawości podchodziłem do kolejnego tekstu, by się z nim intelektualnie zmierzyć... i wszystko fajnie. tyle że już po 15 minutach czytania, zasypiałem nad kserówką - dosłownie i w przenośni. a nawet bardziej - jeśli nie głównie i jedynie - dosłownie. no cóż.
dziś pojechałem na wykład, który się nie odbył. jakiż żal że nie wziąłem jednak ze sobą butów... zatem jednak rest.
w domu zrobiłem sobie hamburgera. tak, tak, to słowo, nie pomyliłem się. dziś na obiad jadłem hamburgera. o mamo. nikt jednak nie przyrządza tak dobrych hamburgierów, jak grzechu. oj tak, pamiętam ten smak, hrvatski smak grześkowych hamburgierów x-]
postanowione. przed spaniem idę pobiegać. dzień ogólnie zaliczam do jednych z takich, które się przeżywa bez jakiś szczególnych fascynacji. ale znowuż czy życie musi być pełne wrażeń, silnych wrażeń, i do tego na co dzień? raczej nie.
dbrnc wszystkim.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz