zmasakrowanych pięt ciąg dalszy. jeny, jak mi się dziwnie chodzi. ciekawe, czy jeździć na rowerze się będzie dało normalnie. bo już bez wspinu, do tego bez roweru, to już bym chyba nie wyrobił.
aha, kurierem rowerowym raczej nie zostanę. choć to wcale nie z powyższego powodu. no chyba że ktoś mi wynajdzie popyt na podobną usługę...
poza tym, niebezpiecznie. bo niekiedy chcieć to naprawdę móc. i to dopiero ambaras.
wieczorem Koszmarnie, dresowo-walentynkowo, czy jak zwykle zaje-fajnie. loży szyderców reaktywacja. ogólnie jednak, myślę że, zacnie.
na koniec późno-wieczorna rozkmina i tym razem, niestety, wnioski bardziej przewidywalne, niż by się dało przewidzieć.
choć powiało też i grozą... pytanie tylko, na ile możemy sobie pozwolić na lekce-ważenie sobie spraw, jakie wokół nas mają miejsce. tym bardziej, że rzadko dzieje się tak, że tylko sprawy dzieją się wokół nas w sposób aktywny, a my stoimy biernie pośrodku, jak ten tępy pal wkopany głęboko w glebę, który nie ma ani pola manewru ani wpływu żadnego.
sprawy zatem z pozoru niepoważne, tym bardziej właśnie, staram się traktować poważnie. choć może właśnie tu popełniam błąd. bo i kto by się tego spodziewał...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
no cóż, w życiu trzeba czasem wybierać..
OdpowiedzUsuńa prawda zabawa przy dźwiękach dla niewidomych była przednia ;]
OdpowiedzUsuń