wtorek, 31 marca 2009

ignorantia

czy tylko mnie wkurza używanie przez ludzi skrótów, imion, nazw, których wymawiający - chociaż nie mają ku temu żadnych podstaw by tak przypuszczać nawet - zakładają, że słuchający ich będą wiedzieli, o co / kogo chodzi?!
nie cierpię tego. i to głupie dopytywanie... PeDeKaWueRVał, a co to takiego? i jaki Konstanty Wacław Edek Kredka, ja go znam? czym / kim to coś dla ciebie jest, hęęę? bo chyba nie kumam, o czym mówisz...
a może lepiej zgrywać głupa, udając że wie się o kogo / co chodzi? i udawać zrozumienie przemieszane ze sztucznym zainteresowaniem najlepiej... bo tak wy-pa-da?
nie, tak nie będę. nigdy. a jeśli już zacznę, to mnie napomnij.
ale nie żebym też pił do kogoś szczególnie, naprawdę nie. ja tak ogólnie.

poza tym sennie. znów słabo i mało pożytecznie. chyba nie polubię wtorków. i wcale nie dlatego, że muszę tego dnia wcześnie(j) wstawać. najgorsze jest poczucie marnowanego czasu. to ono mi zawsze chyba najmocniej doskwiera. zwłaszcza we wtorki, ysz.

statistical package for the social sciences

dziś na sprawdzianie z spss'a przydarzyła mi się chyba najwspanialsza rzecz, jaka mogła mi się przydarzyć. o jakaż była moja radość, gdy pod koniec zajęć, kiedy już powinienem szykować się do zapisania raportu z prawież półtora godzinnej pracy, mój komputer po prostu zwariował. wirus czy że co. nie wnikam. i mówię tu całkowicie bez ironii. raport mój był mizerny. a na zajęcia miałem nie pójść. aż śmiech, jak zbawiennym może być czasem to, co innym razem w głos przeklinamy. no bo kto lubi jak mu się komp wiesza. ja od dziś będę lubił.

kolejny raz też utwierdzam się w przekonaniu, że czasem nie ma sensu myśleć nad rozwiązaniem spraw trudnych czy z pozoru beznadziejnych, a zwłaszcza tych drugich. zwłaszcza też, gdy są one takie wcale nie tylko z pozoru. bo życie samo, prędzej czy później, owe rozwiązania przyniesie i tak. i to w dodatku takie, o których byśmy sobie nawet nie śnili.

poniedziałek, 30 marca 2009

z pozoru niepoważnych spraw kilka

zmasakrowanych pięt ciąg dalszy. jeny, jak mi się dziwnie chodzi. ciekawe, czy jeździć na rowerze się będzie dało normalnie. bo już bez wspinu, do tego bez roweru, to już bym chyba nie wyrobił.

aha, kurierem rowerowym raczej nie zostanę. choć to wcale nie z powyższego powodu. no chyba że ktoś mi wynajdzie popyt na podobną usługę...

poza tym, niebezpiecznie. bo niekiedy chcieć to naprawdę móc. i to dopiero ambaras.

wieczorem Koszmarnie, dresowo-walentynkowo, czy jak zwykle zaje-fajnie. loży szyderców reaktywacja. ogólnie jednak, myślę że, zacnie.

na koniec późno-wieczorna rozkmina i tym razem, niestety, wnioski bardziej przewidywalne, niż by się dało przewidzieć.

choć powiało też i grozą... pytanie tylko, na ile możemy sobie pozwolić na lekce-ważenie sobie spraw, jakie wokół nas mają miejsce. tym bardziej, że rzadko dzieje się tak, że tylko sprawy dzieją się wokół nas w sposób aktywny, a my stoimy biernie pośrodku, jak ten tępy pal wkopany głęboko w glebę, który nie ma ani pola manewru ani wpływu żadnego.

sprawy zatem z pozoru niepoważne, tym bardziej właśnie, staram się traktować poważnie. choć może właśnie tu popełniam błąd. bo i kto by się tego spodziewał...

sobota, 28 marca 2009

się uczę

raz kolejny, nabrałem respektu do gór, a pokory do siebie. i za to właśnie kocham góry. bo uczą. uczą tego wiecznie niemądrego i błądzącego człowieka. do tego, czynią to sposób cierpliwy acz stanowczy.
poza tym, śnieg nie jest moją ulubioną formą, a właściwie chyba raczej stanem skupienia, stwierdzam. i nie żeby też deszcze nią był. no ale. na razie mi chyba na długo starczy zarówno jednego jak i drugiego.

wygląda też na to, że nadal będę się oddawał pewnej 'aktywności'. wszedłem bowiem na pokład. miło. a zatem będę praktykował. na początek poszły mity.

nadal oddaję się również i innym aktywnościom, choć tym już niezwiązanym z dziennikarzeniem, ale również ze sportem, rzec chyba tak można. no i jest też całkiem obserwowalny postęp. a uczymy się w końcu całe życie, więc... może być już chyba tylko lepiej ;]

ps rozmrażanie lodówki potrafi niekiedy być jak paprykarz szczeciński na deser. potrafi dać tyle radości, ile jesteśmy w stanie zeń wziąć.

piątek, 27 marca 2009

sowicie

sowicie zamierzam odpocząć. sowicie zamierzam się zmęczyć. sowicie zamierzam się zdystansować. w górach sowich zamierzam to wszystko poczynić.

środa, 25 marca 2009

słabo

słabo - dziś na konferencji było. słabo - dziś wieczorem się czuję. słabo - to wszystko widzę. albo słabo też - postrzegam siebie, swoje plany na przyszłość, teraźniejszość, whatever. słabo też - czasem postrzegam innych, choć nie zawsze im to mówiąc. ale generalnie to nie do końca tak. to wszystko kwestia odpowiedniego lub nie- relatywizmu. zależy jak wysoko poprzeczkę sobie ustawimy. i jestem tego świadom. kiedy jednak ustawiamy sobie ją zbyt wysoko, a kiedy, pobłażliwie, zbyt nisko. kiedy też popadamy w nihilizm. takie to właśnie dylemaciska mnie dręczą. słaba też jednak moja rozkmina nad tym, więc już się nad tym nie zastanawiam, tylko idę spać. może jutro poprzeczka ustawi się sama na odpowiednim poziomie.

piszę si-wi. podejmuję non-profit, dla siebie. od jutra zaczynam klepać biedę. poza tym sowie wciąż chodzą po głowie. i raczej się już niebawem ja przejdę po nich. do tego spotkanie w kręgu prawdziwych "twardzieli" i z kostką rosołową w tle. parę mądrości życiowych. miejmy nadzieję, że owocujących też czasem w mądry czyn.

branoc wszystkim

wtorek, 24 marca 2009

się dziwię

też tak macie, że czasem kilka bliskoznacznych spraw zbiega się wam ze sobą jednego dnia, jednego tygodnia, miesiąca albo nawet godziny ? mnie się to, mam wrażenie, zdarza aż podejrzanie często. a ostatnio też miałem, nie do końca zresztą zrozumiały, żal do siebie, że próbuję łączyć pewne rzeczy na zasadzie pieczenia dwóch spraw na jednym ogniu. ale co jeśli po prostu tak wychodzi? zastanawiające. no nic.

dziś w każdym razie, pewne kwestie związane z 'dziennikarzeniem' tak trochę mi się zbiegły. ale ale, jak mawiał boguś wołoszański, nie uprzedzajmy faktów. bo i nie wiem jeszcze co z tego wyniknie. niby umiem pisać, ale wciąż tkwię w kropce.

że niby z socjologią to jak z religia? tak. tak mi się wydaje. i w tym właśnie problem. albo ją wyznajesz i w każdej dziedzinie życia jesteś jej wierny albo nie. ale może przesadzam. możliwe, możliwe.

poza tym, poezja to czad. i tego zdania nie zmienię. podejmę tę próbę pisania, ale zmieniać się nie zamierzam. no i zobaczymy co z tego wyniknie.

aha, bo nie wyjaśniłem. chodzi o pewien przykładowy tekst, jaki nadesłałem w pewne miejsce. odpowiedź chyba pozytywna. nic wielkiego, ale zawsze. napiszę o tym może więcej, jeśli wpierw więcej podziałam faktycznie w tym kierunku.


tymczasem parę słów jeszcze o konferowaniu - się, innych, siebie.
chodzi oczywiście o dzisiejszą konferencję u nas na istytucie. jest kilka opcji, w jaki sposób możemy działać, to pewne. możemy bowiem działać po prostu, dla samego działania, by się popisać, zaistnieć, czy co jeszcze... możemy też działać dla siebie, dla własnego ubogacenia się (tak, lubię to określnie. "ubogadzać się". choć brzydkie. ale za to znaczenie przeokrutnie piękne i zabójcze). możemy też robić coś, prawda, dla innych. tu już mowa o wolontariacie chyba. hueh. tia, tak szczerze, to bardzo wątpię w tę ostatnią z wymienionych działalności. zdarza się nieeezwykle rzadko. no ale mniejsza.
dziwi mnie, naprawdę dziwi mnie taka postawa, która woli zakładać z góry, że coś jest do bani... tu może przejdę jednak na niższy poziom ogólności. ludzie lubią krytykować swoje uczelnie, swoją pracę, instytucje, państwo... ale gdy pojawia się tylko jakaś inicjatywa ze strony owego podmiotu, który jest krytykowany, lekceważy się ją bez zmrużenia oka, ot tak, po prostu, lekceważąc doszczętnie.
może koferencja obyła się bez rewelacji. ale na pewno dała też do myślenia. kto nie był, niech żałuje. albo przynajmniej pod adresem is już nie pluje. lub przynajmniej, nie zarzuca braku inicjatywy.
dziwi mnie też postawa, która deklaruje silne zaangażowanie i związek z przedmiotem, a potem przy pierwsze sposobności, obchodzi się go jak śmierdzącą kupę. tak, przepraszam, postawa nie deklaruje. to ludzie, ludzie...
dziwi to wszystko mnie i pewnie nie tylko mnie. więc koniec już wywodu.
sobie zresztą, niejednokrotnie i niemniej, dziwię się też. więc pokój. nikogo nie zamierzam krytykować. tylko się dziwić.

poniedziałek, 23 marca 2009

jak szmata

człowiek nie wtedy jest szmatą, kiedy zachowuje się jak szmata, a więc kiedy się szmaci nie dbając o to, lub kiedy inni go za takiego postrzegają, a choćby mieli na to dowody. jeżeli człowiek szmaci się z własnej winy, to chociaż zasługiwałby nawet na to niezbyt zaszczytne miano, nie odczuje tego w ten sposób, nie będzie tego odbierał tak, jak być może nawet powinien. człowiek dopiero wtedy staje się szmatą i odczuwa to dotkliwie, gdy zostanie zeszmacony przez drugiego człowieka. i to bez zrozumiałego dlań powodu. dziś czuję smród.

poza tym jedna wielka gonitwa a może po części ucieczka, sam już nie wiem. mam nadzieję tylko, że nie gonię jak pies własny ogon, bo to już byłaby tragedia i prosta droga do autodestrukcji.

basen, płuca na wierzchu. artykuł, wreszcie wysłany. ciapąg pospieszny, prawie pod koła. no i cóż znaczy dzień dobry? czasem nie znaczy nic, okazuje się. albo znacznie więcej jeszcze. sowie chodzą po głowie. no i rest, niestety, rest.

prośba

jeżeli udajesz, udawaj do końca. jeżeli coś mówisz, robisz, rób to konsekwentnie. jeżeli nie zamierzasz udawać, nie udawaj. jeżeli nie jesteś w stanie zrobić do końca, nie zabieraj się. albo przynajmniej poprzestań na niczym. bo gdy staniesz o jeden krok za daleko, staniesz o jeden krok za daleko. i będziesz tak daleko, że ciężko będzie ci wrócić.
i nie oczekuj ode mnie niczego innego. 
taka moja prośba.

niedziela, 22 marca 2009

symfonicznie

dzień leniwy. ale chociaż artykuł prawie skończony. konsultacje. oj konsultacje. błogo.
potem biegando i filharmonija. także dokulturniam się. koncercisko przepięknisko.
ja to jednak wrażliwy gość jestem. powiem to jednak, jeden utwór mnie tak wzruszył, że w moim oku pojawiła się aż łza. nienormalne? nie otarłem jej. jednak z pewnym skrępowaniem udawałem że jej tam nie ma. i chyba to jest naprawdę, mocno, nienormalne.
za to wszystko, w tym i za to spojrzenie, dziękuję ci kszsz.
potem literatka, niezła gratka. może stanąłbym się i jej częstszym bywalcem nawet, no ale cóż. 9 zygla za pilsnera, to ja tyle na eigerze za wjazd płacę. wybór więc prosty. no ale ale, wspinu na razie nima, więc może. muszę zapomnieć o nim, w każdym razie. a o to ciężko.
na razie, funduję sobie krioterapię, jeżdżąc rowerem bez prawej rękawiczki. dobranocnik tymczasem.

piątek, 20 marca 2009

naleśnikarnia

łaaaał. sam nie wierzę. post będzie dodany jeszcze przed północą. to się rzadko ostatnio zdarzało. ale cóż, 4 h snu daje o sobie znać jednak. krzyczy że by chciało więcej. jam jednak bezlitosny i obojętny na te wołania. hieh.

ku memu ogromnemu zdziwieniu, nie było żadnego kaca. żadnego.
niemniej jednak, montaż siatki w otwartym oknie, na drugim piętrze, w tym stanie, to chyba nie był najlepszy pomysł. ale dziwne, znów muszę to przyznać, czułem się dobrze. trochę tylko zimno w syry.

ale mniejsza. co istotne dziś, to chyba obiad. paradoksalnie i może z deczka przesadnie, to właśnie on, tak tak, obiad stał się chyba najistotniejszą rzeczą spośród całego dnia. a bo i trwał długo. proces przygotowania, a do tego wliczywszy czas przygotowań do przygotowań, na koniec zaś oczywiście samą konsumpję, nooo... trwało to wszystko ładnych parę godzin. a efekt to 22 naleśniki z farszem. i ani jedna bez oliwki. to błąd? że nie jesteś nigdy przygotowanym na wszelką ewentualność, a tylko na niektóre? bo do tego chyba zawsze dążyłem. od jakiegoś czasu jednak stwierdzam, że to dopiero jest chyba prawdziwy błąd. zajmować się wszystkimi, a nie tylko niektórymi. ale wracając do jedzenia, czyli meritum tej sprawy. święto naleśnika czy co?! nie, tak wyszło. że tak powiem, obiecałem. no ale i dzielną asystentkę miałem, więc nie było też aż tak hardo.

pogrążając się nadal w żałobie, poświęcałem się też w wolnych chwilach innej aktywności, a la wspinaczkowej. bo pisaniem o wspinaniu. to tak dla pewnego przykładu... nie mam czasu tego jednak skończyć. a może zacząć na dobre. sam już nie wiem. brak determinacji, motywacji, konsekwencji a może pewności, przekonania, siebie. nie wiem. ale skończę com zaczął, to pewne.

się działo

się działo. i się wydarzyło. wiele. ale tak to już chyba jest, jak się dzień kończy po piątej ej.em. doba długa się wtenczas wydaje. zobaczymy jutro, hueh.
więc krótko. bom too drunk to fuck. a chyba nawet bardziej.
anyway (nie mylić z amway, znaną chyba wszystkim sektą ekonomiczną), dziś było hardo. a nawet bardziej niż hardo. chyba za bardzo. no ale.
to ja może sprawdzę czy w środku jest już pluta? mała wtopa.
potem wielka dysputa, do której nie można dojść ot tak, bo nic przecie nie 'wychodzi' ot tak.
dalej smutek żal i nostalgia. a to wszystko z powodu kontuzjowanej łapy, naturalnie.
wkw. kliśu i babeczki. prezentejszyn i przelewejszyn. to drugie zwłaszcza, cza pamiętać.
na koniec dnia całkiem spontaniczne bansowanko. i do tego w całkiem niespodziewanym towarzystwie. czebnicka się bawi. bezsennie. a tam, pomimo już tego chamskiego techna, dziwne samcze zwyczaje, że aż mnie samemu wstyd. ktoś podpierdolił browar, ktoś inny się pobił, no prawie że wieś. a nawet gorzej. bo z całym szasunkiem jednak do mieszkańców wsi... koniec i afterpary już w domu. a to długie i istotne. dbrnc. a raczej, dzień dobry. heh.
się żyję. się wydarza. się, a chyba raczej, sobie.

czwartek, 19 marca 2009

skasowany

nigdy nie miewałem kontuzji. nigdy też nie mówiłem, że nigdy. ale teraz, mogę w końcu sobie na to pozwolić. bo nigdy dotąd. w ciągu pół roku, już po raz drugi, skasowałem sobie ścięgna palca serdecznego. tym razem prawej ręki. pogratulować. ciekawość - nie zawsze wychodzi na zdrowie, stwierdzam. tylko cozzza głupota. żeby na chwytotablicy. achh, panel to jednak zło. ale mój błąd chyba też. hueh. "człowiek uczy się na błędach"... o ironio, dziś rano jeszcze, osobiście broniłem tej tezy. czego tym razem, drugim-już, się więc nauczyłem? człowiek jednak caaałe życie się uczy. obym tylko nie umarł całkiem głupi. a pomyśleć, że jeszcze tydzień temu kazania sulinowi prawiłem. może jednak to, co w skutkach identyczne z konsekwencjami błędu popełnionego, nie zawsze błędem również jest. ale i tak, boli. bardziej niż fizycznie nawet, boli. wiosna już tak blisko, sezon się niebawem rozpocznie, ach...

środa, 18 marca 2009

życie na dystans?

dziś dowiedziałem się, że mogę pozostawać w niemal śmiertelnym zagrożeniu, a ja przecież nawet nie umiem się bić, hueh. zatem nic tylko pozostaje mi "pierdolić to i założyć kominiarę".

poza tym, absurdalnie jak zwykle, z tą tylko może różnicą, że po przyjacielsku (a to zawsze raźniej) i w oparach rewelacji spodziewanych. taak, spodziewanych. ale jednak rewelacji, bo jak wiadomo nie od dziś, bo i życie na to wskazuje, i te są w stanie nas czasem nie lada zaskoczyć i przytłoczyć.
ja jednak powtarzam sobie jak mantrę, że zachowam dystans. ktoś musi. czy tylko uda mi się to, jednocześnie przeżywając. bo niby obie te postawy wzajemnie się wykluczają, i sam żem nawet podobną rzecz dziś wyrzekł.

byłem też dzisiaj w leclercu. z kwadrans chyba stałem i wybierałem carpeta. cóż, wzmożone przygotowania do sezonu trwają. jakie by nie były. eh. niestety nie usatysfakcjonowany jakością, kolorem i wagą carpeta nie zdecydowałem się na żaden.

wtorek, 17 marca 2009

sportowiec-ekstremalista pławiący się w luksusie


"Zdziwienie, zaskoczenie to początek zrozumienia. To specyficzny i ekskluzywny sport i luksus intelektualistów." (José Ortega y Gasset, Bunt Mas)

no to się pławię... w luksusie. lecz wątpliwa to dla mnie niekiedy przyjemność. i wątpliwe też moje tutaj zdziwienie. takie po części sztu-czne, bo na potrzeby 'sztu-ki'. masa mnie już tak nie dziwi. mniejszości chyba również. czy więc znak to, że zaprzestaję podejmowania kolejnych prób rozumienia? możliwe. bardzo możliwe. a nawet całkiem celowe. niekiedy. poza tym, ekstremalista ze mnie, że ja pier-dziu! a przynajmniej staram się... zgrywać intelektualistę. bo sumienie mi na inny wariant nie pozwala.

niedziela, 15 marca 2009

milcząca

czy to jak dużo mówimy, czy to jak wiele nie wypowiadamy, decyduje o tym, iż można nas uznać lub nie za osobę skrytą, milczącą. to pytanie na dziś.

weekendowo problemowo

nie ma to jak klasyczny foch. a weekend ma 2 czy 3 dni? odwieczny dylemat. choć istota sprawy w czym innym leży.

sobota, 14 marca 2009

nie dla zasady są zasady

powiedzmy mały kryzys koncepcyjny. się zastanawiam. może zmienię też pewne zasady.
dziś postu nie będzie.

piątek, 13 marca 2009

pewne rozczarowanie i pewne niepewności.

zawiodłem się. zawiodłem się, w sumie chyba najbardziej, na blogu. na formie. która jak się okazuje, nie jest z całą pewnością najlepszą formą komunikowania się z ludźmi, jeśli w ogóle dobrą. taka kolejna namiastka, ot alternatywna forma komunikacji może, ehh. czy może nawet i dobrą formą jest. ale. ale tylko wtedy gdy - nie poruszasz zbyt ważkich tematów, nie wchodzisz w szczegóły, lub nie używasz zbyt drastycznych, niespodziewanych określeń mogących szokować, dziwić, powodować niezrozumienie... prowokacja zatem to nie zawsze dobra forma komunikowania się z ludźmi. oj nie. ostatnio przekonałem się o tym na własnej skórze. poza tym, również ironizując trzeba uważać. ryzyko bowiem, że owa ironia nie zostanie wykryta, występuje zawsze. ale ale. można i tak. lecz wtedy - albo musisz mieć wszystko i wszystkich głęboko w d**** i nie przejmować się tym, kto co sobie o tobie pomyśli, albo musisz dysponować mega po prostu mega dobrym warsztatem pisarskim, by zawsze mieć pewność, że zostaniesz dobrze odebrany, a i do zresztą pewnie nigdy nie jest rzeczą do końca pewną. mnie, na szczęście i niestety - nie dotyczy ani jedno ani drugie. a może tylko niestety. mniejsza.

sęk więc w tym, że w konsekwencji tego wszystkiego, chyba dokonam pewnej zmiany... zmiany w swoim podejściu do tego bloga. może zacznę pisać mniej, może inaczej, a skoro mniej i inaczej, to może już lepiej byłoby w ogóle zaprzestać. jeszcze nie wiem.

/ps/ osobom, które wcześniej czytały mój post z dnia wczorajszego, polecam jego wtórne przeczytanie. nieco go zmieniłem.

czwartek, 12 marca 2009

refleks-je, a umysł pożera-mnie. [post zmodyfikowany]

[ # nowa wersja postu # zmodyfikowana po tym, jak zorientowałem się jak mylnie zostałem odebrany # ]

no tak, bo czasem to aż się boję. czy aby nie za dużo myślę. baa, nawet jestem pewien, że zbyt wiele rzeczy poddaję refleksji. no ale nevermind, w tej chwili przynajmniej.

take dwe refle-ksje. dziś mnie naszły. a obie n/t dzieci. i związane z dwiema sytuacjami, jakie dziś mi się przydarzyły. pierwsza, kiedy wchodzę do bramy, jak zwykle z rowerem, a mała dziewczynka przytrzymuje mi drzwi. (potem dogania tatę, który nawet się nie obejrzał, czy dziecko zdołało za nim wejść do bramy, nim przyciągacz domknął drzwi, a wiecie, domofon, elektromagnes, te sprawy). poczciwa sąsiadeczka. oby takich więcej, myślę sobie. druga, związana już z mniej sympatyczną akcją, kiedy w supermarkiecie jakaś rozbiegana dziewczynka próbuje mnie stratować wózkiem. oczywiście pełnym zakupów (gazet, zabawek, wszelkich gadżetów, które już po chwili widzę, że mama z powrotem odkłada na półki). rozwydrzony bachorek czy tylko głupie, no bo małe i jeszcze-niedorozwinięte.
tiaaa. trzeba przyznać. dzieci są naiwne i złe. a dlaczego? no bo przecież nie dobre. a zbyt głupie by być mądre. jeszcze ich życie nie nauczyło...

ehhh. z pewnością wielu ludzi tak by pewnie powiedziało. a ja mówię, nie ma dzieci złych. są tylko jeszcze nie przystosowane do życia pomiędzy ludźmi. ludźmi dorosłymi - najbardziej upośledzonymi spośród wszystkich.

[ # nowa wersja postu # zmodyfikowana po tym, jak zorientowałem się jak mylnie zostałem odebrany # ]

środa, 11 marca 2009

takie są skutki picia wódki

3,5 h snu to stanowczo za mało. za mało by czuć się komfortowo fizycznie, na ciele. stosunkowo komfortowo natomiast czuję się w takich dniach na umyśle. naprawdę. uwielbiam ten stan, bo chyba psychiki mej bardziej to stan, kiedy jestem już po prostu tak zmęczony, że już wszystko mi... no że tak powiem, nie zależy mi tak bardzo, jak zależy i jak się przejmam, tym wszystkimmm, gdy jestem w dobrej kondycji psycho-fizycznej. zwłaszcza zaś tej fizycznej. i może to pewne upośledzenie psychiczne nawet jest, a może też upośledzony jestem na co dzień, hu nołz. kiedy bowiem jestem skrajnie wyczerpany fizycznie, zauważam u siebie, bardzo często, że wiele spraw wydaje się być po prostu prostszymi, nie absorbującymi tak uwagi (nie wnikając już w to, czy absorbować powinny czy nie). pełen, a jeśli nie pełen, to przynajmniej pełniejszy luz, spokój, dystans... do siebie, do innych, do wszystkiego. ach, jakie to piękne czasem. to jakby być pijanym na trzeźwo. a skoro już o pijaństwie... no i ekonomiczne walory takiego stanu są też. jedno piwo i zasypiam ...na podłodze. hueh.

poza tym, miało być hindurzenie, w efekcie skończyło się na kuchni i wyciąganiu na światyło dzienne schiz wszelkich i wszelakich. ;] co ogólnie zaliczam jako bardzo pozytywną wymianę doświadczeń, poglądów, etc. poza tym jeszcze, mam wrażenie, że nadużywam słów poza i tym, ale mimo to - i po części na potwierdzenie tych słów tu - użyję ich raz jeszcze. poza tym, najlepszego, staruchu, parówo jedna ty.
dbrnc. mi i Wam.

poniedziałek, 9 marca 2009

śniadanie być musi!

nie ma to jak intuicyjna obsługa internetowych katalogów bibliotecznych. ot dziś np dowiedziałem się, że w katalogach mbp wroc termin "dostępny" a obok data wcale nie oznaczają, że książka jest dostępna, w tej chwili na półce, gotowa spoczywa do wypożyczenia, lecz przeciwnie, oznacza to że książka obecnie jest niedostępna, bo jest wypożyczona, ale - jeśli tylko wypożyczający ją obecnie zwróci ją w terminie, to będzie dostępna od dnia, na który wskazuje obok podana data. co więcej, niezła jazda jest też, jak zamawiasz ksiązkę. wpierw tkwi "dostępny", potem chyba "zamówiona", w końcu zaś ma się pojawić "w kolejce"... a wszystko to się zmienia w zależności od tego, kiedy książka wróci do biblioteki. ale nie pytajcie mnie, kiedy, w którym momencie dokładnie status owego egzemplarza ks się zmienia i na jaki, bo kolejność mogłem zaburzyć, a i ogólnie, już w momencie zadawania pytania, jakże przesympatycznej bibliotekarce, się już wtenczas pogubiłem. wiem tylko, że zamówienie wygasa po upływie siedmiu dni. pytanie tylko, od kiedy liczone są te dni? ano, od momentu, w którym wypożyczający zwróci książkę. a kiedy TO nastąpi? nooo, na to pytanie, to już nawet jamal k. malik nie znałby odpowiedzi. tak, tak, to ten znany już na całym świecie milioner ;) ogólnie dziwno-śmieszno. ale żeby było jeszcze dziwniej, i jeszcze śmieszniej, to ową książkę sobie zamówiłem. to nic, że potrzebuję ją na jutro.

a ogólnie to zzzajjazd. i aż żal mi czasem, że nie mam przy mojej ukraince licznika, wiedziałbym bowiem kiedy wyjechawszy równowartość kilometrową równika, istnym fanatykiem roweru stanem się. a bo czujem, że się zbliżam... do symbolicznej liczby czterdziestu tysięcy kaemów ;P zwłaszcza w takie dni jak dziś...
taaak, przesadzam. ale kto wie, jak bardzo. może nie-aż-tak-bardzo.
jak dorosnę, chcę zostać rowerowym kurierem.
no i siup. przyszłość zaplanowana.

ha! poza tym muszę się pochwalić. nowy rekord. w 14 minut od przebudzenia wyszedłem dzisiaj z domu na pociąg. i oczywiście nie bez śniadania... nigdy bez nie wychodzę. zdążyłem sobie w tym czasie zrobić przepyszne tościaki. i nawet je zjeść - również. ;D

dzień, w którym facet ma szanse się wykazać

łejk ap in de mornin. małe schizo na trzebnickiej, prawież wygłup. no się nie wykazałem chyba jakoś specjalnie, ale cóż.

potem w oleśnicy. dzień senny i śpiący. ściślej rzecz ujmując, ja śpiący, przez blisko 3 h, i do tego w samo południe.

wcześniej żółte tulipany. co by tradycji stało się zadość. i nie, żółty to nie kolor zazdrości. tak przynajmniej wg mnie. tulipany podarowałem swej rodzicielce, najwspanialszej kobiecie, jaką znam, jaką dane było mi poznać i wciąż poznawać.

gdzieś po drodze, mamma mia i duża ilość popcornu. bez niego chyba nie przebrnąłbym przez abbę. chociaż w sumie film dawał radę. momentami. ale ponoć tylko momenty w życiu liczą się i wpływają na całokształt, więc.

poza tym, najlepszego wszystkim kobietom, które znam, które wciąż poznaję i które wciąż znam zbyt słabo... bez Was świat nie byłby taki kolorowy.

ale dość tego romantyzmu. nie lubię romantyzmów od święta. od tego jest przecież jeszcze codzienność.

poza tym, by się wykazywać, to trzeba mieć przed kim.

przed snem, komunikuję się jeszcze z kserówką. co z tego, że mówi ona o tak oczywistych rzeczach. moje szumy i tak nie pozwalają mi jej czytać. idę spać. może szumy pozwolą chociaż na to.

sobota, 7 marca 2009

wreszcie nadęta

szybka retrospekcja. hmm. hyy-mmyy. a tak, już pamiętam. to może po kolei. co dziś. dziś wizyta w rowerowym, zdradziecka wizyta (bo nie u pana romana). w sumie całkiem fachowa i sympatyczna obsługa tam (zapamiętać). rower wreszcie poskładany, a ja po pachy smarem urąbany (oj żeby tylko staruszek mi jeszcze trochę pochodził, bo sypie się, oj sypie). jakaś zamuła po drodze, no i zerwa. nie ma to, jak dobrze się zmęczyć. na koniec dnia zakupy w jednym z wrocławskich sklepów wielkopowierzchniowych, którego nazwy jednak nie wypowiem. i - nie, mój bank nie daje mi upustu 1%-go od zakupów, gdy płacę kartą. - przynajmniej o ile mi wiadomo. bo chyba zostałem posądzony o chęć uzyskania rabatu od kwoty 6,24 zł. na koniec zagadałem się jeszcze w kuchni z anią, na tematy ważkie i ważniejsze. ale teraz, idę już spać, bo jutro plan wcześnie wstać.

piątek, 6 marca 2009

fakenszit

dziwny stan mnie ogarnia. coś jakby na wzór niespełnionej miłości albo poważnego zawiedzenia się na kimś, kto był mi bardzo bliski. a tak naprawdę, chyba się zawiodłem po prostu na sobie.

dziś zdałem sobie też sprawę, w sumie nie pierwszy raz, że chyba nie lubię mieć racji. a dokładniej, nie lubię, gdy mi ktoś tę rację przyznaje. co innego bowiem dążyć do przeforsowania swoich racji i chęć, by moje było na wierzchu, by moje racje były uzasadnione, uznane przez innych za prawdziwe. (tu myślę, że nie różnię się pod tym względem ani trochę od innych.) a co innego, gdy już ktoś ci przyznaje rację, lub chociaż nie oponuje. dziwne wtedy milczenie albo korzenie się wręcz człowieka przed tobą. nie lubię takich sytuacji.
co więcej, gdy ktoś nam przyznaje rację, my musimy być świadomi, że bierzemy całą odpowiedzialność, za to co sądzimy + za to, co od tej pory sądzić będą inni. bo ci "inni" właśnie zgodzili się z naszym punktem widzenia, a więc zaadoptowali nasz jako swój. nie wiem, czy każdy jest tego świadom, ale obawiam się że nie. i to mnie boli też. poza tym, boli mnie ciężar, brzemię odpowiedzialności, jakie muszę dźwigać w takich sytuacjach, bo rzeczy, ze swej natury - uważam - nigdy nie są oczywiste i proste, a wręcz przeciwnie - złożone i niejednoznaczne, stąd wolę częściej pozostawiać sprawę (jakakolwiek by ona nie była) jako otwartą, aniżeli jako rozstrzygniętą w ten czy inny sposób. całe szczęście, podobne sytuacje nie przydarzają mi się zbyt często... a właściwie, to niesłychanie rzadko... co jest zresztą zrozumiałe. tak jak to, że każdy dąży do swoich racji ;]

poza tym, no właśnie. dzień pod znakiem faken szit. niezrealizowanych planów, znaczy się. stąd też pewnie wynika stan, poczucie, jakie mnie ogarnia, a o którym wspomniałem dużo dużo wyżej. plany wypadu w kamieniołom upadły, i to mniej więcej wraz z tym deszczem, jaki spadł zeszłej nocy. całkiem potencjane ryzyko mokrej skały, no i decyzja kolektywnie podjęta. pewnie słuszna. szkoda tylko tego wczesnego wstawania i w efekcie niewyspania. poza tym, byłaby inauguracja sezonu... a tak, nawet na ścianę nie poszedłszy... no cóż, wziąłem się więc w międzyczasie za klejenie dętki. a tu kolejny faken szit. sytuacja już i tak niebezpieczna - bo klejenie trzeciej łaty na tej samej gumie - pogorszyła się w momencie, gdy odkryłem czwartą dziurę. niestety ta tuż przy wentylu, trzeba było zatem sobie czwrtą łatkę odpuścić. szkoda tylko czasu, łatki, no i energii w to wszystko włożonej. a rower rozgrzebany jak leżał na środku pokoju, tak dalej leży, bo w leclercu nie było dętek. może przywiezem jakąś starą nową, połataną, z domu, jak pojadę. ale póki co, lypa.
generalnie zatem, poza jedną sytuacją w ciągu dnia, w której to została mi przyznana właśnież racja (a z której to i tak nie jestem dumny ani na krztę), dzień ogólnie zaliczam za niezbyt produktywny i stojący pod znakiem zapytania z wykrzyknikiem jednocześnie. słowem: fakenszit.

czwartek, 5 marca 2009

trzecia ręka

z inauguracyjnego wykładu z socjologii edukacji i wychowania:

(...) Postanowiono wówczas też zadać dzieciom pytanie: "czy człowiek ma TRZECIĄ RĘKĘ?";
i jedne dzieci krzyczały, że tak, a inne że nie...

-Bo jedne dzieci pochodziły z Czarnobyla, a inne nie? (...)

odpowiedź prowadzącej wykład nie była jednak tak oczywista i zgoła niepodobna do mojej. a generalnie: żal. żenua. i że niewiemcojeszcze. naprawdę nie wiem, skąd oni tę kobietę wytrzasnęli... żeby zacząć różewiczem... skończyć również, poezją... i mówić o uprzedmiotowieniu człowieka w kontekście trzeciej fali tofflerów... na trzecim roku socjologii... gdzie jesteśmy już odpowiednio spaczeni, lekturą marksa i innych wielkich zacnych... nie, nie... i jeszcze ten pan z japońskiej telewizji, nie... i scenarzysta, uoperator, czyktotam z tańca z gwiazdami i programu mam talent, nie, nie... nie wierzyłem, że to się dzieje na moich oczach... żaaaaal. skąd oni tę babkę wytrzasnęli... szkoła przyszłości, no tiaaa... no i pewnie brak mi kindersztuby, bo jestem zapisany do trzech grup jednocześnie. no lol. LOL. a nawet ROTFL. kto nie był, niech żałuję, bo stracił wiele. teatrzyk groteski instytutu socjologii przedstawia. już w następny czwartek... aż chyba pójdę =| bo człowiek się nno nnnorrrmalnie "rozpada". rozpada we wszystkich kierunkach. nie inaczej. tak było... i chociaż to wcale nie moje już słowa...

poza tym, znów był stach. i wutees, a na nim wielkie, iście prometejskie poświęcenie, no prawie w czas.
w drodzę powrotnej do domu, złapałem gumę. znów. no cóż.
poza tym i tamtym jeszcze, nie jestem głupi. nie na tyle, by słowa przelotnie rzucone brać na poważnie. i głupiego zgrywać też nie zamierzam. chociaż z głupim wyrazem na twarzy niektórym właściwie do twarzy. i może i mnie by było. ale nie.

środa, 4 marca 2009

dzień bez fascynacji

nie żeby społeczne tworzenie rzeczywistości... tak w ogóle, jak i dzieło o tym tytule autorstwa panów: bergera i luckmanna, było rzeczą nie wartą uwagi, mnie nie ciekawiącą, wręcz przeciwnie... jak zwykle, pełen szacunku i pozytywnej ciekawości podchodziłem do kolejnego tekstu, by się z nim intelektualnie zmierzyć... i wszystko fajnie. tyle że już po 15 minutach czytania, zasypiałem nad kserówką - dosłownie i w przenośni. a nawet bardziej - jeśli nie głównie i jedynie - dosłownie. no cóż.

dziś pojechałem na wykład, który się nie odbył. jakiż żal że nie wziąłem jednak ze sobą butów... zatem jednak rest.
w domu zrobiłem sobie hamburgera. tak, tak, to słowo, nie pomyliłem się. dziś na obiad jadłem hamburgera. o mamo. nikt jednak nie przyrządza tak dobrych hamburgierów, jak grzechu. oj tak, pamiętam ten smak, hrvatski smak grześkowych hamburgierów x-]

postanowione. przed spaniem idę pobiegać. dzień ogólnie zaliczam do jednych z takich, które się przeżywa bez jakiś szczególnych fascynacji. ale znowuż czy życie musi być pełne wrażeń, silnych wrażeń, i do tego na co dzień? raczej nie.
dbrnc wszystkim.

wtorek, 3 marca 2009

nadal wyczyniam

dziś to był dopiero wyczyn. a wczoraj - ewenement. położyłem się spać o godzinie 22:30. szok, normalnie szok. w związku z tym, wstałem dziś 6:30 i poszedłem pobiegać. wieczorami biega się lepij, stwierdzam. w każdym razie, chyba wolę.
na uczelni - wartko. na kserze - jak zwykle. stach monopolista je(m)ba(na)ny. (jak są jeszcze zielone - bo lubię.) a staszka - no po prostu nie lubię. w konsekwencji czego, jak również i innego (czynnik econo), dziś znów wypisałem papierowy rewers(y) (bo aż dwa).
wieczorem może wpadnie maciek, pohytamy razem sharp end-a.
i na tym może poprzestanę. co by, dla równowagi, dziś było krótko.

poniedziałek, 2 marca 2009

by życiem żyć

dziś wstałem o 7 :20 i zaliczam to sobie w kategoriach: wyczyn. szczególnie w odniesieniu do poprzedniego tygodnia, dwóch patrząc. jędrzej, maciek, generalnie wspin - to była ta motywacja. wszak nieodzowna, by życiem żyć.

faken szit. (to moje nowe ulubione słowo, notabene. właściwie wyrażenie, określenie, a może związek frazeologiczny, kto wie. prostackie? moooże. ale i tak mi się podoba ;P) no więc faken szit po raz pierwszy. kiedy nie zdążyłem sobie zrobić + zjeść obiadu. zdążyłem tylko zrobić. może jednak warto się czasem pośpieszyć? nieee, nie warto ;P życie nie po to jest by się śpieszyć, życie jest po to by je przeżywać. i tego będę się trzymał.

faken szit po raz drugi. a już myślałem, że dziś na ścianie dowiedziałem się jaki to turkusowy.
- nie, kurwa. to nie ten obok zielonego - oznajmiam. niestety. i to ja miałem rację ;] tamten to był ciemno zielony, a ten obok to oczojebny zielony. po prostu. i żaden z nich - turkusowy... sinokoperkowy? to prędzej. ale to już tego ciemno zielonego chyba tyczyć się miało, tja? ale dzięki i tak, za chęci wytłumaczenia mi. no i za doping ;]
a mądruje się tak teraz, bo eksplorowałem właśnie sieć w poszukiwaniu hasła "turkusowy", za pomocą google rzecz jasna.
jeeee-ju. założę chyba kampanie: "jestem daltonistą i się tego nie wstydzę". hueh.

zmieniła się obsługa w czajce. czy na lepsze. się okaże. zaczął się też nowy przedmiot i nowe gadające głowy. gadają, trują i co tylko. ja też gadam. ale nie "truję". mam nadzieję, jakby co, to mnie o tym powiadomcie niezwłocznie. są pewne rzeczy, których po prostu nie przystoi, uważam. i nie, nie jestem zwolennikiem poprawności politycznej, bo wręcz przeciwnie. no ale. pierwsze ksera, pierwsze komputery, ogólnie powrót do uczelnianej rzeczywistości.

niedziela, 1 marca 2009

entliczek pentliczek żółciutki serniczek

dzisiejszy dzień stanął pod znakiem sernika i pierniczków. zaczął się sernikiem, skończył na pierniczkach. także teges. całkiem miło. nie wliczając oczywiście uczucia przejedzenia, ale to już chyba moja wina. tej wędzonej makreli nie dało się oprzeć...
ale oczywiście nie samym żarłem żyje człowiek. było rodzinnie i po przyjacielsku. było też 'jak zwykle', ale były również i chwile niezwykłe. niezwykłe bo chociaż zwykłe, to wiem że szczere i prawdziwe. był też spacer, w towarzystwie. no i ciachmistrz, w tym i w tym. ogólnie to leniwie. acz życzliwie - było też. i to ostatnie pamiętam tylko już.

papierowy rewers

dobrze jest mieć zasady. dziś przekonałem się o tym raz kolejny. i przypomnijcie mi o tym, gdybym kiedyś zapomniał albo zapomnieć chciał. historia jednak zbyt długa i zbyt mało pasjonująca, by ją tutaj opowiadać.

generalnie biblioteka uniwersytecka to bida z nyndzom, ale i my na wuenesie, wiele jej nie ustępujemy, dziesięć lat za murzynami pod wieloma względami również stojąc.

poza tym, dziś było sprzątanie, trzebnickie sprzątanie (uff, dziś kończy się mój dyżur x]), potem pedałowanie, załatwianie, i w końcu zasłużone wspinanie. na koniec zaś formatowanie, dysku ce, naturalnie że, już w domu, w ole.

godzinę trzecią obserwując na zegarku, myślę że trzeba by pomyśleć o spaniu, póki nie dopadnie mnie żołądka ssanie...