czwartek, 14 maja 2009
z żalu zjem żaluzje
dziś znów styrany, o 20 robię sobie obiad. potem trzy godziny przelatują nie wiadomo kiedy i mamy już noc. dzień pracowity, bo znów na sznurku. praca jaką lubię. chociaż, wczoraj mnie naszła taka refleksja, smutna dosyć, że w sumie nie tak wyobrażałem sobie otwarcie sezonu... tego sezonu. skałkowego. ale co poradzić. kontuzje mają to do siebie... że się ponosi boleśnie ich konsekwencje. to już prawie dwa miechy jak restuję. żal trochę. nawet nie trochę. bo jeden, wielki, niewysłowiony, to żal. ale jutro ma się to zmienić. powiedzmy. ja w roli instruktora, no dobra, czemu nie w sumie. zobaczymy. póki co, z sentymentem oglądam fotkę, jaką mi zapodał sulin poczciwy. może nawet ją tu zapodam? ee, albo nie. wylansuje się nią lepiej na naszej-k. hueh. poza tym telefony. dużo telefonów. a jeden nawet z niebios spadający. i niemal i dosłownie. dlatego też pewnie czasem nie warto ich wszędzie i zawsze ze sobą zabierać. cynk od koszmarnej jaki dostaję okazuje się niezłą rzeczą. ciekawe czy zmuszony będę to dziewczę ozłocić, jak przyobiecałem. się okaże niebawem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz