środa, 6 maja 2009

freaks

wtorek to typowy dzieńjakcodzień. a właściwie dzień jak co tydzień. czyli klasyczny wtorek, dzień zajęć na uczelni, które rozpoczynam spaniem i kończę walką z tym największym i najprzyjemniejszym zarazem, pożeraczem czasu, jakim jest oczywiście sen. a cała walka dokonuje się za sprawą, nie kogo innego, jak za sprawą niejakiej W-P. nie tak nawet wielmożnej to pani, jak z pewnością, osobistości znanej i lubianej, w pewnych kręgach studenckich szczególnie. bo nikt tak dobrze i sumiennie, jak studenci właśnie, nie przestrzega obowiązującej we wszelkiej chyba dziedzinie życia społecznego zasady: uśmiechaj się, póki jest ci łatwo lekko i przy... przynajmniej nie powiem, że przyjemnie. męczę się na tych zajęciach, męczą się pewnie i inni. ale mimo to, wszyscy nawzajem zamęczają się czytanymi referatami. o przepraszam, dzisiaj były plansze. kolorowe. to może jeszcze nie 'pracuszki', ale wierzcie mi, też drętwota, bidota... umysłowa-ta. jest łatwo. to fakt. ale czy o to tylko w tym wszystkim chodzi?
ehh. a za tydzień ja raczyć będę wszystkich swoim referatem na soc eiw. i już się zastanawiam, co tu wymyślić. nie będę na pewno czytał. to postanowione, już z dawien dawna, by swawoli tej karygodnej się nie dopuszczać. zastanawiam się tylko, czy nie użyć jakiś fajerwerków, które by ożywiły może tą zastygłą atmosferę zajęć... zajęć rozpoczynających się z godziną 9-tą, na dodatek. jest to więc niewątpliwie wyzwanie. ale może ktoś ma jakiś pomysł, sygestyję jakąś, wartą być może wypróbowania? ;P ehh. pułapka łatwości czycha.

a właśnie. był też wypad do czajki. jak za dawnych czasów, heheh, by się chciało rzec. choć dzieje tak krótkie i niedawne, że to aż śmiech bierze. nazywać to w ten sposób. mimo wszystko, chcę napisać, że ten jeden uścisk dłoni, cenię sobie, oceniam jako niezwykle znaczący. i kto wie, być może ten gest właśnie, tego dnia, odmienił bieg dziejów, dziejów które już miały zostać spisane na straty... warto nie skreślać. i nie o totolotku tu bynajmniej mowa.

wieczorem oglądamy z koszmarną dziwolągów. klasyka jakich mało. dla fanów kina realistycznego jak najbardziej makabreska godna polecenia. tego nie znajdziecie w żadnym horrorze współczesnym, to pewne. nie bez powodu też chyba, film pozostawał w UK przez 30 lat filmem zakazanym. no ale my mamy to szczęście(?), że żyjemy w XXI wieku, gdzie wystarczy dwuklik... i wszystko staje przed nami otworem. dobrze czy niedobrze, że mamy taką dostępność do wszystkiego, kwestia oczywiście dyskusyjna. globalizacja, interkulturacja, znoszenie tabu, eh, dużo by tu można gadać. mnie się film podobał. chociaż zastanawia mnie trochę, jak wyglądało ponad 30 minut obrazu, który został bezpowrotnie wycięty z filmu, hueh. jestem jednak raczej zwolennikiem naturalizmu, a więc i realizm w kinematografii mi nie przeszkadza, a wręcz uważam go za nierzadko pożądany. stąd obrazu, samego w sobie, za kontrowersyjny nie uważam.

i znów trzecia idę spać. znów też poważna rozmowa, choć tym razem ani trochę trudna. pierwszy też chyba raz, rozmawiam z magdą o sprawach poważnych w sposób poważny. a więc jednak, zmieniłaś się! jeden zero dla mnie ;P

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz