środa, 15 kwietnia 2009

inauguracja

no i po strachu. pierwszy raz naprawdę bałem się świąt. do tego tych świąt, zwłaszcza tych, jak i w ogóle. nie było jednak tak źle. a nawet było całkiem zacnie. z mieszanymi uczuciami mimo to wyjeżdżam.

inauguracja sezonu rowerowego. ogólnie zakończona sukcesem. tylko znów trochę na wariackich papierach. wbrew pozorom, wszystko jednak pod kontrolą, kompleksowa minimalizacja ryzyka, we własnym przynajmniej zakresie. a że ekstremalnie i na styk, to swoją drogą.
w każdym razie, mój czarny mustang już tutaj, na czebnickiej. i cieszy mnie to. godzina minut czternaście, z bramy do bramy, też nieźle. chociaż mogłoby być jeszcze lepiej. ale z nie lada tobołem na plecach, także tego. inauguracja w dobrym stylu, bądź co bądź.

gardło jak bolało tak boli. służba zdrowiu w tym kraju, jak zwykle. czyli nie wiadomo w służbie komu.

pentorando bez rewelacji. pasztet-man to ksywka która chyba przylgnie do mnie już na stałe. oczywiście zaraz po king of the pentor. i oczywiście, tylko w pewnych kręgach, bardzo wąskich i specyficznych kręgach. no ale co ja zrobię, przecież nie zaprzeczę, lubię pasztet ;)

wieczorem pierwsza korekta. która tym razem, kończy się wyjątkowo miło. bo żeby brać, trzeba się nauczyć wpierw dawać. i taką kolejność uważam za właściwą.

aha. o żałobie miałem jeszcze. zastanawiałem się ostatnio... jak to, co się wkoło nas dzieje od wczoraj, ma się do jakże często cytowanej, a ukutej przez, nie kogo innego, jak przez naszego kochanego wujka józka ze wschodu, sentencji o tym, że śmierć jednostki to tragedia, a milionów - to tylko statystyka...
dlaczego nie ogłaszamy żałoby narodowej, jak ginie w górach jeden z naszych najwybitniejszych himalaistów młodego pokolenia, dlaczego nie wtedy, jak ginie pod kołami samochodu czyjś najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, dlaczego nie, jak spali się żywcem troje z czteroosobowej rodziny, a ogłaszamy, jak zginie ludziów w liczbie dwudziestujeden.
czy jest jakaś magiczna liczba. to przecież już nie jeden, skądinąd, też nie milion, powiedziałby wujcio... a może chodzi o jakieś magiczne okoliczności. iluż to jednak ludzi ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. a iluż pośród aż nazbyt brutalnej bo prymitywnej, by nie rzecz banalniej, prawdy o okolicznościach ich śmierci.
i dlaczego w święta ludzie mają nosić się z żałobą. nie do końca podoba mi się ten pomysł. pomysł trzydniowej żałoby.
mam też pewne wątpliwości, co do akcji typu 'jeżeli jesteś współczujący i nieobojętny ci los pogorzelców, podziel się swoim majątkiem, numer konta załączamy u dołu ekranu...'. i żebym został dobrze zrozumiany. to zajebista sprawa, że w tak łatwy sposób ludzie mają okazję sobie wzajemnie pomagać. sms o treści pomoc itd. ale widzę w tym też pewną niewydolność systemu i to mnie martwi. solidarność społeczna solidarnością, ale to nie do końca powinno tak być. to system powinien się właśnie w takich sytuacjach wykazać, a nie pojedynczy ludzie.
ale nie ma to, jak sobie urządzić populistyczne igrzyska na dogorywających raptem zgliszczach ludzkiej tragedii.
i to może o to w tym wszystkim zawsze chodzi. o fałszywe oswojenie rzeczywistości poprzez jej zakłamanie, o uspokojenie własnego sumienia poprzez jednorazowe działanie, o cały ten chłam i cały ten szajs. i wcale tylko w polityce, bo przecież w życiu, które na takie formy uprawiania tej pierwszej, pewnie niejednokrotnie, dozwala.

1 komentarz:

  1. aż mi dreszcz przeszedł przy temacie żałoby. ale temat do śniadania o 8.12 mi zafundowałeś...

    OdpowiedzUsuń