piątek, 6 marca 2009

fakenszit

dziwny stan mnie ogarnia. coś jakby na wzór niespełnionej miłości albo poważnego zawiedzenia się na kimś, kto był mi bardzo bliski. a tak naprawdę, chyba się zawiodłem po prostu na sobie.

dziś zdałem sobie też sprawę, w sumie nie pierwszy raz, że chyba nie lubię mieć racji. a dokładniej, nie lubię, gdy mi ktoś tę rację przyznaje. co innego bowiem dążyć do przeforsowania swoich racji i chęć, by moje było na wierzchu, by moje racje były uzasadnione, uznane przez innych za prawdziwe. (tu myślę, że nie różnię się pod tym względem ani trochę od innych.) a co innego, gdy już ktoś ci przyznaje rację, lub chociaż nie oponuje. dziwne wtedy milczenie albo korzenie się wręcz człowieka przed tobą. nie lubię takich sytuacji.
co więcej, gdy ktoś nam przyznaje rację, my musimy być świadomi, że bierzemy całą odpowiedzialność, za to co sądzimy + za to, co od tej pory sądzić będą inni. bo ci "inni" właśnie zgodzili się z naszym punktem widzenia, a więc zaadoptowali nasz jako swój. nie wiem, czy każdy jest tego świadom, ale obawiam się że nie. i to mnie boli też. poza tym, boli mnie ciężar, brzemię odpowiedzialności, jakie muszę dźwigać w takich sytuacjach, bo rzeczy, ze swej natury - uważam - nigdy nie są oczywiste i proste, a wręcz przeciwnie - złożone i niejednoznaczne, stąd wolę częściej pozostawiać sprawę (jakakolwiek by ona nie była) jako otwartą, aniżeli jako rozstrzygniętą w ten czy inny sposób. całe szczęście, podobne sytuacje nie przydarzają mi się zbyt często... a właściwie, to niesłychanie rzadko... co jest zresztą zrozumiałe. tak jak to, że każdy dąży do swoich racji ;]

poza tym, no właśnie. dzień pod znakiem faken szit. niezrealizowanych planów, znaczy się. stąd też pewnie wynika stan, poczucie, jakie mnie ogarnia, a o którym wspomniałem dużo dużo wyżej. plany wypadu w kamieniołom upadły, i to mniej więcej wraz z tym deszczem, jaki spadł zeszłej nocy. całkiem potencjane ryzyko mokrej skały, no i decyzja kolektywnie podjęta. pewnie słuszna. szkoda tylko tego wczesnego wstawania i w efekcie niewyspania. poza tym, byłaby inauguracja sezonu... a tak, nawet na ścianę nie poszedłszy... no cóż, wziąłem się więc w międzyczasie za klejenie dętki. a tu kolejny faken szit. sytuacja już i tak niebezpieczna - bo klejenie trzeciej łaty na tej samej gumie - pogorszyła się w momencie, gdy odkryłem czwartą dziurę. niestety ta tuż przy wentylu, trzeba było zatem sobie czwrtą łatkę odpuścić. szkoda tylko czasu, łatki, no i energii w to wszystko włożonej. a rower rozgrzebany jak leżał na środku pokoju, tak dalej leży, bo w leclercu nie było dętek. może przywiezem jakąś starą nową, połataną, z domu, jak pojadę. ale póki co, lypa.
generalnie zatem, poza jedną sytuacją w ciągu dnia, w której to została mi przyznana właśnież racja (a z której to i tak nie jestem dumny ani na krztę), dzień ogólnie zaliczam za niezbyt produktywny i stojący pod znakiem zapytania z wykrzyknikiem jednocześnie. słowem: fakenszit.

3 komentarze:

  1. o ryli?
    ja wolę holy crap albo klasyczną soczystą...
    ku uwadze http://fuckin-shit.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń
  2. Po pierwsze pozdrawiam z Poznania (urocza konsekwencja moich planów...), po drugie: impos animi - NIEZMIENNIE. Ale ZMIENIMY to bo nie ujdzie z tym żyć. A trzecie, odpisując na to od Cię: dobranocnik :-)

    OdpowiedzUsuń