dzień zaczął się późno. i bez śniadania. potem zapisy na wuef. maćko pyta, czemu nie sekcja. bo tak. potem bez obiadu. w końcu kanapki, no i tyle. wieczór miły, no bo wspin. jednak zerwa, a nie eiger. michał, konrad, grzechu, marta. michu "w pogotowiu", córę należycie chowa. konrad baldy wchłania prędko ;-] grzechu fajne przystawuchy pokazuje. marta do trawersu zachęca. powrót na zerwę, powrót do balderów, powrót to semestralnej rzeczywistości, o tak... powrót wreszcie, do zajęć na uczelni. wszak całkiem brand-new semestr letni-razem tym, się jutro, już jutero, rozpoczyna. nie, nie przeżywam specjalnie tego. choć że ujrzę niektóre mordy z dawna nie widziane - cieszę też. mordy, mordki, mordeczki kochane, w tym też. a może zwłaszcza te ostatnie. bo przecież nie tęsknie za... a zresztą nie będę mówił. bo i specjalnie nie ma o kim. nie ma takich ludzi.
dobra. na koniec pytanie. ile czasu można zmarnować decydując się na szaleństwo?
bo obiecałem że rozwinę... wątek, sens pytania tegoŻ, próbę odpowiedzi podejmĘ.
dziś o mały włos swoim realistycznym do bólu podejściem nie pozbawiłem kogoś realizacji marzenia. jednak nie pozbawiłem. a marzenie zostało zrealizowane. może więc słuszny był argument mój, że w przypływie czyjegoś optymizmu, idealizmu, marzycielstwa wręcz... potrzebny jest skrajny realizm, popadający w odcienie pesymizmu, u kogoś innego - ot tak, dla równowagi, powiedzmy...
ale wracając do pytania. a raczej próby odpowiedzi. bo odpowiedzi oczywiście nie ma. nie tej oczywistej bynajmniej.
rzecz w tym chyba, że o ile szaleństwo prowadzi do dobrego, każda sekunda opóźnienia w zdecydowaniu się na nie, jest sekundą zmarnowaną. to prawie że aż logiczne. niezdecydowanie jednak może też wzmagać doznania. (tak było np z marchewką, którą zamierzałem zanurzyć dziś w piwie, wciąż się wahając, czy aby w ten sposób na pewno otrzymam piwo marchewkowe, a która w końcu wpadła mi i tak, sama, do kufla. efekt praktycznie żaden. poza tym, że marchewkę zjadłem po, a nie przed - wypiciem piwa. no, może jeszcze że była mokra, no i może przyjemność z picia piwa się nieznacznie zwiększyła, przynajmniej z początku. bo była to - przyznać mi to musicie - rzecz niecodzienna, niebywała, a przez to wręcz niezwykła - picie piwa z marchewką w środku). poza tym drobnym i chyba mało istotnym walorze długiego wahania się, czy podjąć szaleństwo, nasuwa się jednak cała masa negatywnych stron (i dalej: konsekwencji tego...) zbyt długiego zastanawiania się nad tym, czy należy zaszaleć, podjąć próbę zrobienia czegoś, co może uchodzić za niemądre, nierealne, czy głupie, ot choćby. których chyba nawet nie chcę wymieniać, opisywać, bo sami pewnie potraficie je doskonale dostrzec, a ja niepotrzebnie bym rozbudowywał ten post. chodzi mi więc chyba tylko o to, że to pytanie jest ważne, ażeby je czasem wspomnieć, poddać refleksji, gdy zastanawiamy się - nad tym czy szaleć czy nie szaleć?
inną z kolei jest sprawą, że warto się również zastanowić się, co i ile mamy do stracenie. oraz co i ile do zyskania. czy zbyt mało by się aż tak długo wahać, czy tak wiele by nie podejmować ryzyka. a wszystko oczywiście ZALEŻY x-]
[a ty parówko, nie miałeś nic do stracenia, i to również żem ci pisał ;P]
za to ile ja miałem do zyskaaania? aaaach. gdybym się tak stał pierwszym twórcą, przepraszam, nie twórcą, naukowcem, odkrywcą, dzięki któremu ludzkość zawdzięczałaby wynalazek znany pod nazwą: piwo marchewkowe... ;]
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz