no i się nie udało. aa jakoś tak wyszło. że znów się zasiedziałem... do wpół do szóstej, yh! ale znów cztery godziny snu potem tylko, takżee, noo, tego, jest szansa. dziś po raz drugi. póki co pakuję manele i wziuum do wro.
[o kurde, nie wiedziałem co jest nie tak. napisałem drugi przez "ó" - źle ze mną rano było...]
to powyżej zanotowałem rano, koło południa, sam już nie nie wiem, zaraz się dowiem, po opublikowaniu posta, widząc godzinę, z jaką się zapisała wersja robocza tegoż postu właśnież. ale nie o tym chciałem. jest godzina 3:24. kontynuuję zatem nadal, mimo obiecywania już sobie samemu, ten nocny tryb życia. teraz jednak dodawszy do tego niewysypianie się. dziś znów raptem cztyry godziny snu. ale dziś planuję to jednak zmienić. czytaj spanie znów do dwunastej, hueh. nie wiem skąd to się bierze. to znaczy po części wiem. a po części przypuszczam. to co przypuszczam, to to, że to chyba jest tak, że boję się pewne rzeczy odłożyć na jutro, i wolę zrobić je już dzisiaj. bynajmniej nie jestem na codzień wierny zasadzie 'co masz zrobić jutro zrób dzisiaj' we wszystkim. o nie.
ogólnie dzień zaliczam jednak do bardzo przyjemnych.
może jedynie za wyjątkiem mało przyjemnego uczucia, głównie zapachu, który mnie przywitał tradycyjnie już na stacji wrocław nadodrze. pomyślałem sobie wówczas nawet, że w takie dni jak dziś, kiedy wszystko jest po prostu mokre - od podłogi, poprzez ściany aż po zagrzybiały sufit - osoby z wybujałą wyobraźnią powinny raczej omijać ten dworzec. może moje wyobraźnia nie sięga aż tak daleko, a przynajmniej jest jeszcze w miarę okiełznana, ale nawet ja, przez moment, pomyślałem sobie, że to wszystko jest najzwyczajniej w świecie z góry na dół oszczane.
do miłych i niezwykle satysfakcjonujących za to zajęć wykonanych podczas dzisiejszego dnia zaliczyłbym: rekonstrucję dwóch szuflad w kuchni oraz rozmrożenie lodówki ;-D tak, taak, znów zamieniłem się na moment w boba budowniczego, tu, na trzebnickiej, no a lodówka, no cóż, stara jest, trzeba jej czasem pomóc.
poza tym wpadli: landrynka i ptychol. bo od dziś może tak go zacznę nazywać ;D dzięki wam za tę wizytę, bardzo miło spędziłem z wami czas. poza tym - papier jest ciężkostrawny, a piwo - ustalmy że nie. no tak, znowu wypiłem dwa schabowe. ale to nie ja zostanę jutro posiekany na kawałeczki. no. także... czymcie się jakoś, w kupie ;] jestem zawsze obok, jakby co. aa, no i dziabnąłem wreszcie tego pajaca w brzuch, chociaż miałem już nie ;P 128.
przed chwilą wystraszył mnie kabelek od słuchawek, myślałem że to ryszard. może lepiej położę się już spać. plan ułożony. dbrnc
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
ptychol stanowczo odpada.
OdpowiedzUsuńpapier jest lekkostrawny.
a ja byłem 149 pajacem.
Wieczór jak najabrdziej zaliczam do udanych... :) Oby takich więcej :) I nie chce nic mówić bo Ty sie wylegujesz do poludnia aaa ja co...? Spozniam sie godzine do pracy...ot co :P:P:P
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
Landrynka :) ( we wlasnej osobie ;p )