znów to zrobiłem. taak, naleśniki, bo to o nich mowa. cóż, niech każdy robi to, w czym jest najlepszy. ja wciąż się staram, w każdym razie, heheh. ale dziś ani jeden przypalony nawet nie był. więc postęp.
poza tym głodówka. a może post. post leniwy. to taka odmiana poszczenia, kiedy pościsz bo nie masz w domu już nic do jedzenia a nie chce ci się d*** z domu ruszyć do sklepu, po chleb choćby. ale ponoć takie głodówki raz na jakiś czas nawet zdrowe, oczyszczają przewód pokarmowy czy jakoś tak, więc nic z tym nie zamierzam robić.
poza tym myślę. intensywnie myślę nad zrobieniem czegoś adekwatnie głupiego do nadchodzącego dnia św. walentego. w zeszłym roku w tzw. święto zakochanych, wyjechawszy w góry, ubrałem na nogi narty, pierwszy raz w życiu. co było jednak doznaniem dosyć bolesnym jak dla moich kolan, patrząc z perspektywy czasu. no cóż, kolega namówił. do dziś jednak nie żałuję. w tego sylwestra zatknąłem sobie w uszy stopery i poszedłem za pięć dwunasta spać. też nie żałuję. inny kolega z kolei ostatnio podpowiedział mi, że mógłbym w walentynki wykąpać się nago w odrze. to też pomysł. ale chyba nie jestem jeszcze na tyle zbuntowanym buntownikiem a raczej na tyle zahartowanym morsem, ażeby podejmować tę formę buntu przeciwko czerwonym serduszkom i całego tego chłamu. w końcu to tylko zwykła komercha dla której szkoda zdrowia. w tym roku zapowiada się więc na to, że pójdę na łyżwy. również za namową kolegi i również byłyby (będą?) to moje pierwsze łyżwy w życiu, jakie ubiorę na nogi. taki mój pierwszy raz. i do tego z kolegą. orany. ciekawe czy razem dostaniemy zniżkę z okazji święta zakochanych. ciekawe. na pewno zaś będzie śmiszno.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz